felietony

“kaloryfer-gate”, czyli afera brzuchowa

Ta dyskusja jest tak idiotyczna, że początkowo nie planowałam brać w niej udziału. Ale ponieważ nie lubię się dusić w oparach absurdu, postanowiłam jednak dodać swoje trzy grosze do tej afery, co to ją roboczo “kaloryfer-gate” nazwałam.

Wprowadzenie będzie tu zbędne, bo ciężko wyobrazić mi sobie, że są na sali jacyś użytkownicy internetu, którzy w ciągu ostatniego tygodnia nie widzieli najsłynniejszego brzucha w Polsce. Brzuch jest to nie byle jaki, bo piękny: płaski, umięśniony, no taki generalnie, o którym marzy każda kobieta, ale w życiu się do tego nie przyzna, nurt #lovemyself i #lovemylife trzyma się bowiem mocno. I choć jestem zadeklarowaną przeciwniczką nierealistycznych standardów kobiecego wyglądu lansowanych przez popkulturę, to cała debata na temat przodu tułowia Anny Lewandowskiej jest tyle śmieszna, co straszna i dłużej już milczeć nie mogę. Największy problem, jaki rodacy mają z tym brzuchem jest taki, że

PRZEZ NIEGO INNE MATKI BĘDĄ MIEĆ KOMPLEKSY

O, Jezusie słodki i Najświętsza Panienko! Serio? Jako osoba, która miesiąc po obu porodach miała brzuch, jakby nadal była w ciąży, tylko bardziej roztańczony, powinnam stanąć w jednym szeregu z tymi, co tak krzyczą. Ale nie stoję. Przede wszystkim nie stoję, bo się przyzwyczaiłam. Dziwię się, że dorośli ludzie dotychczas nie zaobserwowali, że świat to jest takie miejsce, w którym panuje różnorodność. Że niektórzy są ładni, a i inni brzydcy. Jedni chudzi, inni grubi. Mamy także w gospodarkach kapitalistycznych bogatych i biednych, co nie tylko różnicuje nas pod względem posiadania, ale dodatkowo sprawia, że ci pierwsi zazwyczaj wyglądają lepiej niż drudzy. I ja do tego przywykłam, że każdego dnia jestem wystawiona na widok ładniejszych i bogatszych ode mnie. Wielu wpędza mnie w kompleksy swoimi chudymi tyłkami, sterczącymi cyckami, rzędami białych, równych zębów, swoimi torebkami, samochodami i podróżami na koniec świata. Każdego dnia widuję na ulicach osoby szczuplejsze i bardziej urodziwe ode mnie. Na plaży – na każdym kroku jakaś zjarana na mahoń chudzina, na parkingu w centrum handlowym – same wypasione wozy. Instagram – łomatko, siedlisko chudości i luksusu. I tak sobie myślę – czemu nikt nie wypisuje pod zdjęciami tych wyżyłowanych gwiazd, kiedy tak sobie leżą na leżaku pod palmą siedemnasty raz w tym roku, żeby przestały? Żeby nie epatowały tak swoją majętnością, urodą, tymi nogami opalonymi gdzieś na rajskiej plaży, bo przecież my, biedaki – cebulaki, mamy przez nich kompleksy. Wreszcie – dlaczego tabuny polskich mężczyzn z tymi swoimi sterczącymi, owłosionymi bebzonami, nie rzucają się rozwścieczone na Lewandowskiego, kiedy ten paraduje z idealną klatą po murawie? Dlaczego nie odbywa się publiczny lincz sfrustrowanych i zakompleksionych, kiedy ten strzela cztery gole i wiadomo, że na konto właśnie wjechała mu kolejna bańka, a po wszystkim jeszcze ściąga koszulkę i pręży mięśnie? Wiecie czemu? Bo on jest Mesjaszem narodu, a

ONA JEST MATKĄ

A matki, jak wiadomo, należy trzymać krótko. Matki mają swój, uświęcony tradycją i usankcjonowany społecznie, katalog obowiązków i powinności. Bo matkę, kiedy tylko pada cień podejrzenia, że robiła coś oprócz matkowania, trzeba ustawić do pionu i pokazać jej miejsce – w fotelu, z dzidziusiem przy piersi. A najlepiej – w kuchni, z dzidziusiem na ręce (drugą ma wolną, to niech chociaż miesza w garnku). Bo przecież powinna jeszcze coś pożytecznego robić, a nie tylko “siedzieć na macierzyńskim”. Czy ktoś się pytał Roberta Lewandowskiego, co się dzieje z małą Klarą, kiedy strzelał gole Rumunom? Czy ktoś się martwił o dzidziusia biednego, pozbawionego ojca? To odwalcie się od kobiety, która tak samo jak mąż ma karierę sportową i organizuje rodzinne życie, by ją mieć nadal, mimo, że matką została.

Nie przestaje mnie też zadziwiać, jak wszyscy doskonale znają się na macierzyństwie. Jak dobrze wiedzą, że matki nie powinny jeść truskawek czy schabowego, wracać zbyt szybko do pracy ani przedkładać własnych potrzeb nad interes dziecka, a ten, rzecz jasna, zakłada jej obecność 24/7. Chociaż gdyby się faktycznie zdarzyło, że nie uda się jej przez cały dzień odłożyć płaczącego niemowlaka, to wtedy wstyd – że nie dba o siebie, włosy ma tłuste i dresy na tyłku, tylko urodziła, od razu się zapuściła. Bo kiedy zostaje się matką, należy się przyzwyczaić, że zawsze coś się robi źle: za dużo w ciąży przytyjesz – obżerasz się, nie dbasz o siebie, za mało – nie dojadasz, dziecko zagłodzisz, schudniesz po porodzie – za szybko to niezdrowo, pokarm stracisz, nie schudniesz – mogłabyś coś wreszcie ze sobą zrobić. Pójdziesz do pracy – przecież dziecko potrzebuje matki, karierowiczko bezduszna ty, zostaniesz w domu – długo będziesz tak siedzieć, odmóżdżysz się do reszty. Karmisz piersią – dokarmiaj butelką, bo masz wodę w cyckach, karmisz butelką – mleko mamy najlepsze, nie bądź świnia, daj dziecku cyca. Znacie to, prawda? Wszystkie to znamy i wiecie co – rzygać mi się już chce.

ŻYJ I DAJ ŻYĆ INNYM

Słuchajcie, zawistne baby i zatroskani mężowie, którzy tak tego brzucha nie możecie znieść, otóż: można być niedoskonałym i żyć (względnie) szczęśliwie, nie wylewając z siebie żółci. Serio, da się. Wystarczy myśleć odrobinę, szanować innych i mieć w sobie trochę pokory.

Myśleć – żeby rozumieć, że ten brzuch, który sprawił Ci tyle przykrości, należy do sportowca. Do kobiety, która zarabia na życie ciałem, jakkolwiek ordynarnie by to nie zabrzmiało. Do kobiety, która, jeśli chce być wiarygodna, musi zrobić wszystko, żeby pokazać, że jej metody treningowe, diety i suplementy działają. Jest żywą reklamą swojej marki, taki model biznesowy.

Wystarczy myśleć, żeby zauważyć, że Anna Lewandowska nie przekonuje nikogo, że tak MUSZĄ wyglądać kobiety kilka tygodni po ciąży. Ona udowadnia, że MOŻNA, jeśli jest się wysportowanym i dobrze się człowiek odżywia, to fizycznie możliwe jest posiadanie płaskiego brzucha miesiąc po porodzie. Chcesz taki mieć – działaj. A jak nie działasz, to nie marudź, że masz przez nią kompleksy. I choć tego brzucha to jej cholernie zazdroszczę, to rozumiem, czemu takiego nie mam – kiedy ona cisnęła na siłce, ja żarłam lody. Proste.

Wystarczy szanować odrobinę innych, żeby dać im prawo do własnych wyborów, innego stylu życia, modelu macierzyństwa i wyglądu. Ale ludzie tak często muszą udowadniać sami przed sobą, że ich droga jest dobra, że nazywają ją jedyną słuszną. Tu jest Polska, a tam jest ZOMO. My – patrioci, oni – zdrajcy. To jest ten sam typ myślenia – wolimy wynosić na piedestał własne umęczenie niż przyznać, że też byśmy chciały mieć sprzątaczkę i nianię. W ciasnych umysłach nie ma miejsca na odmienność. W zakompleksionych głowach nie ma szacunku dla tych, którzy żyją inaczej. Pozostaje tylko ze smutkiem zacytować klasyka:

“Spójrzcie, jaka wciąż sprawna.

Jak dobrze się trzyma

w naszym stuleciu nienawiść.

Jak lekko bierze wysokie przeszkody.

Jakie to łatwe dla niej – skoczyć, dopaść.”*

 “THE WORLD IS VERY BIG, YOU ARE VERY SMALL – ACT ACCORDINGLY”

Kim jesteś, człowieku, który sądzisz, że cały świat powinien funkcjonować z poszanowaniem twoich uczuć? Że bogaci i pracowici ludzie, zanim pokażą światu chude brzuchy w swoich luksusowych domach, powinni pomyśleć o twoich fałdach i ich odbiciu w szybie meblościanki?  Wystarczy odrobina pokory, żeby zaakceptować, że na świecie byli, są i będą ludzie od nas piękniejsi i bogatsi. Tacy, którym jest łatwiej w życiu. Nie trzeba wtedy warczeć, że przecież przeciętna kobieta nie ma w domu siłowni i pięciu niań, można pogodzić się ze swoim losem przeciętnej kobiety i nie zadręczać, że te nieprzeciętne mają inne warunki. Przy odrobinie życiowej pokory, można docenić to, co się ma w życiu, a czego im być może brakuje. Tak jak prywatność, mieszkanie blisko rodziny, mąż na miejscu albo prawo do posiadania grubego brzucha miesiąc po porodzie.

Wystarczy trochę pokory, żeby przyznać, że jest się czym chwalić. No bo tak serio – gdybyście miały taki brzuch po porodzie, to byście się z nim kitrały? Sorry, ale ja szpanowałabym na prawo i lewo. Błagam, w kraju, w którym w sezonie komunijnym internet zalewa fala limuzyn, laptopów i quadów, kiedy starzy każdej Dżesiki w swoich garsonkach i gajerach pysznią się przed najelegantszą salą zabaw we wsi, a pęki banknotów układa się do fotografii na bombonierze z ciałem Chrystusa, będziecie krzyczeć na cały Internet, żeby się nie chwalić, bo innym jest przykro?! W kraju, w którym ludzie są gotowi zapożyczyć się na resztę życia na gablotę, od której sąsiadom oko zbieleje, mówicie, żeby nie epatować tym, co się ma??? To są Himalaje hipokryzji w tylko nam właściwym, buraczano – kartoflanym stylu.

WSZYSTKIE BRZUCHY NASZE SĄ

Myślenie, szacunek i pokora są bardzo trudne, wymagają bowiem wysiłku. Najłatwiej jest krzyczeć, że szczuje brzuchem, że chuda, bo ma cztery nianie, i co z niej w ogóle za matka. Ciężko wysilić się na zrozumienie i dystans. Ale gwarantuję – ten wysiłek się opłaci, bolesny ścisk dupy z zazdrości ustępuje po głębszej refleksji.

A na koniec muszę się Wam przyznać, że jestem trochę zażenowana faktem, że w ogóle musiałam taki post napisać. Że w dwudziestym pierwszym wieku, pięćdziesiąt lat po drugiej fali feminizmu, kobiecy brzuch jest nadal przedmiotem gorącej debaty publicznej. Marzę o dniu, kiedy wszyscy – matki i niematki, ojcowie i nieojcowie, babcie, ciocie, sąsiadki, użytkownicy Instagrama, dziennikarki i dziennikarze – kiedy wszyscy, jak jeden mąż, wreszcie odpierdolą się od kobiecych brzuchów.

* Wisława Szymborska, “Nienawiść”