felietony

dwa metry

Dwieście centymetrów. To tyle, co ma sofa, wąż prysznicowy, kabel, duży stół kuchenny czy dorodny chłop. To dwa kroki dla dorosłego człowieka.

Niby niedużo, a przecież za daleko, żeby z tej odległości poczuć zapach czyjejś skóry. By dostrzec niuanse, drobiazgi, dyskretne uśmiechy tlące się w kącikach ust, smutek w oczach, czy inne zmieszanie. To za daleko, żeby wyczuć intencje, nawiązać kontakt, coś zakomunikować pozawerbalnie, okazać życzliwość mimiką.

Z odległości dwóch metrów nie można całować się szaleńczo w wiosenną noc pod bujnie kwitnącą jabłonką. Pogłaskać czyjegoś policzka, odgarnąć włosów, którymi bawi się wiatr. Podczas przekazywania zakupów rodzicom, nie da się z odległości dwóch metrów przytulić mamy, żeby chociaż na chwilę mogła przestać się bać. Ani taty, żeby był trochę mniej samotny. Z odległości dwóch metrów nie da się wytrzeć łez z policzka przyjaciółki, ani poczochrać bratanków, zmierzwić ich czupryn swoim zwyczajowym gestem – tym, który ma okazać czułość, bez czynienia obciachu.

Z odległości dwóch metrów się tęskni.

Dwa metry to za daleko, żeby być blisko. Nie da się przez dwustucentymetrową wyrwę ścisnąć niczyjej dłoni pokrzepiająco, ani objąć nikogo, kto potrzebuje się na chwilę schować w drugich ramionach. Nie da się przez Whatsappy, Facetime’y, Zoomy ani Teamsy. Bo nie tylko nie dotknie się znajomych przez monitor, nie tylko nie da się pocałować nikogo na powitanie za pośrednictwem world wibe web, ale też każdy żart dociera z opóźnieniem. I staje się nieśmieszny, traci na błyskotliwości, gdy zmieszany z kolejnym wątkiem, kolejnego wirtualnego rozmówcy. Wówczas też rysy twarzy rozmywa pikseloza, a sześć osobnych śmiechów zlewa się w jeden hałas. I nawet jak się zrobi taką imprezę, takie spotkanie towarzyskie na miarę czasów zarazy, to zawsze coś rwie i zakłóca, kogoś wywala, innego rozmaże, a głosy docierają niczym ze stacji kosmicznej. Bo to przecież nie jest tak, że zamiast w knajpie, możemy się spotkać przy kuchennych stołach i będzie równie fajnie, tyle samo dobrych wibracji uda się między ludźmi wytworzyć. Taki monitor to tylko ersatz żałosny.

Przez taki monitor się tęskni.

W maseczce na twarzy też nie można całować się ani szaleńczo, ani czule, ani nawet troskliwego całusa zostawić na niczyim czole. Przez maseczkę nie widać uśmiechu. W maseczkach wszyscy wyglądamy złowrogo, agresywnie wręcz. Na sklepowych parkingach człowiek czuje się jak tuż przed napadem, jakby banda złodziei ustawiała się, szykując spluwy i łomy. Albo jak w kolejce chirurgów, z których każdy czeka, by spróbować swoich sił przy wyrostku. Na ulicach bojówkarze, terroryści, kibole. Niepokój jest na ulicach, w tym ich pozornym spokoju – wyobcowanie i groza. Znad tych maseczek widać tylko wzrok: zmieszany, lękliwy albo niepewny, nierzadko smutny. Wiele par takich pustych oczu widuje się na ulicach. Wiele zagubionych. Można się tylko domyślać, że za tymi oczami jest ktoś, kto się czuje równie nieswojo.

Przez te maseczki się tęskni straszliwie.

I ja tak siedzę, piąty tydzień tęskniąc, i zastanawiam się – czy kiedy już znikną te dwa metry – czy wtedy nadejdzie era czułości, gdy ta będzie na powrót legalna? Czy my się wtedy rzucimy na siebie wygłodniali? Czy zaczniemy się tulić i głaskać, dotykać i wąchać, trzymać się mocno za ręce, doceniając to, jak nigdy wcześniej? Czy my będziemy spotykać się na potęgę, dyskutować, jadać ze sobą częściej niż dotychczas kolacje, obserwując jednocześnie swoją mimikę, gapiąc się sobie w oczy, chłonąc swoje zapachy i uśmiechy, na skalę dotychczas nieznaną?

Czy może my już zostaniemy na zawsze tacy osobni i zimni? Tacy nieufni i dalecy, niczym chirurdzy przed operacją, jak terroryści i bojówkarze? Czy my już zawsze będziemy mijać się jak trędowaci, oddychając innym powietrzem, nie patrząc sobie w oczy? Czy będziemy powstrzymywać się od uścisków dłoni, misiowatych przytuleń, od życzliwych poklepywań i innych czułych gestów? Czy my już zawsze będziemy patrzeć na siebie wilkiem, jak na potencjalnie skażonych?

Ja dziś tylko tyle wiem, że tęsknię. Bo z odległości dwóch metrów się tęskni. Przez monitory i maseczki się tęskni straszliwie. I boję się. Bo ten świat bez ludzkich twarzy, bez uścisków rąk i uśmiechów, ten świat pustych oczu – on mnie po prostu przeraża.

On mnie przestrasza. Ten świat ludzi w maseczkach, ludzi zza monitorów, ludzi zza dwustucentymetrowej wyrwy.