rodzinnie

co sobie można pomyśleć na majówce

Te polskie majówki kapryśne to jednak potrafią nauczyć pokory. Planuje się taki urlop tygodniami, fantazjuje o wygrzaniu zbolałych gnatów, o beztroskich dniach w klapkach i sukienkach, o hamakach i spacerach po rozgrzanych lasach, by tuż przed wyjazdem na widok prognozy zawyć donośnie. Bo się dwadzieścia pięć ma zamienić w dwanaście, właśnie pierwszego dnia wyjazdu. Że niby pięć dni deszczu i z rzadka tylko jakiś promień słońca, że amplituda temperatur to całe cztery stopnie, z maksimum w okolicach piętnastu. Demyt oraz psiamać!

A przecież gdyby nie było deszczowych dni, człowiek nie cieszyłby się jak głupi na słońce za oknem. Popołudniowe światło we włosach dzieci, w gałęziach drzew i w kieliszku wina – ono nie hipnotyzowałoby tak bardzo, gdyby oglądać je każdego dnia. Pustkowie nie koiłoby, gdyby nie zmęczył się człowiek wcześniej zgiełkiem ulic. Bycie na wsi nie jest taką frajdą, jeśli nie mieszka się na co dzień w mieście. Takie dni, które się przeżywa powoli – nie umiałabym się nimi delektować, gdybym wcześniej nie pędziła. Bycie razem nie dawałoby tej przyjemności, jeśliby nie poprzedzała go rozłąka. Górski krajobraz nie zachwycał z taką mocą, gdyby nie to, że się mieszka nad morzem.

Bo to ten kontrast sprowadza do głowy wdzięczność. Bo po to są właśnie: deszcz, chmury, zgiełk miasta, codzienny pośpiech. A jak się bardzo pędziło i mocno zmęczyło, to nawet pochmurne niebo nie przeszkadza. To wystarczy, że można być rano długo w piżamie, smażyć w niej placki dzieciom, które zlazły się wszystkie na dół, każde ze swoją kołdrą i leżą tak, jeszcze rumiane i ciepłe. Wystarczy, że przestanie padać na godzinę, podczas której można iść drogą z widokiem na stare chałupy i zamglony las, spotykać sarny i bażanty. Wystarczy jedno słoneczne przedpołudnie, którego połowę przesiedzi się na zielonej ławce za domem, od zawietrznej, pijąc kawę za kawą. Bo jak się człowiek wyrwie z rutyny, to każda odmiana cieszy – że zamiast czworga jest nas ośmioro, a zatem – gwarno. A do tego jeszcze nowe twarze, nowe historie, anegdoty opowiadane przy winie. Że się całą gromadą jada przy dużym stole, z widokiem na dolinę. Wystarczy pozbyć się oczekiwań, pamiętać, że jeszcze wiele słonecznych dni będzie w życiu, a takich mgieł nad lasem to może już nigdy.

A jak się człowiek zagalopuje w marzeniach, żeby się na taką wieś wynieść na stałe, kiedy się zapędzi w sielankowych wizjach – wtedy przypomnieć sobie, że przecież pustkowie nie koiłoby, gdyby nie zmęczył się człowiek wcześniej zgiełkiem ulic. A bycie na wsi nie jest taką frajdą, jeśli nie mieszka się na co dzień w mieście.

Bo wszystko ma swoje miejsce i czas, a każde zdarzenie jest po coś – można sobie pomyśleć na takiej polskiej majówce, niezależnie jak jest kapryśna.

podkarpacie
wieś na podkarpaciu
drzewo przy drodze
odrzykoń
mgły nad lasem
dom na piekle
dom w górach
górski dom do wynajęcia
widok na dolinę
taras z widokiem na góry
weranda
stół na tarasie
białe wino
dom na wsi
szklarnia w ogrodzie
wiejski ogródek
agroturystyka
zachód słońca
zachód słońca

Wszystkie te rzeczy widziałam, przeżyłam i pomyślałam w absolutnie magicznym miejscu na Podkarpaciu, jakim jest cudowny Dom na Piekle, należący do Zuzi Górskiej – właścicielki znanej pracowni skórzanych toreb. Ten wyjazd to moje spełnione marzenie – od dawna już chciałam odwiedzić ten niezwykły dom, który podglądałam wcześniej na Instagramie. Powiem Wam, że na żywo to miejsce jest jeszcze bardziej kosmiczne, a przy tym bardzo komfortowe wewnątrz. Oczarowało mnie na tyle, że serio rozmarzyłam się, żeby zamieszkać po sąsiedzku 😉