hity miesiąca

hity sierpnia (o którym większość ludzi już zapomniała)

Nigdy jeszcze nie opisywałam hitów poprzedniego miesiąca tak późno w kolejnym. Niewykluczone też, że większość ludzi już dawno zapomniała, że kiedyś był sierpień i wakacje – lato wydaje się w pod koniec września, z perspektywy biura, szkoły i pobudek o szóstej, jakąś arcyodległą galaktyką. A ja chyba po prostu nigdy nie zaliczyłam jeszcze tak twardego lądowania w powakacyjnej rzeczywistości, jak w tym roku. I jakoś wyjątkowo dużo czasu potrzebowałam, żeby się otrząsnąć, dojść do siebie, ogarnąć dziesiątki rodzinnych drobiazgów, naoliwić tryby tej machiny, która będzie musiała działać sprawnie przez kolejnych dziesięć miesięcy. Dużo bowiem można powiedzieć o naszych wakacjach (i z pewnością to jeszcze niebawem uczynię), ale nie to, że na nich odpoczęłam. Bo kiedy po trzech tygodniach chłodnych, deszczowych wakacji w kamperze wnieśliśmy do mieszkania ostatnią torbę śmierdzących wilgocią, brudnych ubrań, pościeli i ręczników, popłakałam się ze zmęczenia. W ogóle sporo płakałam ostatnio, zaliczyłam jakąś wielką kumulację stresów, frustracji, rozczarowań, żalów i smutków. Dałam sobie prawo do tego, by wziąć mały urlop po urlopie i doprowadzić się do porządku przed nadejściem jesieni. Początek sierpnia był bowiem jakąś jazdą bez trzymanki, by wyrobić się robotą do wyjazdu, a resztę miesiąca spędziliśmy przemierzając Szwecję i Danię. Nie sposób tu zatem nie wspomnieć o tej przygodzie, mam jednak parę innych inspiracji oprócz tych skandynawskich.

CUDNA SKANDYNAWIA

Niezależnie od trudności, jakich doświadczyliśmy na urlopie, jedno jest pewne: Skandynawia jest cudna. Z pewnością napiszę jeszcze wpis o tym, dlaczego nie polecam jej w wariancie takim, jak nasz: kamperem, z dziećmi, na trzy tygodnie, zwłaszcza ludziom zmęczonym. Ale dziś nie o minusach, bo nie sposób nie wspomnieć o licznych zachwytach, jakich doświadczyliśmy w Szwecji i Danii. Od sielskiej Olandii i Smålandii, przez lasy i jeziora, aż po mój osobisty hit wyjazdu – zachodnie wybrzeże. Surowe i skaliste, upstrzone kolorowymi, rybackimi chatkami, absolutnie przepiękne. Smögen, Göteborg i Skanör – to były moje najjaśniejsze punkty pobytu w Szwecji, po których przyszedł czas na prawdziwą perełkę, sentymentalny wyciskacz łez – Kopenhagę. To była nasza pierwsza wizyta tam, od kiedy piętnaście lat temu spędziliśmy w stolicy Danii ponad pół roku, gigantycznie się w niej zakochując. Tych kilka dni na starych śmieciach było naprawdę cudownych i zdecydowanie plasują się one na szczycie mojej sierpniowej listy dobrych przeżyć.

NOWOŚCI W SKLEPIE

Czułam, że podróż do Skandynawii może przynieść efekty w postaci zawodowych inspiracji, ale szczerze mówiąc nie spodziewałam się, że akurat takich. 😉 Okazało się bowiem, już od pierwszych chwil na szwedzkiej ziemi i od moich pierwszych stamtąd migawek, że ogromną furorę robi mój emaliowany kubek z retro ilustracjami, który przywiozłam sobie dwa lata wcześniej ze Sztokholmu. Przez całą podróż dostawałam o niego pytania, by, kupiwszy sobie w Kopenhadze kolejne wzory, postanowić o wprowadzeniu ich do sklepu. Pierwsza partia rozeszła się niczym świeże bułeczki, w jeden wieczór, więc już zamawiamy kolejne – obserwujcie sklepową zakładkę z nowościami, jeśli macie chrapkę na któryś z nich. A kiedy już będziecie robić u nas zakupy, nie zapomnijcie o naszych sierpniowych nowościach – cudnych kosmetyczkach z koralikami, pastelowych workoplecakach, żółtych i miętowych talerzach do serwowania i świecach sojowych w lekkich zapachach na przedłużenie lata.

KĄCIK PIERWSZOKLASISTKI

Przed długim urlopem, który kończył się w przeddzień rozpoczęcia roku szkolnego, udało mi się jeszcze ogarnąć większość szkolnych wyprawek. Wyjechałam spokojna o podstawy – plecaki, buty na zmianę, mieliśmy zapas zeszytów i papierników wszelkiej maści, które po powrocie uzupełniłam już tylko o ostatnie drobiazgi. Bardzo się cieszyłam, że zdążyliśmy zorganizować Hance fajny kącik szkolny – biurko, dotychczas do połowy zastawione zabawkowo-mazakowym dobytkiem, odgruzowaliśmy, przenosząc część akcesoriów na półeczki. Dorzuciliśmy kilka fajnych pojemników i akcesoriów biurkowych, uporządkowaliśmy pisaki i kredki, wymieniliśmy krzesło, dodaliśmy segregatory, kosze, pudełka, parę dekoracji. To bardzo fajnie nastroiło Hankę na rozpoczęcie pierwszej klasy, wzmocniło ekscytację i takie jej poczucie, że jest już uczennicą 🙂

“GORZKO, GORZKO” JOANNA BATOR

Niesamowita książka, moim zdaniem wybitna, zdecydowanie najlepsza, jaką przeczytałam od bardzo dawna. Z gatunku takich do zatracenia się – wciągająca, przejmująca, dostarczająca wzruszeń, lecz daleka od taniego sentymentalizmu. Świetnie skonstruowana, cudownie napisana, mnóstwo tu popkulturowych smaczków, świetnie uchwyconych szczegółów, przepięknie językowo oddanych smaków, zapachów, klimatów, impresji. “Gorzko, gorzko” to niesamowita historia czterech pokoleń kobiet, losy Berty, Barbary, Violetty i Kaliny nie tylko splatają się w oczywisty dla rodziny sposób, ale też osadzone są bardzo ciekawie w kontekście historycznym, od czasów przedwojennych aż po współczesne. Opowieść to dramatyczna, pełna cierpienia, traum, samotności, trudów macierzyństwa, ale traktuje też o poszukiwaniu wolności i miłości. Z pewnością jest to smutna historia, jednak napisana w tak angażujący sposób i oferująca znacznie więcej niż tylko tragiczne losy bohaterek, że czytanie jej jest nieprawdopodobnie przyjemne. Delektowałam się nią, dozowałam ją sobie, by potem tęsknić na jej wyjątkowym klimatem. Polecam gorąco!

“THE GOOD DOCTOR” NETFLIX

Jeśli szukacie czegoś, co Was wciągnie, ale nieprzesadnie – bez obgryzania paznokci czy konieczności zarywania nocy, czegoś, co starczy na dłużej, a do czego z przyjemnością będzie się wracać wieczorami, żeby się zrelaksować przy miłych treściach, sympatycznych bohaterach, ciekawej fabule – “The Good Doctor” jest dla Was. Jak każdy, ale to absolutnie każdy amerykański serial, którego akcja dzieje się w szpitalu – i ten jest ogromnie przewidywalny, a dociekliwość i zaangażowanie lekarzy są tu na wprost nadludzkim, momentami irytująco nieprawdopodobnym poziomie. Gdy jednak zaakceptować to przerysowanie i przestać porównywać szpital św. Bonawentury do naszej rzeczywistości, gdy przestać zastanawiać się, czy osoba z autyzmem może zostać chirurgiem, można cieszyć się tym fajnym obrazem z wartką akcją i zróżnicowanym katalogiem postaci, z których znaczna większość szybko zaczyna budzić wielką sympatię. Z doktorem Shaun’em Murphym na czele – rezydentem chirurgii, który mimo swoich ograniczeń emocjonalnych i komunikacyjnych, staje się niesamowicie wartościowym, nierzadko ocierającym się o geniusz pracownikiem szpitala. Można by tu pewnie znaleźć mnóstwo nieścisłości i nierealnych sytuacji, co jednak nie zmienia faktu, że czas spędzony z ekipą “The Good Doctor” był dla mnie niezwykle przyjemny i nie mogę doczekać się kolejnych sezonów.