felietony

kruszenie we własną pościel

Jestem już dużą dziewczynką, mogę sobie podżerać pierniki i nikt mi nie powie, żeby zostawić, bo na Święta.

(Potem w Święta człowiek był tak obżarty, wzdęty kapustą i grzybami, że te pierniki tylko się kurzyły niedoceniane, by znów zacząć smakować kilka dni później). Mogę sobie nawet wszystkie zeżreć jeszcze przed Wigilią i luz, moje pierniki w końcu. Mogę je rąbać, gdy zachce mi się coś przekąsić o dwudziestej drugiej i nie usłyszę, że za późno, że niezdrowo i w ogóle w dupę idzie. Mogę konsumować późnym rankiem, krusząc sobie we własną pościel ile mi się żywnie podoba. Moja pościel i moja dupa.
Jestem już dużą dziewczynką, więc mogę sobie na trzy dni przed Świętami gnić w pościeli i kruszyć w nią czym chcę. I nikt mi nie powie, że do roboty, że trzeba myć okna, pastować podłogi, rybie łby gotować i nie wychodzić z kuchni. Mam ten przywilej, że Wigilię spędzę u rodziców, ale też i ten, żeby wybrać, czy na trzy dni przed Świętami będę robić zdjęcia piernikom i pisać na blogu czy grzebać się w rybach lub w podłogach. Ja swoje upiekę, ale bez namaszczenia i spiny w tym roku, kilka ciast i trochę ciastek, nie będę pieścić się z czekoladkami ani kulać trufli, ani tym bardziej ganiać ze szmatą. Mam dwoje dzieci, w tym jedno malutkie i to są moje przedświąteczne zajęcia. Żeby malować pierniki na różowo, wycinać ozdoby z papieru, gapić się w choinkę ze zdziwionym niemowlakiem. Wybieram nie mieć w domu wzorowego porządku, rezygnuję z trufli na rzecz gnicia w pościeli w kubkiem herbaty i piernikami.
Ponieważ jestem już dużą dziewczynką, moje Święta mają taki kolor, jaki zapragnę. W tym roku mam wreszcie czarno, szaro i biało. I nie musiałam czekać na Mikołaja, żeby se herbatkę z nowej zastawy popijać. Mogę mieć na tydzień przed Świętami nowy czajnik, kubeczki i poduszkę. Nie muszę ze wszystkim czekać, konsumpcyjnie wyposzczona, aż pojawi się pierwsza gwiazdka. Nie potrzebuję prosić się po rodzinie, żeby spełniło się moje wnętrzarskie marzenie – już na miesiąc przed Wigilią rozświetla mi mieszkanie obiekt moich westchnień – industrialny sznur żarówek. Zakochana w nim byłam od dawna i choć takich miłostek niespełnionych mam jeszcze wiele, to wiem, że nie trzeba mi choinki, by się spełniły. I nie żebym całkiem w pogardzie miała te świąteczne prezenty, ale nie czekam na nie od września, nie fantazjuję o zawartości paczek, będzie w nich, co będzie, a czego nie będzie, załatwię sobie sama. W końcu jestem już dużą dziewczynką.
Mój wymarzony, czarny, industrialny sznur lampek (marki House Doctor) dziś rozświetla ciemne popołudnia i wieczory, tworząc świąteczny klimat, za kilka miesięcy doda niepowtarzalnego uroku letniej imprezie w ogrodzie. Mam świadomość, że ograniczenia naszego mieszkania nie pozwalają na wyeksponowanie pełni jego urody – potrzebowałby wielkiej ściany białych cegieł w pięknym lofcie lub w wysokim mieszkaniu w kamienicy. Jest tak solidny, że wierzę, że takiej doczeka, póki co cieszy oczy spuszczony wzdłuż regału, daje mnóstwo światła, z powodzeniem zastępując jedną lampkę.
sznur żarówek – Smukke
ceramiczna bombka w czarne paski – Smukke
ceramiczna bombka z szarą gwiazdką – Smukke
dzbanek do herbaty – Livebeautifully
szare kubki w gwiazdki – Livebeautifully
poduszka w czarne trójkąty – Bunny Likes
szara pościel w gwiazdki i groszki – Dots My Love
wydruki (plakaty) – Pinterest
Przepis na popękane pierniczki, moje ulubione – miękkie i ciągnące, przepyszne – tutaj.
bez linków:
puszka na ciastka – Empik (zeszły rok)
drewniana taca – H&M Home (sprzed pół roku)