felietony

co nas kręci, co nas podnieca (i czemu facet plus ruskie pierogi)

Jestem żałosna. Ja naprawdę planowałam z dumą opublikować zdjęcia mojego męża lepiącego pierogi i czekać aż się posikacie. Że ojej, ale zazdroszczę, mój przypala nawet herbatę, a innego w kuchni widziano ostatnio wczesną wiosną, a i to tylko po piwo do lodówki. Znam takich, którzy najwyżej talerz wstawią do zmywarki, jak mają akurat dobry humor. Gatunek wymierający, ale zdarzają się jeszcze takie egzemplarze. Bo jak się jeden z drugim w kuchni pojawią po coś więcej niż kawałek kiełbasy, to klękajcie narody, taki pracowity! To pomyślałam, że przyszpanuję – mój ruskie wymiata z podobną lekkością, co Wasi puszczają bąki w fotel. Już słyszałam te wirtualne brawa, te piski jak na chippendales’ach. Chciałam słyszeć, jak się pocieszacie, że przecież w zeszłym roku zrobił Wam kanapkę albo że facet wcale nie musi gotować, wystarczy, że piniondz do domu przynosi, weźmie dziecko na spacer przy sobocie, a przed Świętami to nawet i poodkurza. Tak, jestem żałosna i chciałam dołączyć do dominującego nurtu traktowania facetów jak dzieci specjalnej troski. Jestem żałosna, bo zapomniałam, ilu mężczyzn na co dzień gotuje, nie czekając na brawa. Sama kiedyś takiego miałam, a dziś piszczę na widok tych jego pierogów czy sushi jak na jakiś striptiz co najmniej. Jak jest na miejscu szanowny Polkowski, to w sumie na resztę nie mogę narzekać, bo i posprząta chłopak, i dzieci ogarnia. Ale z kuchni to mi się wymiksował, dziad jeden, i zapędził mnie w tę pułapkę umysłową, o której tu dzisiaj rozprawiam.

Porównanie męskiego kucharzenia do striptizu, nieco obrazoburcze być może, ma swoje źródło w podobieństwie obu aktywności. Jedno i drugie – spektakularne zrywanie gaci z naoliwionego tyłka oraz wykonywanie popisowych dań – to show jest najzwyklejszy, stroszenie piór przed samicami. Inna jest tylko grupa docelowa, rozbieranie się do rosołu ma rozbawić wyposzczone starsze  nastolatki i podchmielone, samotne dzierlatki w wieku rozrodczym, gotowanie – nabić punkty u starej, a być może i podniecić przy okazji też. Tak już mamy – ślinimy się na widok facetów zajmujących się dziećmi (słyszałam nawet o podrywie “na bobasa”), kręcą nas mężowie przy garach. I tu tkwi sedno mojej żałości – że ja też się tym podniecam, i też naliczam punkty za coś, co – jak byłam zawsze przekonana – powinno być normą. No bo czy kolesie wrzucają do sieci zdjęcia swoich smażących kotlety żon, podpisując “dzielna misia”? Czy dostają – za przeproszeniem – wzwodu, jak nas widzą rozwieszające pranie? Przyznają za to punkty, ordery, wyróżnienia? Czy chwalą się przed kumplami tym, że “pomagamy im w domu”?! Śmiem wątpić.

Więc skończmy i my z tym chwaleniem, skończmy te podchody i ten taniec godowy, przestańmy dawać punkty za coś, co jest śmierdzącym obowiązkiem. Nie pozwalajmy na niedzielne smażenie polędwiczek w winie i inne widowiskowe wygibasy, bo od tego tylko im ego puchnie. Każmy dziadom babrać się w mielonych przy środzie! Zagońmy do poniedziałkowej pomidorowej, do szorowania klozetu, mycia półek w lodówce i innych tyle niewdzięcznych, co niewidocznych obowiązków. Na widowiska miejsce jest w sypialni, pewnie nawet nie wiecie, jak podnieca widok gaci zrywanych z naoliwionego tyłka Waszych mężów. Ja też jeszcze nie, ale kończę z tym kuchennym show przy niedzieli. Kochanie – w środę lepisz mielone!

2

4

5

6

7

9

13

10

12

14

15

17

18

20

19

21

22

25

26

24

28

27

31

30

32

34

We wpisie wystąpiły kuchenne produkty z dosyć nowego na mapie polskiego internetu sklepu ze skandynawskimi artykułami wyposażenia wnętrz – Scandimania. Właścicielka wyselekcjonowała przedmioty, których idealną próbką są moje nowości – to rzeczy proste, surowe, lekko industrialne, w większości czarno-białe, rzadziej miętowe.

taca w czarne trójkąty  – Formverket

ręcznik kuchenny – Bloomingville

miętowy kubeczek z króliczkiem – Bloomingville Mini

łyżki drewniane – House Doctor

deseczka czarna duża – Madam Stolz

deseczka biała mała – Madam Stolz

w tle na blacie majaczy też miętowy chlebak – Bloomingville

ceramiczna podkładka pod garnki – Tiger

Ruskie pierogi

(około 40 sztuk)

Składniki:

  • 300 g mąki pszennej
  • 1 jajko
  • gorąca woda (ok.100 – 150 ml)
  • 0, 5 kg twarogu (u nas tłusty, trzykrotnie mielony ze Strzałkowa)
  • 0,5 kg ziemniaków
  • 2-3 cebule
  • sól, pieprz
  • masło

Przygotowanie:

  • ziemniaki obrać i ugotować w osolonej wodzie, jeszcze ciepłe podziabać na pure albo przecisnąć przez praskę
  • gdy przestygną, dodać do nich twaróg, rozdrobnić go widelcem i dokładnie połączyć z ziemniakami
  • cebule pokroić w drobną kostkę i zeszklić na maśle, dodać do ziemniaków i twarogu, posolić, doprawić pieprzem (u nas sporo), dokładnie wymieszać i ostawić do “przegryzienia”
  • wyrobić ciasto: do mąki wbić jajko, szczyptę soli i wyrabiać, jednocześnie dodając powoli nieduże ilości bardzo ciepłej wody – tyle, ile ciasto weźmie, ma być miękkie i elastyczne, lecz nie kleić się do rąk, powinno być wyraźnie wilgotne, bo jeszcze przyjmie trochę mąki podczas wałkowania
  • stolnicę lub blat oprószyć mąką, rozpłaszczyć fragment ciasta (ok. 1/4), posypać z wierzchu odrobiną mąki i rozwałkować cieniutko
  • wykrawać kółka szklanką, na środek każdego kłaść sporą łyżeczkę farszu i sklejać ciasto, tworząc palcami falbankę, odkładać na oprószoną mąką tacę
  • gdy wszystkie pierogi będą ulepione, zagotować garnek osolonej wody i umieszczać w niej pierogi (po ok. 15 – 20 na raz, w zależności od rozmiaru garnka)
  • gotować aż wypłyną na wierzch i jeszcze minutę, odławiać na tacę, polewać roztopionym masłem
  • z resztek ciasta (mieliśmy więcej, bo z 0,5 kg mąki) przygotowałam pierożki na słodko: jabłkowo – cynamonowe. Jabłka obrałam ze skórki i kroiłam na ósemki, oblepiałam je ciastem, po ugotowaniu posypałam łyżeczką brązowego cukru i cynamonem