codzienność

dzień świstaka

Są czasem takie dni, kiedy czuję, że rozumiem wszystkich szaleńców, którzy przeszli niechlubnie do historii za nieuzasadnione otwarcie ognia do ludzi na ulicy, w kinie czy szkole. W te dni widzę swoją wkurwioną twarz na okładkach gazet. I chyba tylko wizja policjantów, odprowadzających mnie do radiowozu i moje wyobrażenie współwięźniarek (oraz tego, co by ze mną zrobiły) powstrzymuje mnie przed otwarciem ognia. Brak broni palnej w sumie trochę też. Wespół z poczuciem, że jednak moja twarz źle komponowałaby się z logo “Faktu” i wielkim napisem “TAK WYGLĄDA BESTIA” (jestem pewna, że gnojki nie pozwoliłyby mi się nawet wykonturować do zdjęcia).

Są czasem takie dni, kiedy przeklinam w duchu moment, w którym moja komórka jajowa połączyła się z plemnikiem starego. Kiedy, alternatywnie do wymordowania rodziny, fantazjuję o spakowaniu walizek i ucieczce na Zanzibar. To dni świra, dni świstaka, kiedy jedno deja vu pogania kolejne. Otwierasz oczy i – pach! Znowu ta sama scena, mogłabym przysiąc, że widziałam to już setki razy, a ostatnio nie dalej jak 24 godziny temu. Znowu pół godziny za późno, znowu się nie wyspałam, znowu leżę ogołocona z kołdry na brzegu łóżka, znowu słyszę ten sam jęk, a później protest – dziecko nie wstaje. O, tak będzie spało. Znowu ubieranie skarpetek na wierzgające stopy, znowu naciąganie bluzki z użyciem przemocy, kolejna próba uczesania poczochranej czupryny zakończona fiaskiem. Kolejne śniadanie, tym razem w roli porannego eksperymentu dwulatki cała paczka płatków śniadaniowych ląduje na podłodze.  Bez opakowania, rzecz jasna. W sumie lepsze to od wczorajszego zielonego koktajlu wychlupanego z premedytacją na nasz jesion lemon sorbet. Dwudziesty ósmy w tym roku zestaw kanapek do szkoły i pracy. Sałatki, jabłuszka, bakalie, chuje – muje, dzikie węże. Potem już tylko poganianie, łapanie uciekinierów, ubieranie kombinezonu z użyciem przemocy oraz butów na wierzgające stopy, foch, obraza i nara, wychodzą. Jedyne, na co mam wtedy ochotę, to wrócić pod kołdrę i planować swoją ucieczkę na Zanzibar, ale nawet na to za mało szalona jestem. Ścielę łóżka: jedno, drugie, trzecie, zbieram z podłogi pogubione części piżam i garderoby, brudne zanoszę do kosza. W łazience zawsze mam dzień świstaka – mogłabym przysiąc, że co rano widzę pełny kosz, piorę więc codziennie jego zawartość, a tu znowu doszło do jakiegoś pączkowania skarpet czy innego cudownego namnożenia gaci. Serio, dzieci powinny matkom na laurkach rysować puste kosze na pranie zamiast kwiatków i księżniczek. To śmielsza i bardziej utopijna wizja niż obrazek całej rodziny spacerującej po tęczy.

Kiedy już puszczę pralkę, oddaję się dobrze znanej sekwencji czynności kuchennych. Zbieram niedojedzone owsianki i jogurty, wycieram stół, podłogę, a czasem i ściany. Sprzątam kuchenne blaty z obierków i innych pozostałości po chaotycznym wytwarzaniu kanapek i sałatek, podnoszę z podłogi ogryzki, orzeszki i liście sałaty. Rozładowuję zmywarkę, ładuję zmywarkę. Wyciągam ze zlewu resztki fusów, rozmoczone skórki od chleba i płatki owsiane. Mimo, że mam ochotę pierdolnąć nimi o ścianę, wyrzucam grzecznie do kosza. Staram się nie potknąć o paprochy na podłodze, nie patrzę w dół, dzięki czemu już po godzinie od wstania zaczynam pracę. Czuję się wtedy trochę jak sprzątaczka w ministerstwie, którą oderwano od szmaty i kazano napisać ustawę.

Siadam i piszę więc, starając się jednocześnie nie patrzeć w dół i ignorować kolejne piski kolejnych urządzeń, informujących mnie dyskretnie, że pora je opróżnić. Na wszelki wypadek nie opróżniam – o ile jeszcze ciskanie mokrymi ubraniami o ściany jest stosunkowo niegroźne, to już miotania pastelową porcelaną mogłabym później żałować. I tylko powtarzam sobie w myślach – nienawidzę Was, brudne kubki i talerze, poplamione bluzeczki, upaćkane skarpetki. Nienawidzę Was, pralko, suszarko i zmywarko, nie bardziej pewnie niż Indianka rzeki, ale jednak – nienawidzę. Nienawidzę Was – dni, kiedy rozumiem szaleńców, wypełnione praniem, pucowaniem, odkurzaniem, wycieraniem, podnoszeniem, szykowaniem, siekaniem, opróżnianiem, ładowaniem. Nienawidzę okruchów, włosów, zachlapanych luster, wysypanych klocków, wylanych soczków. Są takie dni, kiedy na widok kosza z praniem mam ochotę wyć i kiedy wysypane celowo na podłogę płatki stają się zapalnikiem. Lont już był, doskonale przygotowany do wybuchu. Wystarczy wierzgająca nogami dwulatka i jej poranny eksperyment, a sprzątaczka, praczka i kucharka w jednej osobie eksploduje niczym jeden z szaleńców, tyle, że bez broni palnej. Ciska wrzaskami, miota złością, warczy i złorzeczy.

Znacie te dni? No, to ja właśnie wczoraj taki miałam. Jeśli liczyłyście, że ten wpis zakończy się happy endem i wzruszającą konstatacją, że przecież kocham męża i dzieci oraz jak zbłądziłam – muszę Was rozczarować. Jeśli miałyście nadzieję, że ten wpis zakończy reklama odkurzacza, który sam sprząta, pralki, która sama się ładuje, a potem układa ubrania w szafach, względnie – robota kuchennego, który sam robi owsianki i kanapki do szkoły – muszę Was rozczarować. Nie ma happy endu, nie mam dobrej rady dla nikogo, kto też widzi czasem swoją wkurwioną twarz na okładkach gazet i tylko brak broni palnej go powstrzymuje. To się nigdy nie kończy i ja nie mam żadnej blogerskiej sztuczki, jak być pieprzonym domowym Syzyfem i nie zwariować. Ja czasem wariuję.

Także dziś bez happy endu, po prostu miałam ochotę się wygadać.

Dziękuję, dobranoc.

P.S. Najwyraźniej nie jestem z tym sama, popatrzcie tylko 😉

hit-you

il_340x270.1102454713_duu4

e883c445d670d53d6a788509e3362058

12357571_1036549026407303_198437201_n