felietony

jak stąd na księżyc, czyli historia pewnej miłości

To było dziewięć lat temu w kwietniu, w Wielki Piątek konkretnie, miejsce akcji: Sopot. Wzięłam wolne z pracy, co by się do Świąt szykować, żeby napiec serników i mazurków. W trakcie, gdy jeden z nich siedział w piecu, wzięłam prysznic. Tuż po kąpieli, jeszcze z mokrymi włosami i jakimś ciastem w piecu, odebrałam telefon. Głos w słuchawce, choć ze wszystkich najdroższy i najbardziej znajomy, brzmiał dziwnie poważnie, kiedy mówił: “w sypialni, pod Twoją poduszką, jest wiadomość. Przeczytaj wszystko dokładnie, bo nie będę powtarzał. Postępuj zgodnie ze wskazówkami. Czas: start.”

Zdębiałam. O co kaman? Tyle zdziwiona, co zaintrygowana, sięgnęłam pod poduszkę i faktycznie – znalazłam tam malutką, kremową kopertę. Zgodnie z zawartą w niej informacją, zaczynałam właśnie bliżej niezrozumiałą grę i miałam kwadrans, aby dojść we wskazane miejsce po dalsze instrukcje. Wyłączyłam piekarnik, ubrałam się szybko nie dbając o szczegóły stroju, makijaż ani wysuszenie włosów. Połknęłam haczyk, pobiegłam.

Kolejna koperta, którą wkrótce wytropiłam kilkaset metrów od domu, kierowała mnie do “naszego” sklepu – zaprzyjaźnionego spożywczaka, w którym robiliśmy niemal codziennie zakupy. Miałam poprosić w nim o kilo gwoździ, by pokierowano mnie dalej. Mimo że lubiłam sądzić o sobie, że nie dbam o konwenanse, miałam wewnętrzny opór, spotęgowany niepewnością, czy dobrze rozgryzłam zagadkę – chodziło bowiem o miejsce, w którym bywamy “w prawie każdą sobotę rano”, a w tamtym okresie dość często zdarzało nam się jadać weekendowe śniadania na Monciaku, a nie tylko kupować bułki w tym sklepie. Zaryzykowałam, wymamrotałam coś o tych gwoździach, gdzieś między wodą, a gumą do żucia i usłyszałam od ekspedientki “aaaaa, to Paaaani!”, akompaniowane cichym chichotem, wymienionym z ekspedientką numer dwa. Dostałam kopertę, rozerwałam ją nerwowo i pobiegłam, bo też i spory kawał miałam do przejścia, żeby o czasie dotrzeć pod wskazany adres i oczekiwać tam przy budce telefonicznej na dalsze instrukcje.

No i w tym miejscu trochę pobłądziłam, gdy dobiegłam zdyszana na róg wymienionych ulic, budki nie ujrzawszy, cofnęłam się kilkadziesiąt metrów do innej – jedynej, jak sądziłam, w tamtej okolicy. Stałam, czekałam, nasłuchiwałam, rozglądałam się – nic. W pewnym momencie w oddali – na ławce w Parku Północnym zamajaczyła znajoma kurtka. Postać w nią odziana, kryła się konspiracyjnie za ciemnymi okularami i gazetą na tyle nieudolnie, że rozpoznałam w niej naszą przyjaciółkę, z którą w tamtym czasie pracował mój chłopak, Wojciech. Gestem niczym z filmu sensacyjnego klasy B wykonała telefon i oddaliła się w pośpiechu, zostawiając mnie zdezorientowaną na chodniku kawałek dalej od rzeczonego aparatu telefonicznego. Wtem rozległ się dzwonek, taki oldskulowy, nie zostawiający złudzeń, że dochodzi z budki – mam ją! Była tuż za rogiem (swoją drogą, kto stawia w 2007 roku w Sopocie dwie budki telefoniczne, jedna obok drugiej, heloł?!). Dobiegłam, odebrałam. “Hi, Anieeeshka!” – usłyszałam w słuchawce i wybuchłam śmiechem, słysząc głos naszego kumpla, Davida, który telefonował do tego aparatu z samego centrum Londynu. Chichraliśmy się tak w słuchawkę dobrą chwilę, by wreszcie dojść do sedna sprawy – mam cisnąć do usytuowanej kilka ulic dalej winiarni, wewnątrz dowiem się więcej. Pokrzepiona nieco serdecznym głosem kochanego Davida i rozluźniona dawką śmiechu, ruszyłam przed siebie. Przed dobrze mi znanym sklepem winiarskim stał mój rower! Weszłam do środka, przedstawiłam się, wręczono mi mój osobisty, wiklinowy, rowerowy kosz, wypełniony: winem, bukietem niezapominajek i kopertą. Wewnątrz był mały kluczyk i lakoniczny komunikat: “dworzec PKP, nasz numer”.

Pojechałam więc czym prędzej, a na miejscu ruszyłam w kierunku skrytki bagażowej. Drzwiczki z numerem siedem otworzyły się posłusznie, ujawniając swą zawartość: wielki zwój szarego papieru, złożonego wielokrotnie, który okazał się ręcznie wykonaną (ręką nie byle jaką, od razu rozpoznałam w niej nonszalancką kreskę znajomej artystki) mapą Sopotu. Wszystkie strzałki kierowały mnie na Hipodrom, co byłoby pewnie przyjemną przejażdżką rowerem przez pół miasta, gdyby nie fakt, że miałam na nią…10 minut! Musiałam być na miejscu o 19, inaczej “wszystko przepadnie”…Śmiałam się sama z siebie w duchu, kiedy pedałowałam zawzięcie willowymi uliczkami, włos miałam rozwiany, komary na zębach, pojęcia nie miałam, o co chodzi, czułam jednak, że rzecz jest poważna, a plan misterny. Liczba zaangażowanych dotychczas osób trzecich dawała do myślenia, równie mocno, co fakt, że następnego dnia mieliśmy świętować naszą czwartą rocznicę. Spocona, bez tchu, dojechałam do stadniny pięć minut po czasie…nie miałam pojęcia, gdzie pójść ani czego szukać, lecz niepewność nie trwała długo. Już u bram zgarnęło mnie dwóch wiekowych stajennych w bryczce, którzy mimo braków uzębienia i nadmiernej wesołości byli na tyle przekonujący, że zgodnie z ich poleceniem zostawiłam rower przy stróżówce i pojechałam z nimi w nieznane. Nigdy nie zapomnę tego wieczornego światła i tej ciszy sopockich uliczek, w której rytmiczny dźwięk kopyt był jak tykanie zegara, odliczającego czas do godziny zero. Napięcie rosło, czułam, że rozwiązanie zagadki jest już blisko, beształam się w myślach za swoje podejrzenia i jechałam, z bezzębnym panem Heniem i jego kumplem, w coraz bardziej znajome rewiry, zbliżając się do miejsca, w którym mój, wtedy jeszcze chłopak, urządzał wówczas knajpę.

Nie myliłam się, zanim słońce całkiem zaszło, dojechaliśmy pod budynek, w którym trwały prace remontowe, a z którego w ciągu paru tygodni miał wyłonić się bar z artystycznym hotelikiem. Panowie życzyli mi powodzenia i odjechali, z szelmowskimi uśmiechami na ustach, zostawiając mnie przed czerwonymi drzwiami, lekko już zmęczoną i mocno przejętą. Nacisnęłam na klamkę, drzwi były otwarte, wewnątrz zobaczyłam strzałki, kierujące mnie na schody. Na klatce kolejne – szłam powoli, trzy piętra w górę, serce waliło mi jak głupie, bo czułam już, co, a raczej – kogo zobaczę na górze. Na ostatniej kondygnacji, w której powstawał wówczas najpiękniejszy w całym hotelu apartament, na środku wielkiego, pustego pokoju, w półmroku, stał stolik. Na nim największy, jaki w życiu widziałam bukiet najpiękniejszych, jakie w życiu widziałam, białych tulipanów, butelka wina, dwa kieliszki. Przy stole on, z miną, którą była mieszaniną satysfakcji i dumy z nieśmiałością i zmieszaniem. Już wiedziałam, co zaraz powie. A raczej – o co zapyta. Serce miałam w gardle i łzy w oczach. A on, skubany, zapytał, czy chce mi się pić, po czym napełnił kieliszki schłodzonym białym. Kiedy już pierwsze łyki ukoiły – zarówno pragnienie, jak i skołatane nerwy, a wymiana porozumiewawczych spojrzeń i znaczących uśmiechów musiała się wreszcie skończyć, wreszcie wyjął z kieszeni pierścionek i zapytał, czy zostanę jego żoną.

Co ja biedna mogłam na to odpowiedzieć w takich okolicznościach przyrody? Nie odpowiedziałam nic, tylko poryczałam się koncertowo, jak na romantyczne oświadczyny przystało, i jeszcze dłużej. A potem całowaliśmy się, długo jak na zaręczyny przystało, piliśmy to wino i omawialiśmy backstage przedsięwzięcia, przy akompaniamencie mojego pociągania nosem i smarkania w chusteczkę.

Rok i trzy miesiące później, w tym samym Sopocie, zostałam jego żoną. Nie obyło się bez zwrotów akcji, zarówno przed, w trakcie, jak i po rzeczonej ceremonii, lecz stan na dzisiaj (cywilny: mężatka), świadczy o tym, że niegłupie było to posunięcie. Osiem lat po ślubie, dziewięć lat po zaręczynach w konwencji gry miejskiej, trzynaście lat od pierwszego buzi-buzi, tysiącpięćsetstodziewięćset kłótni oraz dwoje dzieci później, wspominam tamten dzień ze łzami w oczach. Do dziś uwielbiam tulipany i Sopot, nieustającym sentymentem darzę Hipodrom i Wielkie Piątki. Wciąż kocham tego faceta, który, choć porównywalnie romantycznych zrywów więcej już niestety nie miał, to nadal wypełnia moje życie sporą dawką emocji, kreatywności i szczęścia. Jak stąd na księżyc i z powrotem go kocham, fajny z niego chłopak.

11

2

3

13

4

9

24

17

5

12

10

14

15

22

23

25

7

 

Obchody rocznicowe upiększyły nam miłosne plakaty typograficzne Lemon Ducky:

you+me

Love you to the moon and back

Love (personalizowany)