felietony

ciało jako pole walki

Piszę te słowa ze świeżo pomalowanymi paznokciami, stukam w klawiaturkę jak paniusia różowymi opuszkami palców, uważając by ich nie uszkodzić. Piszę tuż po wyjściu z wanny, zażywszy kąpieli z natłuszczającymi olejkami, trzema różnymi preparatami oczyszczając, złuszczając i tonizując twarz, moje włosy w ręczniku wchłaniają (niech tylko spróbują nie wchłonąć) odżywcze podobno ingrediencje dwóch różnych odżywek.

Piszę do Was dzień po tym, jak spędziłam w kosmetycznym gabinecie cztery godziny na podsycaniu własnej próżności. Myślałam, że tego mi trzeba, ale tradycyjnie sytuacja była niejednoznaczna. Zamiast celebrować te chwile, gdy byłam obsługiwana, złuszczana i ujędrniana, z właściwą sobie ambiwalencją, oddałam się refleksjom, które te celebracje cokolwiek utrudniały. Im bardziej kosmetyczka złuszczała, tym bardziej ja czułam absurd tej sytuacji, im lepiej obsługiwała, tym gorzej się czułam. Leżałam zawinięta w folię jak parówka, mój cellulit się wygładzał boleśnie, trzęsłam się z zimna (to znak, że się wygładzało niby), ona (ta kosmetyczka) opowiadała mi o wszystkich zabiegach na popękane naczynka, rozstępy, zmarszczki i gruby tyłek, których i tak nigdy sobie nie zrobię. Zamiast zatopić się w chwili luksusu, dokonywałam w głowie po raz tysięczny dekonstrukcji kulturowego wzorca kobiecości. Całkowitej dekonstrukcji jak zwykle nie dokonawszy, zradykalizowałam jednak swoje poglądy na temat społecznie nakazanych rytuałów piękna (wybacz, kochanie, miałam się za Twoją kasę ujędrnić, a tymczasem coraz bliżej mi światopoglądowo do naturalistek).

Mam takie napady buntu, zazwyczaj wtedy, gdy mam deficyt czasu. Buntu przeciwko wszystkim tym nakazom i powinnościom wobec własnego ciała, w które dałam się (pop)kulturze wkręcić. Zazwyczaj dopada mnie to wtedy, gdy czuję, jak bardzo zrogowaciały mi pięty. Albo jak wiele siwych włosów znów powinnam przyfarbować. Tudzież, gdy wyrasta mi miś pod pachą. Przecież dopiero się tarkowałam/farbowałam/goliłam! To jest jak codzienna orka, bezustanna walka  z naturą – ja golę, one rosną, ja tarkuję, one rogowacieją, ja farbuję, one siwieją, nawilżam, a to wciąż wysycha. Ciągle coś się zmazuje, odpryskuje, opada, odrasta, kłuje. A ja wciąż poprawiam, maluję, kamufluję, natłuszczam, wyrywam…aż raz na jakiś mam dosyć. Mam ochotę wyhodować sobie włosy we wszystkich niedozwolonych miejscach, zarzucić wszystkie te i tak nic nie dające rytuały.
I pewnie zrobiłabym to, gdybym tylko potrafiła się zmusić do zmiany percepcji. Musiałoby mi się to podobać. Ciężko jest poczuciu estetyki ukształtowanemu przez prasę kobiecą, przemysł kosmetyczny i odzieżowy nagle postanowić: od dziś podobają mi się kobiety naturalne, grube, owłosione i nieumalowane, więc zostanę jedną z nich. Nawet gdyby mi się to udało (nie zostać kobietą owłosioną, tylko zmusić się do zmiany percepcji), pozostaje jeszcze jedna zasadnicza kwestia, a mianowicie kwestia społeczna. Jako socjologowi nie wypada mi jej ignorować, sankcje za niestosowanie się do kulturowego wzorca kobiecości są srogie. Raz nawet ze smutkiem czytałam manifest jednej takiej, co przestała golić pachy, opluwano ją tak, że ja już wiem – nie miałabym w sobie takiej siły, by to odeprzeć.
Musiałoby być nas więcej, musiałybyśmy się jakoś razem zbuntować. Założyć jakąś Brygadę Owłosionej Pachy, czy coś.
Tak jak one:

źródło: pinterest

Przełamuję tę swoją dulszczyznę, to pierwsze obrzydzenie, które też pewnie teraz czujesz i podziwiam je. Fajne są, wyeliminowały ze swojego życia jeden idiotyczny, zniewalający rytuał i wtedy, kiedy my się golimy, one mogą czytać książki, uczyć się chińskiego albo upiec chleb.
Tymczasem zmykam, muszę się jeszcze umalować.