Obiady

dietowe sprawy i bakłażan duszony w pomidorach, przepyszny

Powiem Wam, co ostatnio odkryłam, i co od niedawna zaliczam do grona prawd objawionych. Otóż największym wrogiem diety nie jest czekolada, nie są lody, grille, nawet nie pms-owe ssanie nim nie jest. Największym wrogiem jest bowiem niedoczas, organizacyjny chaos, życiowy nieogar. Te z Was, które regularnie tu zaglądają, pamiętają, że przeszłam na dietę paleo (ba, nie tylko pamiętają, ale nawet rozliczają mnie z podejrzanych na Instagramie chałek 😉 które nota bene dzieciom od czasu do czasu serwuję, samej nie tykając, bo wiem, że puszyste, słodkie pieczywo to droga do zatracenia, a zatracić się nie chcę). Znajdą się pewnie ciekawi, jak mi to całe przedsięwzięcie idzie, spieszę zatem donieść, jak się sprawy dietowe miewają.

Otóż pierwsze dwa-trzy tygodnie były super, wydawało mi się, że to jest to – bo ani głodna nie chodziłam, ani nie kusiło, by zgrzeszyć, a jednocześnie notowałam regularne spadki w wysokości optymalnej tj. te podręcznikowe półtora kilograma tygodniowo. Jako typowy niecierpliwiec nie byłam jednakowoż tym wynikiem usatysfakcjonowana, zaczęłam więc kombinować jakby tu ten proces dematerializacji depozytów przyspieszyć. Planowałam więcej jednak skupić się na liczeniu kalorii, zmniejszyć ilość tłuszczu (choć i tak golonką ani smalcem się nie zajadałam) i owoców, więcej ćwiczyć i jakoś tak bardziej rygorystycznie podejść do sprawy niż tylko odżywiać się warzywami, mięsem, jajkami i owocami. Pięć kilo po miesiącu to zawsze coś, ale nie dla mnie. Dla zachowania motywacji potrzebuję bardziej spektakularnych efektów.

I wtedy przyszedł on – niedoczas wraz ze swoim kumplem – chaosem. Spadły na mnie chłopaki jak ten grom z jasnego nieba w postaci tłumu odwiedzających nasz dom potencjalnych nabywców, a także spraw z gatunku tych, których nienawidzę najserdeczniej – urzędowych, bankowych, skarbowych, papierowych. Niemal codziennie połowę dnia spędzałam zamiast pracując, to oprowadzając, rozmawiając przez telefon, jeżdżąc, załatwiając, podpisując. Nic to, przetrwamy – myślałam sobie, będę po prostu więcej pracować wieczorami. Ale wtedy dzień wydłużył się niemiłosiernie, rozciągając w czasie niestety także moje macierzyńskie męki i skracając bezwzględnie czas snu moich dzieci. No, nie zagonisz gagatków do łóżek przed 21, przecież jasno jest! I nie wyjdziesz stamtąd przed 22, nie ma szans. Coś dziwnego stało się z czasem, z moimi zwyczajami, a także – z zawartością naszej lodówki. Kolega małżonek przeżywa aktualnie w pracy istny Armagedon, widuję go mało, a jeśli już, to z komórką przy twarzy albo wpatrzonego w ekran laptopa, kiepski więc  z niego kompan ogarniania domu i zakupów. Doszło mi w ostatnim miesiącu sporo obowiązków, zniknęły wieczory, kiedy mogłam coś zrobić w domu czy przy kompie, dzień rozregulował się i moje paleo zaczęło miewać się kiepsko. Zdarzało się bowiem, że wylatywałam z domu koło południa o jednym bananie i do powrotu do domu z dzieciakami o 17-18 nic nie jadłam. Zdarzało się, że nie miałam kompletnie czasu gotować, a nie było w domu nic, czym mogłabym się szybko zapchać – zero banana, jabłka czy marchewki i kończyło się naruszeniami protokołu dietetycznego, może nie skandalicznymi, ale wystarczającymi, by stwierdzić, że idzie mi źle, plan mi się sypie, na wadze zastój, dupa blada i psia mać generalnie.

Zwieńczyłam ten niechlubny dwutygodniowy okres odżywiania się czym popadnie, głodowania przez pół dnia i innych totalnie niedietetycznych sytuacji świadomą, urodzinową dyspensą z drinkami, lodami i kawałkiem ciasta, by znów powrócić na właściwe tory. Przed nami jazda bez trzymanki, jest już bardzo prawdopodobne, że lato spędzę urządzając nowe lokum (szczegóły niebawem 😉 ), z mężem w rozjazdach i zastanawiam się, jak ja to w ogóle przetrwam, że już nawet o diecie nie wspomnę. Moje postanowienia na ten czas (oprócz codziennego spożywania naparów z melisy), to postawić na regularne gotowanie mimo przeciwności oraz dobre zaopatrzenie – mieć pod dostatkiem warzyw i mięcha, oraz na wypadek pośpiechu, niedoczasu i chaosu – coś, co można szybko wszamać bez konieczności stania przy garach. Wracam więc z podkulonym ogonem, wypatrując kolejnych sukcesów i stwierdzam, że paleo jest dietą raczej dla potrafiących się zorganizować i prowadzących względnie uregulowany tryb życia. Może nie najlepszą na ten etap mojego życia, dlatego muszę popracować nad zaopatrzeniem w warzywno-mięsne przekąski (soki warzywne, świeże warzywa, chuda wędlina czy upieczone mięso), ale z pewnością taką, na której się chudnie bez głodu i uszczerbku na zdrowiu.

W wolnych chwilach poszerzam asortyment paleodań, dziś serwuję Wam mój ostatni hit – duszonego bakłażana z pomidorami i grillowanym kurczakiem (i dodatkowo fetą dla jedzących nabiał). Pyszna i szybka rzecz.

1

4

3

5

8

9

7

Bakłażan duszony w pomidorach z grillowanym kurczakiem (i fetą – opcjonalnie)

Składniki:

  • 1 bakłażan
  • 3 pomidory
  • 1 mała cebula
  • 3 ząbki czosnku
  • 1 podwójna pierś kurczaka
  • feta (opcjonalnie)
  • kolendra (ewentualnie zielona pietruszka)
  • sól, pieprz, papryka ostra, kumin (dla amatorów tego smaku)

Przygotowanie:

  • bakłażana umyć, pokroić w kostkę, oprószyć solą i odstawić na 15 minut (by się “spocił”, czyli zmiękł i puścił sok)
  • cebulę pokroić w drobną kostkę, pomidory takowoż (można je uprzednio sparzyć i obrać ze skórki)
  • na patelni rozgrzać odrobinę oliwy, zeszklić na niej cebulę z kuminem, następnie dodać bakłażana i przeciśnięty przez praskę czosnek
  • dusić bakłażana około 10 minut, gdy zmięknie, dodać pomidory, sól i pieprz i dusić wszystko razem aż powstanie gęsty sos
  • w trakcie, gdy warzywa się duszą, przygotować kurczaka – piersi umyć, pokroić na mniejsze kawałki, posolić, popieprzyć i smażyć na patelni grillowej, posmarowanej cieniutko oliwą (albo prawdziwym grillu) aż będą złociste
  • sos bakłażanowo – pomidorowy zdjąć z ognia, posypać po wierzchu fetą (w wersji paleo pominąć) i kolendrą, podawać z grillowaną piersią kurczaka
  • głodomorom nie stroniącym od pszenicy można z powodzeniem podać ten sos z makaronem
  • sos jest także idealną bazą do szakszuki – próbowałam, wyszła jeszcze lepsza niż paprykowo-pomidorowa

Inspirowałam się tym przepisem.