felietony

generowanie kontentu, gorąca linia 24/7 i zakompleksione frustratki, czyli czego nie cierpię w blogowaniu

Ciężki jest ten pierwszy poświąteczny dzień w pracy, co? Myślę, że niezależnie od tego czym się zajmujemy, towarzyszy nam jakiś szok poznawczy. I mi najtrudniej jest siadać do pisania po kilkudniowej przerwie. Tworzenie wpisów co dwa dni wychodzi jakoś tak siłą rozpędu, najgorzej jest wypaść z obiegu. Kiedy tak sobie o tym myślałam, świętując, jak również zastanawiałam się, o czym by tu kolejny tekst popełnić, to postanowiłam, że właśnie o tym – że choć nie pisałam od niemal tygodnia, to nie zaznałam psychicznego komfortu, nie czułam się jak kasjerka na urlopie.

Bo choć po paru dniach bez bloga otwieram komputer z pewnym głodem słowa i obrazu, to jednak i w lekkiej panice, z balastem wyrzutów sumienia. Gdy raz na jakiś czas zdarzy mi się tak nieprofesjonalnie zamulić, czuję się jak jakiś początkujący lamus, a nie człowiek, który w rubrykę “zawód wykonywany” wpisuje: “bloger”. Bo to jakby przez kilka dni do pracy nie pójść, nie wypisawszy wniosku urlopowego, jak na wagary jakieś. A ja nie z tych, którzy na pełnym luzie pijali w liceum wino w krzakach. Ja pijałam, owszem, ale bez luzu totalnie. Ja pijałam spięta, pełna obaw o konsekwencje. Pijałam, bo chciałam być wyluzowana, ale widziałam przecież, że nie wszyscy pijali. I mimo że (jak w liceum na wagarach) mój głos wewnętrzny kazał mi się w ostatnich dniach wyluzować, to w tyle świadomości kiełkowało poczucie winy. Zwłaszcza, że inni pisali.

Work-life balance? Bitch, please!

Największy problem, jaki mam z blogowaniem, to czas pracy. Tak nieokreślony, że jest się w niej zawsze i wszędzie. To, co wydaje się największym błogosławieństwem, kiedy mam chore dziecko czy babcię, albo gdy trzeba coś załatwić, w weekendy i Święta przyprawia mnie o migotanie komór. Od kilku lat bowiem nie doświadczam cudowności beztroskiej soboty, leniwej niedzieli czy świętowania pełną gębą.  W te dni ja jestem w najszerszym rozkroku, próbując być jednocześnie zaangażowaną matką i żoną oraz płodną blogerką. W te dni najtrudniej mi uzyskać spełnienie i równowagę, gdyż albo czuję się jak zaniedbująca dzieci pracoholiczka, albo – olewający obowiązki leń patentowany. Sobota, niedziela ani Święta nie sprawiają przecież, że ludzie przestają szukać rozrywki. Przeciwnie – to wtedy właśnie zagląda się na Facebooka i Instagram częściej niż w dni pracujące. Ja wówczas powinnam generować najlepszy kontent, dokarmiać społeczności, robić zasięgi. To nawet nie to, że ja jakoś nadmiernie leniwa jestem, pogenerowałabym ten kontent nawet przy niedzieli. Ale to jest cholernie trudne, kiedy dzieci wołają żryć, a chałupa woła o sprzątanie. Są także czasem różne zobowiązania rodzinne czy plany towarzyskie, nie można przecież w kółko wszystkim mówić, że nie mogę, pracuję. I weź tu generuj, jak między śniadaniem, praniem a obiadem, jeszcze trzeba ze trzy sesje na kolejne posty machnąć. Albo takie Święta – same się nie zrobią. Przy pewnym poziomie wciągnięcia w porządki i wypieki łatwo zapomnieć, że nie żyje się tylko dla siebie oraz że choć przy garach, to przecież wszak także służbowo się w tej kuchni stoi. Prowadzenie działalności zawodowej przy stole oznacza bowiem nie tylko, że kiedy pracuję, to czuję się jak w domu, ale także – że się w domu wiecznie czuję jakbym była w pracy.

Wiąże się to też z taką niedogodnością, że mi się często do biura pakują różne niepowołane osoby trzecie. A wierzcie mi – przerywanie procesu twórczego, żeby komuś wytrzeć pupę, potrafi skutecznie zniweczyć największe wysiłki. Pracowanie w domu jest fajne, o ile jestem w nim sama. Czasami więc z góry zakładam, że weekend to czas dla rodziny. Próby napisania czegokolwiek z góry skazuję na porażkę i wybieram się gdzieś z moją bandą. A potem, wracając, odpalam fejsa i bach: wszyscy blogerzy tego świata właśnie wrzucili swoje najbłyskotliwsze teksty tygodnia, a ja co mam? Dwoje brudnych dzieci w samochodzie. Żeby jeszcze szczęśliwych, ale zazwyczaj to jednak jedno zmęczone, więc ryczy, a drugie nie chciało jeszcze do domu, więc foch. Albo okazuje się, że jest jakiś dzień porozumienia bez przemocy czy inne święto pizzy i wszyscy zaliczają posty lub zasięgi życia (a ja mam dwoje brudnych dzieci).

Raz na jakiś czas więc, pomna takich niefartów, odmawiam rodzinie. Wysyłam dziewczyny z ojcem na sanki, hulajnogi czy inny basen. Tłumaczę sobie – taki zawód. Czy lekarka, która wychodzi na dyżur przeprasza własne dzieci? A policjant czy strażak? Nie sądzę. Zostaję więc w domu i pracuję. Tylko że wtedy to zazwyczaj przez cztery godziny piszę jakiegoś gniota, którego z powodu niezrozumiałych algorytmów Facebooka widzi trzynaście osób. A moi wracają ze spaceru z najpiękniejszymi rumieńcami na policzkach i słyszę “szkoda, że Cię nie było, mama, było tak super, ale następnym razem to już pójdziesz z nami, dobraaa?”.

Tak, to zdecydowanie najsłabsze w blogowaniu (kiedy się nie jest singielką) – żeby robić to dobrze, powinno się być w zasadzie non stop online. Chwile największej poczytności wypadają w porze, kiedy dzieci chodzą spać lub chcą spędzić czas z mamą, i jakoś nie chcą wypaść w dni robocze między 8 a 16. Nie mogę się też wciąż pogodzić z tym, że każda chwila mojego życia prywatnego powinna się stawać od razu publiczna, żeby podsycać zainteresowanie, budować społeczności i robić zasięgi. I niby się nie godzę, ale jak sobie zdam sprawę, że tak się zapamiętałam w tej swojej prywacie, że minęła cała kolacja wigilijna czy inne śniadanie wielkanocne, a ja nic a nic nie szeruję, to jednak wpadam w lekki popłoch. Takie to nieprofesjonalne przecież, o społeczności na kilka godzin zapomnieć. A jak nie udzielanie się w mediach społecznościowych, to gorąca linia 24/7 i pytania w stylu “czemu krem mi nie zgęstniał?” lub “proszę podać wymiary stołu” czy inne “a ten fotel to wygodny?”. W Wielką Sobotę o 21-wszej. I odpowiadaj natychmiast, bo jak nie, to foch i komentarze typu “ależ pani blogerka zajęta”.

 “Kreatywność rozkwita w atmosferze bezpieczeństwa i pewności siebie”*

Znalazłam kiedyś taki cytat i nawet fakt, że jego autorka jest numerolożką, nie osłabił mocy tych słów. Serio, gdyby wypowiedział je Piotr Kononowicz, też bym się wzruszyła. Czasem ciężko się zabrać do pisania, bo przychodzi kryzys. Częściej, niż mogłoby się Wam wydawać, czuję, że jestem cieniasem, a wszystko, co robię, jest seksowne jak Adam Hoffman przed metamorfozą. Zdarza mi się regularnie załamywać, że pomysły słabe, foty koślawe, a erudycji to mam tyle, co brudu za paznokciem. Są takie dni, kiedy wszystkie blogi wydają mi się błyskotliwe i inspirujące, gdy umieram z zazdrości nad czyimś tekstem i wydaje mi się, że ze swoimi umiejętnościami to powinnam w najlepszym wypadku skręcać długopisy. Nie potrafię przestać porównywać się do innych, a najgorsze jest to, że z tych porównań to mi zazwyczaj wychodzą same destrukcyjne dla samooceny rzeczy.

Czasami destrukcyjne, bo nie dorastam do pięt, innym razem przerastam, lecz co z tego. Zdarza mi się czytać jakąś skończoną tandetę, z tytułem jak z superaka, fotą ze stocków i widzę że hit, szał pał, tysiące serduszek, morze kciuków, Facebook rozgrzany szerami do czerwoności, a ludzie to płaczą normalnie. Czytam więc i ja wespół z dziesiątkami tysięcy, szukam morału jakiegoś czy puenty, żartu chociażby i nie znajduję. Wtedy czuję, że ze swoim wyczuciem potrzeb społecznych to nie powinnam w branży rozrywkowej robić. Z taką ręką do hitowych treści to ja najwyżej do “Poradnika Działkowca” mogę iść, bo co z tego, że piszę lepiej, skoro takich tłumów nie porywam.

“Myślenie jest trudne, dlatego większość ludzi ocenia”**

Hamulcowymi mojej kreatywności bywają też upierdliwe czytelniczki, nie będę ukrywać, że nie. W zderzeniu z niektórymi powstają mi w głowie pewne deficyty pewności siebie. Nie przestaję podziwiać stylu, w jakim kilka zdolnych i złośliwych blogerek rozprawia się z podłymi komentarzami. Niczym king Bruce Lee, karate mistrz. Bany rozdają na prawo i lewo, twierdząc przy tym, że zawistne uwagi spływają po nich jak woda po kaczce, niezależnie od tego, czy dotyczą wpisów sponsorowanych, metod wychowawczych, stylu życia czy (nad)wagi. Bardzo się staram w to wierzyć, bo przecież taka wiara to byłby pierwszy krok do tego, żebym i ja zamieniła się w tę kaczkę, ale mi, psiamać, nie wychodzi. No jakoś nie kupuję tego, że jak je ktoś obraża, wyśmiewa czy wyzywa od najgorszych, to mają to w dupie. Bo mnie to w najlepszym razie wkurwia, choć zazwyczaj jednak smuci albo frustruje. Wkurwia to zwykle, jak się trafi taka mądrala jedna z drugą, co to se między wierszami różne rzeczy o mnie i mojej rodzinie wyczyta. Z faktu, że nie chodzę codziennie do biura wyciągnie wniosek, że jestem utrzymanką męża albo z tego, że się dorastająca uczennica rzadziej na blogu pojawia – że mniej ją kocham niż drugą (oraz inne perełki).

A co smuci, co frustruje? Pisanie o tym byłoby jak proszenie się o razy, a masochistką nie jestem. Powiem tylko, że zawsze jak się czegoś na swój temat naczytam, to się zastanawiam, co trzeba w życiu przeżyć, żeby czerpać satysfakcję z wbijania szpil jakiejś obcej babie z internetu. Świadomość, że moich wad doszukuje się pewnie jakaś zakompleksiona frustratka, nie zmienia faktu, że niektóre słowa bolą. I choć zdarza się to stosunkowo rzadko, to się jednak czasem człowiekowi odechciewa, rozumiecie.

No, to jak w ramach walki z poświątecznym szokiem poznawczym ten ciężar zrzuciłam, to teraz znów mogę wrócić do uprawiania zawodu, który stresuje mnie w weekendy i Święta, naraża na przykrości, ale lepszego jeszcze dla siebie nie znalazłam 😉

 

*Felicia Bender

** Carl Gustav Jung