codzienność

dematerializacja nieletnich

W czasach, gdy drukarki 3 D drukują protezy dłoni, ludzie dzwonią do siebie przez zegarki i rozmawiają ze swoimi telewizorami, coraz bardziej dziwi mnie brak prawdziwych udogodnień dla rodziców. Czym przy manipulowaniu jonosferą są elektroniczne nianie, wózki składane jedną ręką czy szumiące misie? Producenci z branży dziecięcej rzucają nam jakiś ochłap na stół, zamiast zająć się prawdziwymi problemami. Czy nasze zmartwienia nie zasługują na rozwój myśli technologicznej, wykraczającej poza szybsze podgrzewacze do butelek? W czasach, kiedy rodzice coraz bardziej szanują swoje potrzeby, mają coraz mniej czasu, a dzieci stają się coraz bardziej pyskate, naglącą potrzebą – nie bójmy się tego określenia – wręcz wyzwaniem stojącym przed ludzkością, staje się jakaś forma (jakakolwiek naprawdę) znikania dzieci. 

Gdybym tylko trochę bardziej uważała na fizyce! Nie wyobrażacie sobie, jak dzisiaj żałuję, że zamiast interesować się fizyką materii skondensowanej, zaczytywałam się Mrożkiem i Gombrowiczem. Mogłabym teraz zamiast bloga lajfstajlowego pisać książkę pt. “Dziecko – ostatni z imponderabiliów”. Dematerializacja nieletnich to moje skryte marzenie. Mówi się niby, że potrzeba jest matką wynalazku, ale co ja durna mogę w swojej technologicznej ignorancji wynaleźć – wygłuszoną skrzynię na bachory? Ja myślę o czymś naprawdę przełomowym, o rozwiązaniu na miarę naszych czasów. Myślę, że odpowiedni byłby mały pilot – pyk i nie ma. Znikają. Zakrzywienie czasoprzestrzeni albo inny kosmiczny depozyt, przechowujący dzieci na pauzie. Trafiają do czarnej dziury, a ty odżywasz.

Ja nawet nie mówię, że lecisz na Malediwy, idziesz w tango czy choćby na maseczkę z kawioru. Zaspokajasz potrzeby bardziej przyziemne – dajmy na to kupę robisz w spokoju. Śpisz sześć godzin ciurkiem. Kąpiel bierzesz albo oddajesz się trosce o higienę psychiczną. Ilu traumatycznych historii rodzinnych mogłaby ludzkość dzięki takim znikaczom uniknąć? Ile klapsów nigdy nie dosięgło by małych tyłków? Ile wrzasków nie wydostałoby się z gardeł? Ile wyzwisk i epitetów do dosięgłoby nieletnich uszu, nie skrzywdziłoby nigdy niedojrzałych psychik? Ile małżeństw by przetrwało? Ilu rodziców pozostałoby dzięki temu w zdrowiu psychosomatycznym? Ilu szaleńców by nimi nigdy nie zostało? To są wartości niepoliczalne. Śmiem twierdzić, że historia ludzkości mogłaby potoczyć się zgoła inaczej.

Ja już pomijam te rzesze frustratów, którzy pewnie nie wywoływali by tylu wojen, nie tylko dysponując mocą znikania własnych dzieci, ale także gdyby oni sami jako dzieci znikali. Gdyby schodzili z oczu swoim starym, nie padając tym samym ofiarą przemocy psychicznej czy fizycznej. Idę o zakład, że to właśnie wkurwieni rodzice stworzyli wszystkie te potwory, to ich zmęczenie i brak cierpliwości należy winić za wszystkie ludobójstwa, przesiedlenia i akty terroru.

Teza to być może kontrowersyjna, ale już z kolejną musicie się zgodzić: jestem pewna, że położenie kobiet we współczesnym świecie byłoby zgoła inne, gdyby ludzkość posiadła umiejętność dematerializacji nieletnich. Cała ta ściema z kobiecą histerią, która przez dziesięciolecia służyła jako argument przeciwko edukacji kobiet czy ich obecności w życiu publicznym, nie miałaby racji bytu. Gdyby nie udupienie przy dzieciach, ile byłoby wspaniałych przedsiębiorczyń, wybitnych polityczek, wspaniałych naukowczyń, genialnych pisarek! Ile normalnych, pracujących, zdrowych, spełnionych kobiet, które nie musiałyby u szczytu swoich możliwości lokować energii w odmawiających snu czy pożywienia, rozwrzeszczanych bachorach? Kobiet, które mogłyby wieść szczęśliwe życie, pozbawione ryków, kłótni, bijatyk, jęków, wielogodzinnych serii idiotycznych pytań, buntów dwu -, cztero – czy ośmiolatka, gotowania zupek, przewijania, odbijania, ratowania mikrusów przed samozagładą?

Dziewczyny, które kumacie co nieco z fizy, inżynierki, wynalazczynie, absolwentki uczelni technicznych, profesorki biotechnologii – w Was cała nadzieja. Możecie uczynić dziś świat piękniejszym miejscem, utorować milionom kobiet drogę do szczęścia i spełnienia. Możecie ograniczyć ilość frustratów, uratować miliony rodziców przed psychiatrykiem, miliony dzieci przed przemocą domową, doprowadzić do pokoju na świecie! Ja nie mówię – czołgi znikać, fabryki broni czy reaktory atomowe, ale dzieci – kilka, w porywach do kilkunastu kilo wagi, to nie może być przecież aż takie trudne.

Pozostają nam póki co dematerializatory starego typu: babcie, kuleczki z galeriach handlowych, telewizory, piwnice. Względnie ojcowie, którzy zabierają dzieci od matek na skraju rozstroju nerwowego na lody i basen. Kochanie – dziękuję, że nadrabiasz tę lukę w myśli technologicznej i zdematerializowałeś dziś nasze dzieci. To mogło się skończyć źle.