codzienność

Jak przeżyć bunt dwulatka?

Dwulatki to takie stworzenia, że nie wiadomo: zjeść z miłości czy zjeść, żeby się ich pozbyć. Obezwładniają słodyczą mowy z freestylową fleksją, powalają neologizmami, rozwalają na łopatki powagą podniosłych wyznań. Metrowe ludziki, zawieszone między bobasowatością a dzieciństwem. Mini-ludzie, próbujący zabaw w dużych ludzi, mimo, że jeszcze walą w pieluchy. Dwulatki są jak chorzy na dwubiegunówkę – w epizodach maniakalnych wydaje im się, że potrafią ugotować obiad, naprawić samochód i pojechać nim same do babci, biegają radosne ze śpiewem na ustach jak kucyki pony po łące (i pewnie nawet są przekonane, że mają tęczowe ogony i brokatowe skrzydła). Są nadpobudliwe, wesołkowate i chcą rządzić światem. Wystarczy tylko odmowa kupna soczku, balon, który odleciał albo pies, który nie dał się pogłaskać i wpadają w otchłań rozpaczy, niepohamowany szloch, wściekają się z doniosłością syreny. Taką labilność nastroju u dorosłych leczy się solami litu. Takich dorosłych zamyka się, względnie porzuca, bo nie da się z nimi wytrzymać.

 JAK WYTRZYMAĆ Z DWULATKIEM?

Widok rumianego, poczochranego dwuletniego dziecka w piżamce kładzie na łopatki każdego, jeśli do tego z misiem w dłoni – absolutny killer, ten obrazek sam zapładnia bezdzietne kobiety. To taka strategia, mająca na celu uniknięcie porzucenia w oknie życia. Gdyby nie to, tysiące dwulatków ginęłyby bez śladu w tajemniczych okolicznościach. Kto pozostanie przy zdrowych zmysłach, żyjąc pod jednym dachem z człowiekiem, który się wiecznie stawia, który przed każdym ubieraniem spiernicza z wrzaskiem za kanapę, który na przemian drze się “TO MOOJEEEE!!!” albo “NIEEEE” z intonacją a la zarzynane prosię?! Kto (poza cierpiącymi na ciężkie przypadki nadpobudliwości psychoruchowej) wytrzyma ten poziom ekspresji, jaki serwują 24 godziny na dobę dwuletnie dzieci? Dwulatek w bezruchu jest najprawdopodobniej ciężko chory. Jego wizualną metaforą może być rozmazana plama, smuga jak po odrzutowcu, mam wiele takich zdjęć w albumie rodzinnym.  Podstawowe środki wyrazu dwulatka to: śpiew, krzyk, rechot, pisk. Ludzie zaznający ciszy i spokoju tylko przez kilka nocnych godzin (a i to z przerwami na wyrywające ze snu wrzaski, pobudki i spacery w ciemności) powinni mieć refundowane sanatoria z medytacjami, hipnozą i komorą ciszy absolutnej.

BUNT DWULATKA W WERSJI HARCORE

Przerabiamy obecnie bunt dwulatka w wersji light, ten z gatunku hardcore (cudem) przeżyliśmy pięć lat temu. Był cały repertuar: wrzaski na ulicy przy akompaniamencie lamentów staruszek, wrzaski w u dziadków, którzy siwieli z nerwów, wrzaski w domu, ku trwodze sąsiadów, dzwoniących przezornie na policję. Wrzaski z bezdechem, wrzaski z tupaniem, wrzaski z rzutami na glebę, wrzaski z pawiem, do wyboru do koloru. Przeżyliśmy koszmar, przez kilka miesięcy nie było dnia, żebym nie wyła z bezsilności. Byłam pewna – nigdy więcej dzieci, to nie na moje nerwy. Czytałam, co się dało na ten temat i wszędzie powtarzało się w zasadzie jedno: przeczekać, być obok, wspierać cierpliwie. Pokojową nagrodę Nobla temu, kto potrafiłby wspierać cierpliwie dziecko, które drze się jak obdzierane ze skóry przez godzinę lub dwie. Ja nie potrafiłam. Nic nie dawały kolejne strategie: przytulanie (lekkie i mocne), próby rozmów, karne jeżyki, prośby i groźby. Byłam obok, zbierałam razy podczas prób uspokojenia, nie mówiłam nic, to zbierałam razy, że nie odpowiadam, nie realizuję absurdalnych poleceń, wyrzucanych bełkotliwie w histerii (typu: usiądź, wstań, przesuń rękę, zabierz nogę, wyjdź itp.). Ryczałam, krzyczałam, kłóciłam się z mężem, wychodziłam z domu, który przypominał w tamtym czasie wariatkowo. Tak, jest happy end: to minęło. Nikt nie umarł, nikt nikogo nie zabił, nikt nie osiwiał, nie wylądował w psychiatryku, obyło się bez rozwodu. Początek końca dał chyba tata Zosi, który jako pierwszy zawziął się i kiedy dostawała spazmów, zamykał się z nią w pokoju i siedział w milczeniu i kiedy pojawiała się na to szansa – próbował nawiązać kontakt i pomóc w uspokojeniu. Potrafili siedzieć tak za zamkniętymi drzwiami nawet dwie godziny, ona wrzeszczała, on tkwił obok niewzruszony, a ja beczałam za ścianą przerażona. Bałam się, ale i wściekałam, a jednocześnie było mi jej potwornie żal. Ta ambiwalencja uczuć jest koszmarnie trudna do udźwignięcia, chyba dopiero, kiedy współczucie zaczęło dominować, byłam w stanie zachować spokój w obliczu tych histerii.

 PO PIERWSZE – ZROZUMIEĆ

Niby z taką porażką na koncie (wielomiesięczna bezsilność) nie powinnam się wymądrzać. Z drugiej strony – przerobienie dziesiątków takich scen chyba uprawnia mnie do tego, żeby się jednak wypowiedzieć, co niniejszym czynię: najważniejsze to zrozumieć, że dziecko cierpi. Nie jest złośliwym potworem, nie próbuje wejść Ci na głowę, nie zostanie terrorystą, faszystą ani innym psycholem, jeśli pozwolisz mu krzyczeć. Przeciwnie – im szybciej się wykrzyczy i nie będzie mieć z tego powodu poczucia winy, tym prędzej będzie mieć te katusze za sobą. Zrozumienie tego przyniosło nam uglę i pozwoliło przejść z etapu siłowania się do wspierania w spokoju. Należy zaakceptować, że to naturalna dla tego etapu życia próba walki o niezależność, oderwania się od matki, targające dzieckiem sprzeczne uczucia, z którymi nie umie sobie poradzić. Mamy ten okres dawno za sobą i dziś (nie uwierzyłabym w to wtedy) – dziecko z prawidłowo rozwiniętą emocjonalnością. Dziś jest mi łatwiej spokojnie znosić Hankowe humory, piski i spierniczanie nie widok kurtki. Względny spokój tego etapu jej życia to pewnie wypadkowa odmiennego charakteru i naszej dojrzałości – po przeprawach sprzed pięciu lat niewiele rzeczy może nas złamać. Myślę też, że na wrażliwej Zosi odbiły się mocno nasze ówczesne problemy ze zdrowiem i pracą – najgorsze, co można zrobić dla dwulatka, to dać mu odczuć rodzinne napięcia, słyszeć nerwowe rozmowy, wywołać w nim niepokój. Warto, na ile to możliwe, szczególnie zwrócić uwagę na poczucie bezpieczeństwa i spokój na tym trudnym etapie życia, dziś już to wiem.

Uwielbiam tego mojego małego gagatka i znacznie częściej jednak mam ochotę zjeść ją z miłości, niż żeby się jej pozbyć. Kiedy jednak całe popołudnie słucham dobiegających z ich pokoi z częstotliwością co 3 minuty wrzasków, mam ochotę wysłać ją do żłobka z internatem. Gdy podczas kąpieli co minutę słyszę pisk porównywalny ze skalą Oskara z “Blaszanego Bębenka”, bo Hanka wyrywa Zośce zabawki, fantazjuję o ucieczce. Nie czuję się z tego powodu winna, tak jak ona ma prawo się złościć, tak ja – źle to znosić. Nie – tracić cierpliwość, ale mieć czasem dość, mieć ochotę albo wręcz wyjść. Kilkugodzinna rozłąka to najlepszy sposób na zmęczenie materiału, po kilku godzinach to ja lecę do niej jak na skrzydłach, spragniona tego małego huraganu z jej piskliwym słowotokiem, z tą mimiką obłędną. Taaa, dwulatki to skomplikowane stworzenia. Zadręczą, umęczą, a i tak szaleje człowiek za nimi jak wariat. Jeśli więc mogę coś doradzić wszystkim matkom na krawędzi, stojącym jedną nogą w psychiatryku, to przede wszystkim: zrozumieć przyczyny buntu dwulatka, pamiętać, że on niedługo minie, dać sobie prawo do frustracji i…uciekać, kiedy to tylko możliwe 😉

dwulatek

c

dwulatek

22

a

Hanka: bluzka i spodnie – H&M