felietony

człowiek do kochania

Dziś jest ten dzień, kiedy słowo “mama” będzie odmieniane przez wszystkie przypadki, gdy będą stawiane pomniki i wygłaszane peany na cześć. Dostaniemy koślawe laurki, konwalie i korale z makaronu. No i bardzo miło zasadniczo, gdyby nie fakt, że niezmiennie mam poczucie, że to święto polega na adoracji macierzyństwa, którego wzorzec my – współczesne kobiety – w większości odrzucamy. Że jest to dzień wynoszenia na ołtarze matczynej krwawicy, a ja – zamiast tej gloryfikacji poświęcenia – wolałabym, aby Dzień Matki był raczej okazją do tego, żeby zdementować kilka fałszywych przekonań, które wciąż trwają niewzruszone, wprowadzając w błąd kolejne pokolenia rodziców. Wydaje mi się bowiem, że nadal panuje u nas błędne przeświadczenie o tym, kim staje się kobieta tuż po tym, jak jej brzuch opuszcza noworodek.

Moment porodu wciąż zdaje się być postrzegany jako magiczna transformacja, nadprzyrodzona metamorfoza – że oto, wraz z rozwarciem szyjki macicy do krytycznej wartości dziesięciu centymetrów, następuje przemiana bohatera romantycznego, a rodząca, niczym Kordian na szczycie Mont Blanc, tylko dodatkowo przy dźwiękach trąb jerychońskich oraz własnego wrzasku, staje się innym człowiekiem. Niebo zstępuje na ziemię, rzeki występują z brzegów, oślepiająca światłość zalewa salę porodową i cyk – czarodziejskie przeprogramowanie – wraz z wydaleniem łożyska, wszystkie fanki twerka, fizyki cząstek elementarnych, mediewistyki, piercingu, tantrycznego seksu, wysokich szpilek i whisky z colą wraz z entuzjastkami kryminalistyki, backpackingu, poezji lingwistycznej oraz wspinaczki sportowej zmieniają się na inny model: Matka 4.0. Nowoczesna (zaawansowany poziom obsługi agd oraz aparatury medycznej – monitor oddechu, laktator, aspirator), wykształcona (psychologia rozwojowa, pedagogika wczesnoszkolna, logopedia holistyczna, dietetyka, animacja kultury), a przy tym mocno osadzona w tradycji myśli chrześcijańskiej (franciszkański ascetyzm), jednocześnie inspirowana religiami dalekiego wschodu – łączy w sobie cechy buddyzmu zen oraz ośmioręcznej postaci hinduskiej bogini Kali.

Że Wam nic nie zstąpiło, nie było światłości, żadnego widowiskowego “cyk” ani przeprogramowania?! Nadal uwielbiacie festiwale reggae, zupki chińskie, leżenie plackiem pod palmą oraz spać w niedzielę do dwunastej? Spokojnie, to normalne, wszystko z wami w porządku, to tylko dezinformacja, fake news, ja zatem spieszę z dementi:

MATKA TO NIE POKUTNIK W ASCEZIE

Postawa męczeństwa była jednym z dominujących ideałów postaw życiowych w Średniowieczu – zaskakujące, jaką próbę czasu przetrwał ten wzorzec, zupełnie niesłychane wręcz – jak wybiórczo. Współczesne społeczeństwa zachodnie bowiem hołdują raczej hedonizmowi. Podczas gdy większość ich przedstawicieli otwarcie i nieskrępowanie wciela w życie ideę odczuwania przyjemności, maksymalizacji doznań, dążenia do szczęścia i spełnienia, jest jedna taka grupa, której tych wartości konsekwentnie się odmawia i osadza ją mentalnie w kodeksie rodem z wieków średnich – to matki. Macierzyńskie cierpienia, począwszy od pierwszych skurczy przepowiadających, przez porody bez znieczulenia, krawiące sutki, zapalenia piersi, pozbawienie snu, odmowa zaspokajania elementarnych potrzeb fizjologicznych oraz tych wyższego rzędu – nie tylko są powszechnie akceptowalne, ale wręcz pożądane. Przekonanie, jakoby cierpienie umacniało i uszlachetniało, co ciekawe, trwa dziś wyłącznie w odniesieniu do matek i usprawiedliwiane jest sformułowaniami typu “taki już nasz los”, “uśmiech dziecka wszystko wynagrodzi” względnie “chciała się bzykać, to teraz ma”. Co zaskakujące, w stosunku do wszelkich innych obywateli stosowana jest współcześnie idea uśmierzania bólu oraz redukcji cierpień, powszechnie również propagowane są wzorce indywidualnego szczęścia, spełnienia, realizowania własnych pasji, czerpania z życia pełnymi garściami. Oczekiwania społeczne wobec kobiet, które mają małe dzieci są jednakowoż odmienne: zacisnąć zęby i cierpieć. Zacisnąć zęby i przeć, krawić, rodzić, karmić. Zacisnąć zęby i nie spać, nie jeść, nie czuć nic, oprócz bezwarunkowej miłości. Nosić na rękach, lulać, klęczeć przy łóżeczku i cieszyć się, że nie na grochu. W ciszy i pokorze znosić każdy ból i niewygodę, zapewnić milczącą obsługę i niczego od życia już nie chcieć, nie narzekać, ze wszystkim sobie radzić, nie prosić o pomoc. Znaleźć sens życia w potulnej służbie potomkowi.

No nie, nie zadowolę się kromką suchego chleba, kiedy wszyscy wokół opychają się tortem, tylko dlatego, że urodziłam. Chrzanię ten pomysł, jakobym miała cierpiąc, szlachetnieć, bo taki los matki.

MATKA TO NIE MNICH BUDDYJSKI

Nie spływa na nas w trakcie porodu łaska zen, świętej cierpliwości, niewzruszenia, wiecznej spokojności w obliczu wszystkiego, co innych zwyczajnie wkurwia. To nie tak, że w czasie, gdy pokarm zaczyna wypełniać matczyne kanaliki mleczne, równolegle mózg zalewa tajemniczy hormon niezłomności w obliczu buntu dwulatka o burzliwym przebiegu. Matka to nie stoik ani mnich buddyjski, potrafiący pozostać w stanie cichej kontemplacji w zetknięciu z ośmiogodzinnym kolkowym płaczem. Matka to żywy człowiek o pełnej gamie emocji i reakcji, z wszystkimi właściwymi ludzkiej naturze słabościami. Niezgodne z logiką jest społeczne oczekiwanie, że w tym natłoku frustrujących bodźców, jakich dostarczają niemowlęta i dzieci, matka będzie niczym kwiat lotosu.

Nie będę wymagać od siebie nadludzkiej cierpliwości, tylko dlatego, że urodziłam. Chrzanię ten pomysł, że mam przestać odczuwać całe spektrum ludzkich emocji, bo matce nie wypada mieć dość własnego dziecka.

MATKA TO NIE STARSZY SPECJALISTA DS. LOGISTYKI

Chyba, że przypadkiem oprócz tego, że matka, to także starszy specjalista ds. logistyki. Bo inaczej to nie. Matka nie musi żonglować kalendarzem całej rodziny niczym kuglarz, planować posiłków na dwa tygodnie naprzód i zarządzać zasobami szamponu oraz srajtaśmy. Nie instaluje jej się w połogu za sprawą oksytocyny żadne oprogramowanie do administrowania projektami w stylu “zajęcia dodatkowe dla trójki”, “grafik sprzątania szaf i szuflad”, nie wgrywa się w matczyny mózg żaden sprzęt do sterowania harmonogramem szczepień. Nie pojawia się pamięć absolutna w miejsce zwyczajnej, ludzkiej, czasem zawodnej, która nie zawsze ogarnia ciąg dostaw w gospodarstwie domowym oraz agendę sprawdzianów, delegacji, urodzin kumpli z 4 C oraz występów artystycznych w grupie Muchomorków.

Sorry, ale mój mózg to nie Microsoft Project ani inna Asana, nie zamierzam próbować spamiętać sama wszystkiego, co dotyczy mojej rodziny, tylko dlatego, że urodziłam. Niestety, ale chrzanię ten pomysł, że tylko matka jest odpowiedzialna za hodowlę fasoli na biolę, zapisy do dentysty i pełną lodówkę. Tylko dlatego, że utarło się, że to jest coś, co robią matki. A ojcowie wymieniają żarówki.

MATKA TO NIE NIGELLA LAWSON ANI MARIE KONDO

Z wyjątkiem Nigelli Lawson i Marie Kondo, rzecz jasna – kobiet, które wybrały sobie taką specjalizację zawodową. Czy sądzisz, że gdyby Lawson była księgową, to by tak wymiatała przy garach? Z tym samym, co na ekranie, entuzjazmem gotowałaby co wieczór inne dwudaniowe kolacje? A Kondo – czy gdyby pracowała na pełen etat jako pielęgniarka – czy wówczas wszystkie ubrania w jej domu byłyby złożone jak origami?! I tu kolejne dementi: zostanie matką nie oznacza konieczności opanowania sztuki wypiekania chleba, piętrowych tortów ani nawet najzwyklejszych szarlotek. Macierzyństwo nie równa się bieganiu ze szmatą, układaniu w szafach kolorami ani podnoszeniu z podłogi wszystkiego, co upadnie. Przeciśnięcie się dziecka przez kanał rodny nie wiąże się z pojawieniem się u matki pedantyzmu, z wykształceniem zamiłowania do mycia okien, szorowania podłóg ani odkurzania rozdeptanych flipsów. To nie tak, że wraca taka z niemowlakiem do domu i pach – rzuca się na odkurzacz z niespotykaną dotychczas namiętnością, powodowana troską o eliminację roztoczy ze środowiska potomstwa.

Nie zgadzam się na obarczanie matek odpowiedzialnością za cały dom, wszystkie porządki i posiłki. Nie zgadzam się na oczekiwanie obsługi na poziomie pięciogwiazdkowego hotelu ani zawstydzanie kobiet przetartą skarpetką, pierogami z garmażu czy kurzem na żyrandolu. Dom jest wspólny, tak jak i obowiązki.

MATKA TO NIE IMMUNOLOG, PEDIATRA, PEDAGOG, PSYCHOLOG DZIECIĘCY I LOGOPEDA W JEDNYM

Podobnie jak powyższe programy, podobnie i ten nie zostaje kobietom wgrywany podczas porodu przez żadną siłę wyższą. Nie trzeba mieć również magisterium z wymienionych fakultetów, by dostać zgodę na rozmnażanie. Można być matką, dysponując podstawową tylko wiedzą ogólną i mimo to utrzymać dziecko przy życiu, a nawet – zadbać o jego dobry rozwój. Udaje się to dzięki istnieniu w cywilizowanym świecie specjalistów z omawianych dziedzin, do których RODZICE udają się, kiedy dzieci chorują lub mają jakieś trudności. Matka nie musi umieć odróżniać wysypki chorób zakaźnych od alergicznej, znać technik terapii integracji sensorycznej, szczegółów pedagogiki Marii Montessori ani diagnozować zaburzeń mowy. Matka ma prawo nie wiedzieć różnych rzeczy i to nie czyni jej niegodną swej roli.

Przestańmy się wreszcie obwiniać za wszystko, czego nie zauważyłyśmy, czemu nie umiałyśmy zapobiec, za każdą nieprawidłowość rozwojową czy wadę wymowy. Potrzeba całej wioski, żeby wychować dziecko.

MATKA TO KOBIETA

Jak każda inna. To, że jej życiu pojawiła się nowa rola, nie oznacza, że wszystkie pozostałe znikają. Że kasują się wszelkie jej doświadczenia, zainteresowania, zwyczaje, ambicje i potrzeby. Wciąż może lubić dziary, imprezy do białego rana i dziki seks. Może wybrać bałagan od porządku i mrożonki zamiast codziennej zabawy w masterchefa. Może dużo pracować, często wyjeżdżać, może nie być domową boginią. Nie musi z dnia na dzień porzucać swojej tożsamości na rzecz nowej, matczynej, a raczej: takiej, jaką społeczeństwo chciałoby widzieć. To nie kulka z plasteliny, którą można dowolnie ulepić tak, by podobała się cioci Krysi i sąsiadce z dołu. Matka to nie pokutnik w ascezie ani mnich buddyjski. To nie starszy specjalista ds. logistyki, nie Nigella Lawson ani Marie Kondo. Matka to kobieta, a kobieta to człowiek. Taki do kochania, zdmuchiwania dmuchawców, zjeżdżania na sankach i tulenia do snu. Wprawdzie zdarza jej się słyszeć złe sny przez ścianę, rozpoznać ospę, upiec najlepsze ciasto świata i rozśmieszyć aż do posikania, ale tylko czasami. Bo matka to tylko człowiek.

Więc do bycia dobrą matką wystarczy dokładnie tyle, ile do bycia dobrym człowiekiem: umiejętność odróżniania dobra od zła, trochę empatii i spora dawka czułości. Nie dawajmy sobie wmówić, że jest inaczej.