inspiracje

jeszcze nie wiem, kim jestem

Od dawna tęskniłam za dniem, takim jak dziś: że oto jestem sama w domu, chwilowo nie gonią mnie żadne terminy, nie muszę niczego zamawiać, sprzedawać, niczego załatwiać, ani nigdzie jeździć. Że mogę siedzieć przy kuchennym stole, pić kawę za kawą, słuchać radia i przez kilka godzin robić znów to, co tak bardzo lubię: pisać. Miałam ochotę opowiedzieć Wam parę zakulisowych historii sklepowych, czym teraz żyję i co się tu u nas dzieje od zaplecza. Że właśnie urządziliśmy sobie siedzibę, i jak tam jest turkusowo, jak ładnie, oraz zobaczcie – udało nam się stworzyć ponad dwadzieścia różnych produktów fizycznych, ależ to robi wrażenie, gdy się tak im razem przyjrzeć! Chciałam wylać z siebie trochę tej ekscytacji, że już projektujemy i zamawiamy cuda na jesień, jakie będą piękne torby, a jakie świece i przyprawy – no sztos, mili Państwo.

Kiedy już trzecią godzinę próbowałam coś z siebie wykrzesać, jednocześnie nie mogąc sobie znaleźć w domu miejsca, to zbieranie myśli przy jednoczesnym wstawianiu prania i oskubywaniu kwiatów na tarasie przyniosło zaskakujące rezultaty. Zdałam sobie bowiem sprawę, za czym tak naprawdę tęskniłam i co mnie tu przed tę klawiaturę przywiodło. Zrozumiałam, że po prostu chciałam, żeby na moment było jak dawniej. Chciałam przez chwilę poczuć się bezpiecznie, móc powtórzyć dawną sekwencję czynności – wstać, zrobić kawę, ogarnąć mieszkanie, nastawić pralkę i zmywarkę. Potem druga kawa, maile, a później pisanie, gotowanie, zdjęcia, Instagram – w różnych proporcjach i konfiguracjach. Chciałam do tego wrócić na moment, bo wtedy wiedziałam, kim jestem. Byłam blogerką, autorką książek, moim zadaniem było pisać, tworzyć, zaciekawić i poruszyć, reklamować, robić zasięgi. Bywałam z tego stanu rzeczy mniej lub bardziej zadowolona, bywałam w tamtym życiu mniej lub bardziej spełniona czy zmęczona, ale zasadniczo było mi wygodnie, więc szłam przed siebie, długo zagłuszając wątpliwości.

Bo kiedy szybko biegłam, udawało się je ignorować. Biegłam więc, ignorując – wydając co chwilę kolejne publikacje, pisząc wciąż, realizując projekty dla klientów i dobrze to żarło. Było na chleb i winko, wakacje dwa razy do roku, robiłam rzeczy ciekawe oraz pożyteczne, i tylko od czasu do czasu, gdy leżałam w wannie albo kiedy nie mogłam zasnąć, zastanawiałam się, czy tak będzie już zawsze. Czy można do końca życia być blogerką i autorką książek kulinarnych? Czy to się nie znudzi, nie skończy, czy człowiek się nie wypali, a czytelnicy nie pójdą sobie w pizdu? Czy można mieć głowę niczym niewyczerpana studnia pomysłów na przepisy i teksty? Czy można żyć wciąż rytmem narzucanym przez reklamodawców? Czy trzeba zgodzić się na te ich asapy i dealine’y, żyć pod dyktando agencyjnych briefów, stresując się wciąż, czy będzie się klikać? Czy należy trzymać się kurczowo takiej pracy, bo to przecież jak pana Boga za nogi złapać? Ile można przetestować pralek, ile różnych urządzeń gospodarstwa domowego polecić, jak długo można z entuzjazmem promować kremy pod oczy, dodatki do wnętrz i sery pleśniowe?

I nawet jak z całej oferty gówna wybierało się same perełki, to ileż tych perełek może się jeszcze trafić? Czy zatem trwać przy tym, czy odejść? Jeśli trwać, to jak robić to, co lubi się coraz mniej, ale żeby się nie wydało? Czy dam radę udawać entuzjazm, chodzić po świecie z przyklejonym uśmiechem? A jeśli odejść, to dokąd? – tych pytań było coraz więcej. Brzmiały coraz głośniej, nawet kiedy jeszcze biegłam. A gdy zatrzymałam się, wylały się burym strumieniem, niczym rzeka przez przerwane wały. Mętna woda lała się przez ulice przyzwyczajeń i aleje przekonań, zalewając swym brudnym impetem wszystkie czyste, starannie wypielęgnowane ścieżki mojego życia. Długo sprzątałam po tamtej powodzi. Płakałam nad skalą zniszczeń, czułam się bezradna wobec tego, co zastałam. Nie wiedziałam, od czego zacząć, ani dokąd iść. Było mi tak smutno i źle, że nie miałam nawet siły sprzątać, a co dopiero wytyczać nowe drogi pośrodku tego błotnistego bajzlu. Wprawdzie tliło się we mnie od jakiegoś czasu pewne marzenie, ale wydawało się zbyt śmiałe w tamtych okolicznościach.

Na szczęście było nas dwoje w tym rozpierdolu, bo mój towarzysz broni też wrzucił granat do swojego dobrze prosperującego życia zawodowego. On także chciał więcej wolności, on też już dłużej nie miał siły zasuwać dla kogoś, pod czyjeś dyktando, realizować nie swoje cele. I tak podnosiliśmy się razem, sprzątaliśmy swój bajzel, trochę poturbowani i niepewni, na przemian nakręcając się do działania i kłócąc. Dziś żyjemy, pracujemy, zarabiamy. Daleko nam do spełnienia czy równowagi, nadal dużo tu niepewności, a krajobraz wokół jest ciągle w nieładzie.

Ja wciąż jeszcze nie wiem kim jestem. Jeszcze stoję w rozkroku, oglądając się z od czasu do czasu z tęsknotą za siebie, trzymając się odrobinę dawnego życia. Już nie kurczowo, już coraz słabiej, dojrzewając do tego, by je puścić. Nie jestem pewna, czy ta nowa droga prowadzi w dobrą stronę. Czuję się trochę jak bezpański pies, który nie ma imienia, bo ja nie mam dziś tożsamości. Jeszcze nie jestem przedsiębiorczynią, nie czuję się ani bizneswoman, ani właścicielką sklepu czy marki. Tęsknię za byciem pełnoetatową blogerką, a raczej – za tym czasem, kiedy czułam się bezpiecznie, tym sprzed powodzi, za chodzeniem po starannie wypielęgnowanych ścieżkach tamtego życia. Dziś w znoju i niewygodzie buduję nowy świat, który po części pociąga mnie, a po trosze przestrasza. Czuję ten powiew wolności, gdy coraz rzadziej muszę martwić się o czyjeś asapy czy deadline’y, ale też ciężar odpowiedzialności – gdy wiążę się kolejną umową najmu lokalu i szukam ludzi do pracy. Wiem, że w tym nowym życiu nadal będę mieć zapierdol, ale przynajmniej swój własny, na moich zasadach, w którym nikt nie będzie mówił mi, co mam robić, ani kiedy. Jeszcze nie wiem, kim jestem, stoję w rozkroku, na przemian smutna i podjarana, zastawiając się, co jest w życiu lepsze – wolność czy wygoda. Wciąż szukam w sobie odwagi, by pracować już całkiem po swojemu.

Ja jeszcze nie wiem, kim teraz jestem, ale idę przed siebie, starając się nie biec zbyt szybko, żeby tym razem już wszystko usłyszeć. A wy tymczasem zobaczcie, jak sobie urządziliśmy siedzibę sklepu, i jak tam jest turkusowo, jak ładnie. ♥