codzienność

krótka historia małżeńska (z prasowaniem w tle)

Pewne zwiastuny tego, co miało nadejść, pojawiły się bardzo wcześnie. Konkretnie – na pierwszych wspólnych anglosaksach, po jakimś półtora roku tak zwanego “chodzenia”. Już wtedy nie lubiłam się z żelazkiem, a czarne polówki i fartuszki do pracy we włoskiej restauracji musiały być odprasowane. Podczas naszej pierwszej, wakacyjnej zabawy w dom chętnie wypełniałam nowe obowiązki. Przyjemność sprawiało mi robienie zakupów, gotowanie dla ukochanego, mogłam prać, rozwieszać ubrania na sznurku w ogródku, ale te cholerne, sztywne fartuchy to była jego działka. Awersja o niewiadomym pochodzeniu, w domu byłam bowiem zaprzęgana do żelazka już jako większa dziewczynka. Mama zostawiała dla mnie często co łatwiejsze sztuki – ściereczki kuchenne i chusteczki do nosa (sic!), pewnie z myślą, żeby się dziewczę wprawiało w swoją przyszłą niedolę.

A ja nie miałam najmniejszego zamiaru. Żelazkiem co najwyżej przypalałam ciuchy lub gniotłam, klnąc przy tym siarczyście. Nosiłam bez prasowania, co tylko się dało, całą resztę miziając tylko znienawidzonym sprzętem byle jak. Na tych anglosaksach wydarzyły się dwie ważne rzeczy: poczułam, że będzie z niego materiał na męża, jak również wyklarowały się wówczas ostatecznie moje poglądy na prasowanie. On też pewnie poczuł, że będzie ze mnie żona, lecz jednocześnie zyskał świadomość, że w nieskazitelnych koszulach sobie raczej przy mnie nie pośmiga.

Jakie to szczęście, że nie poszedł do pracy w banku! Choć konieczność częstego prasowania miała, jak sądzę, z jego wyborem zawodu dość luźny związek, to faktem jest, że w branży kreatywnej koszule wymagane są z rzadka. Z rzadka również odbywało się u nas w ostatnich latach prasowanie – powiem to otwarcie i przyznam to bez bicia. Choć nie zawsze tak było.

W życie małżeńskie weszliśmy z pełną odpowiedzialnością. Do dziś pamiętam rozpiskę obowiązków domowych, która wisiała przed laty na lodówce. Raz w tygodniu miało być PRASOWANIE, rzecz jasna – po jego stronie tabelki. Mój mąż urządził z niego prawdziwy rytuał – rozsiadał się na kanapie (tak – rozsiadał!), otwierał piwo, włączał telewizor i prasował…powolutku i z namaszczeniem, czule rozprasowując każde zagniecenie, a powierzchnia wokół z wolna zapełniała się poskładaną odzieżą. Nie muszę chyba wspominać, że wydajność tego procesu była niska? Rzadko udawało się rozbroić choćby połowę kosza, zatem kosze musiałam kupować coraz to większe, w szczytowym momencie był to kufer godny przedwojennej wyprawki panieńskiej. Nie muszę chyba wspominać, że na pięćdziesięciu metrach nie mieliśmy do tego celu specjalnego pomieszczenia? Mieliśmy za to kącik wstydu – przestrzeń za drzwiami dużego pokoju, w której pęczniały tylko te sterty i pęczniały, jak jakiś rozmnażający się przez pączkowanie potwór. Nie muszę chyba wspominać, że te części naszej garderoby, które znalazły się na dnie kufra, miesiącami nie widziały światła dziennego, aż w końcu zapominaliśmy, że w ogóle istniały?

Szczytowym osiągnięciem technologicznym tamtego okresu była obrzydliwa, żółta deska do prasowania, co to ją sobie mój ukochany pewnego dnia do domu przytargał, a która, gdy stała w szafie, świetnie pełniła funkcję wieszaka na moje torebki. I żelazko – prezent ślubny od znajomej, która w czasach narzeczeńskich coś u mnie kiedyś prasowała przed imprezą i załamała ręce nad tym plującym kamieniem ustrojstwem. Rytuał, odprawiany przy ich użyciu, odbywał się jednak u nas coraz rzadziej, a sterta w kufrze, osiągnąwszy masę krytyczną, została ostatecznie zdemontowana w atmosferze kapitulacji przed rzeczywistością. Stało się tak z powodu coraz częstszych delegacji i prasowacza Polkowskiego oraz częściowo za sprawą pojawienia się drugiego dziecka. Czas na obowiązki domowe skurczył nam się niemiłosiernie i od tamtego momentu już tylko: dynamiczne strzepywanie jeszcze ciepłego prania, pościele i obrusy do magla, garderoba z przewagą swetrów nad bluzami, tiszerty z niegniotliwej bawełny albo dokładnie odwrotnie – moje stroje z gniecionych tkanin i okazjonalne prasowanie na kolanie, ad hoc, tuż przed wyjściem. Zasadniczo – nie prasowało się w naszym domu przez kilka lat jakoś nadmiernie regularnie. Były za to strategie i uniki.

Jako urodzona perfekcjonistka oczywiście miewałam z tym pewien problem, zwłaszcza, jak się człowiekowi zaspało i musiał wyjść w łachach jak psu z gardła wyjętych albo – nie daj Boże – dziecko tak do ludzi puścić. Wyłaziła ze mnie dulszczyzna, nie powiem, niejedno “co ludzie powiedzą” kołatało mi się  po głowie. Ale przy dwójce dzieci, częstych wyjazdach męża, moich aspiracjach rozkręcenia bloga i jednoczesnym zamiłowaniu do porządku, po prostu trzeba było z tej przydługiej litanii codziennych powinności coś wykreślić, żeby nie zwariować. Wykreśliłam więc to, czego nienawidziłam najserdeczniej – prasowanie.

I tak żyliśmy do niedawna, jak te lumpy, zasłaniając się brakiem czasu i artystycznymi zawodami, dochodząc do wprawy wybitnej w rozpoznawaniu niegniotliwych tkanin na zakupach oraz strzepywaniu mokrych koszulek na czas. I nie, że dulszczyzna wzięła górę, czy jakaś się przytrafiła praca w banku, co to to nie.

Pojawił się on – prasowacz parowy, szczytowe osiągnięcie technologiczne naszego piętnastoletniego związku i dziesięcioletniego małżeństwa. Pojawił się i wypełnił lukę w domu, w którym żelazko trzyma się na dnie garderoby, a zwyczaj ściągania prania do jakichś koszy wymarł już przed laty. W domu, w którym prasował głównie mąż – ten przyklasnął nowej technologii. W domu, w którym nienawidziła prasować żona, aż okazało się, że tą parą to jednak jest insza inszość. W domu, w którym prosto z suszarki chowa się do szafy i prasuje tylko, gdy wymaga tego okazja albo coś poszło nie tak podczas suszenia. Stanął w rogu sypialni i jest dokładnie tym, czego potrzebowaliśmy – urządzeniem do błyskawicznego prasowania ad-hoc, tuż przed wyjściem. Potrafi jeszcze wiele innych rzeczy, więc czytajcie dalej – zwłaszcza, jeśli także chciałybyście taki mieć 😉

steamaster

prasowacz parowy

Prasowacz Parowy Steamaster EM-101

Powiedzieć, że przepadam za tym urządzeniem to za mało! To naprawdę idealne rozwiązanie dla wszystkich, którzy nie lubią prasować albo nie mają czasu na regularne stanie przy desce. Gotowy do pracy w 45 sekund, Steamaster prasuje gorącą parą błyskawicznie i bez zagnieceń. Stojak, dołączony do prasowacza, pozwala na łatwe zamocowanie ubrania i takie napięcie materiału, że nic się nie przesuwa. W przypadku delikatnych i lekko wygniecionych tkanin, wystarczy jedno pociągnięcie i ubranie jest ultragładkie. Grubsze i mocno wymięte ciuchy (np. dżinsowe koszule) wystarczy “prasować” nieco wolniej i już po chwili wyglądają idealnie.

Ze Steamasterem można albo całkowicie przerzucić się na prasowanie parowe, albo traktować go jako uzupełnienie dla żelazka. To pierwsze rozwiązanie powinno ucieszyć wszystkich właścicieli pączkujących kufrów, które straszą po kątach. Jeśli także nie możesz nadążyć za przyrastającą stertą rzeczy do prasowania, naprawdę najlepiej dać sobie spokój i suche ubrania od razu chować do szafy. Wieczorem, podczas szykowania rzeczy na kolejny dzień, można je błyskawicznie wyprasować Steamasterem, bez rozkładania deski i całej tej nieszczęsnej operacji. Dla osób, które wolą mieć w szafie wyprasowane ubrania, prasowacz parowy może być dodatkowym wsparciem. Często przecież wyciągamy z szafy rzeczy, które mimo wyprasowania, wymagają jeszcze odświeżenia przed założeniem. Dodatkowo, prasowacz świetnie nadaje się do zasłon, poduszek, tapicerki, obrusów czy pościeli – elementów wyposażenia mieszkania oraz rzeczy, które odleżały swoje na półkach i wymagają odgniecenia kantów czy wręcz dezynfekcji (a takie właściwości posiada para wodna).

Prasowacz parowy EM-101 kupicie na stronie Steamaster.

prasowanie parą

Jeśli w Waszych domach prasowanie jest głównie domeną kobiet, tym bardziej zachęcam do przerzucenia się z żelazka na Steamastera – przy nim naprawdę nie da się znaleźć wymówek. Nie ma, że nie umiem/ przypalę/zagniotę/mam rwę kulszową/Tobie to lepiej wychodzi/ja nie mam do tego głowy, Barbara. To nieporównywalnie przyjemniejsze niż żmudne sterczenie przy desce, w dodatku banalnie proste, poradzi sobie z tym każdy przeciętnie zdolny mąż i umiarkowanie utalentowana żona. Jeśli marzycie o sprawiedliwym podziale obowiązków, z pewnością będzie go łatwiej uzyskać z takim sprzętem i wynegocjować – jeśli nie po równo, to chociaż, że każdy prasuje swoje rzeczy. Zwłaszcza, że większość facetów to gadżeciarze, spodoba im się to cacko, jak w banku i każdy będzie mógł zostać bohaterem w swoim domu 😉

steamaster

Nie wspominając już o aspekcie ludycznym całego przedsięwzięcia – zobaczcie jak świetnie bawią się duzi chłopcy w oparach! Jakby się dało, to by pewnie chętnie piwko poinhalował, jak za starych czasów z deską 😉

para

I jeszcze jedno na koniec – naprawdę głęboko wierzę, że równy podział obowiązków domowych zwiększa szanse na fajne, harmonijne życie rodzinne. Wiecie, że jestem gorącą orędowniczką takiego rozwiązania i niezmiennie sprzeciwiam się przeładowaniu kobiet pracami domowymi, kiedy oboje rodzice pracują. Znacznie łatwiej być wesołą, zaangażowaną mamą, kiedy nie wszystko jest na naszych głowach. Każdy doceni takie ułatwienia w wykonywaniu tych codziennych obowiązków, które pozwalają nam mieć więcej czasu i energii dla dzieci, siebie samych czy siebie nawzajem. Steammaster jest właśnie takim urządzeniem, które pozwala odzyskać chwilę na coś przyjemniejszego i bardziej wartościowego. Może warto pomyśleć o nim przed Dniem Mamy i Taty? To chyba fajny pomysł na wspólny prezent, bo rzeczywiście ma realne szanse sprawić, że będziemy lepszymi rodzicami.

prasowanie parowe

prasowacz parowy

steamaster

prasowacz parowy

mini prasowacz parowy

Mini Prasowacz Parowy Steamaster EM-02

Mini prasowacz parowy to kolejne sprytne rozwiązanie od Steamaster, zwłaszcza przydatne w podróży. Jeśli któreś z Was wyjeżdża w delegacje, na których musi wyglądać elegancko – to absolutny must-have, z którym delikatne bluzki i kostiumy będą wyglądały nieskazitelnie, niezależnie od tego, czy w hotelu jest żelazko, czy nie. W domu także może być wybawieniem, dzięki swoim rozmiarom może być zawsze pod ręką.

Mini-prasowacz EM-02 – Steamaster

steamaster

KONKURS!

Jeśli spodobały Wam się prasowacze parowe Steamaster, zapraszam Was do konkursu z marką, w którym do wygrania są:

1 prasowacz parowy Steamaster EM-101 i dwa mini-prasowacze EM-02!

Aby wziąć udział, wystarczy w komentarzu do tego posta udzielić odpowiedzi na pytanie:

W JAKI SPOSÓB PRASOWACZ PAROWY STEAMASTER MÓGŁBY ZMIENIĆ ŻYCIE TWOJEJ RODZINY?

Macie na to czas do 27-go maja, do północy, zwycięzców ogłoszę w tym wpisie we wtorek, 29-go maja.

WYNIKI KONKURSU

W swojej miłości do kobiet i nadmiernej empatii, chciałabym mieć teraz dwieście prasowaczy. Wiem, że przydałby się każdej z Was i wiele godzin biłam się z myślami, komu bardziej – tej w ciąży, czy tej z trójką dzieci, tej od miliona krów, czy tej od koszulowego męża. Pewnie w każdym domu przyniósłby dużą ulgę, i, choć serce mi pęka, muszę wskazać jedną osobę.

Postanowiłam, że będzie nią Dorota – za chwilę babcia i teściowa, która nie dość, że nauczyła syna prasować, to jeszcze pisze o jego narzeczonej per “moja przyszła córka”. Dorota – jeśli jeszcze nie jesteś najlepszą teściową pod słońcem, to teraz nią będziesz. Gratulacje!

Natomiast mini-prasowacze Steamaster EM-02 powędrują do Ani – ofiary domowej przemocy żelazkowej i Joanny (od dojenia). Gratuluję, dziewczyny! Czekajcie na wiadomości w sprawie przesłania nagród.