dzieciaki

dyktatura drzemki

Dyktatura drzemki, spacerowy terror – jak ja tego nie cierpię! Dzidziusie potrzebują tlenu, a matki odpoczynku i ciepłej kawy – te interesy niestety wzajemnie wykluczają się.
Nie znoszę tego nudnego snucia się między blokami, tego kulenia się z zimna, szukania uliczki, na której wieje najmniej. Nie cierpię spacerować w mżawce, na wietrze, na mrozie w pochmurny dzień. Jak się domyślacie – nie jestem spacerowym ortodoksem, gdy na dworze jest wyjątkowo paskudnie, a ja nie muszę, nigdzie nie idziemy. Czasem jednak musimy odprowadzić Zosię do szkoły i wtedy zastanawiam się, co mnie podkusiło, żeby zachodzić w ciążę w lutym.
Nie ródźcie dzieci jesienią i zimą, to bez sensu. Zamiast dzidziusia ze słodkimi, gołymi syrkami tylko pieluszką cieniutką przed słońcem ochronić, jak to czynią matki letnie, jest katorga. Istna masakra jest, manewr najbardziej niewdzięczny z niewdzięcznych: ubieranie gluta w kombinezon. Nie wiem jak Wasze gluty, ale mój się drze. Mój – generalnie spokojny i miły dzidziuś drze się, jakby go obdzierano ze skóry, gdy nakładam mu czapeczkę. Wrzeszczy jak opętana, gdy wciskam jej małe łapki w sztywną otchłań kombinezonu, zawijam w otulacz, uszczelniam kocykiem. I mam na myśli – drze i wrzeszczy, a nie płacze czy stęka – dławi się i dusi, rzęzi i zanosi się szlochem, na przemian bordowa i sina, a wokół pękają szyby i ptaki spadają z gałęzi. Jak szurnięta drze się ta dziewczyna, a ja jako matka mam fizjologicznie wdrukowany niski poziom tolerancji na ten wrzask, pocę się i stresuję tak, że o mało na zawał nie zejdę.
Żeby więc skrócić te męki do minimum, do akcji przystępuję przygotowana oraz ze stosownym wyprzedzeniem. Jeśli wykonujemy operację “wyjście we trzy”, już na godzinę wcześniej przygotowuję wszystkie szaliki, czapki, i kocyki. Centrum operacyjne mam przy kuchennym stole – to tam dokonują się tortury na niemowlęciu. Obok Zośka sama, tylko na moją komendę (“teraz kurtka!” “poczekaj z czapką!”) ubiera się, podczas gdy ja (już ubrana, żeby było szybciej) upycham wierzgające nóżki w nogawkach kombinezonu. Doszłam do takiej wprawy, że zanim zacznę ją ubierać, mam już klucz w drzwiach, żeby nie biegać nerwowo w poszukiwaniach i nie chybić później do zamka z tą wścieklizną na rękach! Ale i tak zawsze coś idzie nie tak: a to z tego pośpiechu wychodzę z domu bez szalika, rękawiczek czy portfela albo Zośka się zagapi na swoje odbicie w lustrze i pakuje mi się do wyjścia w kapciach, albo Hanka się zesra na ostatniej prostej…ech, do ubrania dwójki dzieci w zimowe ubrania potrzebne są ze trzy osoby dorosłe, mówię Wam. Jedyną nagrodą za tę męki jest to, że jak już jestem sina z zimna i postanowię wracać, Hanka potrafi spać tak w tych ciuchach czasem i dwie godziny nawet.
 
Nie mam tu dla Was żadnej złotej rady, jak usprawnić i uprzyjemnić zimowe wyjścia. Mam tylko jeden przedmiot, który to robi niezależnie od pogody, choć kompletując wyprawkę sądziłam, że to zbędny gadżet. Zdanie zmieniłam już po pierwszym spacerze bez torby do wózka, kiedy to torebka non stop zsuwała mi się z ramion, plącząc się niewygodnie, by wreszcie wylądować w koszu na zakupy. Głupio potem wyglądałam, gdy schylałam się do ziemi po portfel w każdym sklepie. Torbę od Beaba używamy już drugi miesiąc i nie wyobrażam sobie już bez niej życia. Pomieści siedem pieluch, kocyk, mokre chusteczki, butelkę z mlekiem (ma specjalny termiczny pojemnik), przewijak i trzy kilo ziemniaków. Trzymam ją spakowaną w szafie w przedpokoju i to mega usprawnia całą operację. Gdy idę tylko na spacer i drobne zakupy, wyciągam z niej te pieluchy i mam mnóstwo miejsca na ziemniaki. Gdy wychodzimy w gości czy do knajpy – pod ręką mam cały potrzebny arsenał (z ubraniami na zmianę na wypadek jakiejś gównianej katastrofy włącznie). Poza tym nie wygląda jak torba do wózka i gdy już się go pozbędziemy, będzie świetnym weekendowym torbiszczem lub bagażem podręcznym, pojemnym i gustownym, a w dodatku unisex. Wystarczy odczepić pojemnik na smoczek i nikt nie skuma, że zajumaliście dzieciakowi torbę na pieluchy 🙂
Torby do wózków Beaba dostaniecie m.in w Fabryce Wafelków lub Urban Baby.
Naszą torbę dostałam od marki Beaba.
Zdrowie dziecka szczęściem matki, ale chcę już do domu!
Acha – zapomniałabym – z góry przepraszam wszystkie matki i dzieci, które lubią spacery, a które poczują się urażone tym, co napisałam. Za każdym razem, gdy piszę, że czegoś nie lubię, robi się dym, bo kogoś obrażam – a to puste idiotki, a to wszystkich Świętych. Powinnam pewnie raz a dobrze – arogancko i niekulturalnie spisać, czego i kogo nie lubię i byłoby z głowy i później mogłabym znowu być poczciwą ciocią Polką – miłą panią domu, która piecze smaczne ciasta. Nie cierpię zatem: brukselki, śledzi, bałaganu, mojego kota, paprotek, słodkiego wina, lamparcich cętków, plastikowych zabawek, prasowania…więcej grzechów nie pamiętam. Przepraszam wszystkie brukselki i paprotki, posiadaczy odzieży w cętki oraz amatorów śledzi i prasowania – nie chciałam Was obrazić.