podróże

Bangkok z dziećmi – subiektywna relacja

Moje odczucia w tym mieście były tak skrajne, jak chyba jeszcze nigdy nigdzie. W Bangkoku zachwyt miesza się z obrzydzeniem, zauroczenie ze zmęczeniem. Nie byłam nim jednoznacznie oczarowana, ale też skłamałabym, mówiąc, że mi się nie podobał. Myślę, że ta ambiwalencja wynika przede wszystkim z tego, że to miasto gigantyczne i niesamowicie różnorodne, w którym bieda przeplata się z luksusem, piękno z brzydotą, sacrum z profanum. Na każdym kroku.

Bangkok

MIASTO KONTRASTÓW

Jeszcze nigdy nie widziałam takiego nagromadzenia badziewia, brudu i niechlujstwa tuż obok ferii kolorów, morza kwiatów, misternych zdobień i finezyjnych złoceń. W którym tuż obok siebie dziesiątki nowoczesnych wieżowców ze słynnymi rooftop bars migoczą światłami, zapraszając do krainy blichtru i rozpusty, a nadrzeczne chatki na kurzej łapce chwieją się, jakby zaraz miały runąć do śmierdzącej, burej wody (a obie scenerie ustrojone są ciężkimi pajęczynami kabli, których dzika plątanina to znak rozpoznawczy Bangkoku). Jeszcze nigdy nie przechodziłam ciasnymi podwórkami w odorze mokrych psów i zepsutego mięsa, by za rogiem wejść w najsmakowitszą czosnkowo – imbirową chmurę aromatu z jakiegoś ulicznego woka. Bangkok to miasto, w którym smród starych ryb i brudnej szmaty pęcznieje w upale, a dwa kroki dalej uderza do głowy słodki dym kadzideł. To miasto, które jednocześnie pachnie świeżo ugotowanym ryżem i cuchnie spalinami tak, że ciężko oddychać. Uwodzi aromatem curry i odrzuca kocią szczyną. Zachwyca mnogością wielobarwnych detali: dojrzałych owoców na straganach, obwieszonych odpustowo tuk tuk-ów, ustrojonych kwiatami kapliczek, ociekających złotem obrazów króla, szyldów, neonów i roślin i jednocześnie sprawia, że od wszystkich tych bodźców dość szybko zaczyna kręcić się w głowie. Zwłaszcza, że stopni jest jakieś trzydzieści i pięć, więc w połowie dnia zamiast mózgu w czaszce bulgocze curry.

Bangkok

tajlandia król

Bangkok

Bangkok

Bangkok Tajlandia

Bangkok

Bangkok rejs

tajlandia buddyzm

Bangkok

Bangkok świątynie

Bangkok

Bangkok Menam

Bangkok

Bangkok

Bangkok market

Bangkok

Bangkok

Bangkok jedzenie

Bangkok

Bangkok china town

Bangkok

I tak – nie wszystko mnie w Bangkoku zachwyciło, kilka rzeczy przeszkadzało i na pewno nie nazwałabym tego miasta idealnym celem wakacji z dziećmi. Okazało się ciekawym, lecz dość męczącym przystankiem w drodze na wypoczynek na wyspach. Momentami mnie drażnił, chwilami miałam go dość. Jestem pewna, że nie każdemu przypadnie do gustu – zwłaszcza miłośnikom ciszy, spokoju i czystości 😉 Bangkok to niemal dziesięciomilionowa metropolia, zatłoczona i hałaśliwa. Niewiele w nim zieleni (nie w sensie samych roślin, ale parków) i małej miejskiej architektury – nie uświadczysz ławki czy zielonego skweru, na którym można by odsapnąć, napić się i spojrzeć na mapę, planując dalszą trasę. Za dużo trochę nagabywania i naciągactwa, co pod koniec było już dla nas irytujące. Bangkok to najgorętsza stolica na świecie, duszna od spalin, którą przemierza się w ścisku, z potem ściekającym po tyłku, a odrapane, nierzadko cuchnące uliczki mogą rozczarować tych, którzy jadą do Tajlandii po widoki rodem ze stocków. Nie baliśmy ani nie brzydziliśmy się zagłębiać w te mniej wymuskane rewiry, nie obawialiśmy się jedzenia – probiotyki i dbałość o higienę wystarczyły, żeby uniknąć chorób czy zatruć. Starałam się nie oceniać tych odmienności z piedestału europocentryzmu – to jednak bardzo odmienna od naszej kultura i inne ma postrzeganie przestrzeni czy ładu, lecz pewna dawka zdziwienia czy odrazy jest nieunikniona, jeśli nie jest się przywykłym do takich widoków i zapachów. Jeśli miałabym coś polecić rodzinom z dziećmi, to jestem zdania, że większość wytrzyma to miasto z uśmiechem na ustach przez maksymalnie kilka dni. My byliśmy w Bangkoku dwa razy po dwa pełne dni (trzy noclegi) – tuż po przylocie i przed powrotem do domu. Za każdym razem nasz zachwyt przeplatał się ze zmęczeniem (nie tylko fizycznym, ale też takim przebodźcowaniem), z przewagą tego drugiego pod koniec pobytu. Nie wyobrażam sobie jednak być w Tajlandii i nie doświadczyć tego miasta. Właśnie “doświadczyć” – nie tylko zobaczyć. Bangkok bowiem chłonie się wszystkimi zmysłami i z pewnością jest to niezapomniane przeżycie.

Za co można go pokochać?

TUK TUKI!

Totalny zachwyt od pierwszej przejażdżki, gigantyczna frajda! Wiatr we włosach i ten lokalny smaczek – tuk tuki są takie egzotyczne w swoich kształtach i kolorach, obwieszone kwiatami, koralikami i talizmanami. My po Bangkoku przemieszczaliśmy się głównie nimi (na krótsze dystanse) i taksówkami (na większych odległościach). Jedne i drugie są niedrogie, ale żeby rzeczywiście płacić za nie niewiele, trzeba się przygotować na negocjacje. My zwykle podawaliśmy nazwę miejsca, w które chcemy się dostać i rzucaliśmy stawkę poniżej tej, którą byliśmy gotowi zapłacić, by zostawić margines do targowania. Jeśli kierowca był pierwszy, wówczas bezlitośnie zbijaliśmy jego propozycję, zwykle ostatecznie płacąc połowę, maksmalnie – 2/3 wyjściowej kwoty. Za kilkukilometrowe trasy płaciliśmy między 100 a 300 bahtów (10-30 zł). Uwaga na naciągaczy! Jeśli usłyszycie propozycję przejażdżki za kilkadziesiąt bahtów, możecie być pewni, że po drodze zaliczycie dwie informacje turystyczne z propozycjami wycieczek, salon z garniturami szwagra albo restaurację z najlepszym sea foodem, mimo, że wcale nie planowaliście jeść. Taksówkarze i kierowcy tuk-tuków mają umowy z właścicielami łodzi, sklepów i organizatorami wycieczek i dostają od nich procent – z pewnością wówczas przejażdżka okaże się bardzo droga, bo na miejscu trzeba będzie zapłacić parę tysięcy bahtów za atrakcję typu pływający market czy rejs łodzią. Ostrzegam, bo i my daliśmy się wkręcić 😉

Bangkok tuk tuki

Bangkok

tuk tuk

JEDZENIE

Pyszne żarcie za grosze dosłownie leży na ulicy, Bangkok bowiem słynie z ulicznego jedzenia i rzeczywiście – na każdym kroku spotyka się tam małe wózeczki, kramiki, stragany, uliczne garkuchnie serwujące zarówno gorące dania z ryżu, makaronu czy zupy, jak i drobne przekąski, owoce, lody, świeże soki. Tam nie da się być głodnym, kiedy co kawałek mija się te cudowności, a wspaniałe zapachy atakują nozdrza. Osobiście nie przemawia do mnie idea jadania phad taiów w biegu, ale różne drobiazgi – spring rollsy, naleśniczki, pierożki czy pudełeczka soczystego mango – super sprawa. Ciężko było mi połączyć z naszymi planami różne rekomendacje odnośnie restauracji, nasze wybory były więc przypadkowe, ale na szczęście trafione – zawsze jedliśmy przynajmniej smacznie, jeśli nie przepysznie. O ile nie broniliśmy się przed przekąskami czy owocowymi koktajlami na popularnych, turystycznych ulicach, to już kolacje staraliśmy się jadać tam, gdzie spokojniej i bardziej autentycznie, idealnie – gdzie widzieliśmy jedzących Tajów – w bocznych alejkach, podwórkach i na nocnych marketach.

Bangkok

Bangkok street food

Bangkok street food

Bangkok street food

Bangkok

Bangkok mango sticky rice

NOCNE TARGI

W Bangkoku, zresztą jak w całej Tajlandii, życie rozkwita po zmroku. To wtedy miasto zalewa jeszcze większa niż za dnia fala straganów, wózków i garkuchni, sprzedawcy otwierają swoje kramy, czy po prostu wykładają towary na ulice. Największe nagromadzenie wszelkich dóbr i jedzenia znajduje się na nocnych targach. Zaliczyliśmy dwa – największy na świecie Chatuchak Market i Patpong. Trzeba pamiętać, że te markety to weekendowa atrakcja, dlatego warto zaplanować pobyt w Bangkoku tak, żeby na nie trafić. Z powodu niewiarygodnego gwaru i ścisku, jaki tam panuje, mam bardzo niewiele zdjęć – trzeba tam nie tylko pilnować swojego dobytku przed kieszonkowcami, ale i uważać, żeby nie pogubić dzieci, poza tym co chwilę się tam coś ogląda, kupuje lub zajada, a mnogość bodźców przyprawia o zawrót głowy. Na żadnym z marketów nie poszaleliśmy jakoś specjalnie jeśli chodzi o zakupy, generalnie większość towarów to takie bazarowe badziewie, ale warto się tam wybrać po przylocie do Tajlandii, żeby zaopatrzyć się w rzeczy potrzebne na dalszą podróż – kapelusze, plażowe ciuchy, luźne szarawary (długie spodnie i spódnice przydadzą się do zwiedzania świątyń!), okulary, klapki itp. To także dobre miejsce na zakupy suwenirów przed odlotem – można tam kupić m.in. jedwabne szale, bransoletki, pamiątki, figurki, słodycze czy kosmetyki. O ile Chatuchak daje ogromny wybór zarówno towarów, jak i straganów i barów z fajnym jedzeniem, tak Patpong to już głównie kraina podróbek i barów go-go. Tu trochę wtopiliśmy – nie doczytaliśmy przed wyprawą, jaka jest specyfika tego bazaru i musieliśmy potem dzieciom tłumaczyć, dlaczego tyle tam półnagich pań na szpilkach – kupiliśmy szybko kilka potrzebnych rzeczy i wialiśmy na kolację do China Town 😉

Bangkok night market

Bangkok Patpong

41

60

PŁYWAJĄCE TARGI

Kolejnym charakterystycznym elementem tajskiego krajobrazu i tamtejszej tradycji są tzw. floating markets. Jest ich kilka wokół Bangkoku (jest pięć głównych), my odwiedziliśmy jeden malutki (Song Klong), który wprawdzie był urodziwy, jednak umiarkowanie pływający (dopłynęliśmy do niego łodzią, jednak cały handel odbywa się na lądzie) i najbardziej znany – Damnoen Saduak, który jest oddalony o prawie dwie godziny jazdy od miasta. Można dojechać do niego autobusem lub taksówką, na miejscu trzeba się jednak liczyć ze sporą opłatą za tę przyjemność – kupuje się na brzegu bilet na łódź, którą płynie się wśród straganów i łodzi z towarami. Aby uniknąć naciągania, warto wykupić taką wycieczkę wcześniej (online choćby tu), my niestety przepłaciliśmy za tę atrakcję, co dodało kolejną porcję rozczarowania tym miejscem. Choć jest to z pewnością ciekawe doświadczenie, to jednak znacznie różniło się od tego, co widziałam wcześniej na zdjęciach – handel z łodzi do łodzi, a co za tym idzie – obrazki wypełnionych owocami łódek czy wręcz pływających restauracji nadal znam tylko z internetu. My zastaliśmy tam praktycznie same nabrzeżne stoiska ze szmirowatymi pamiątkami, wygórowane ceny, jakąś taką fabrykę dla turystów, a nie autentyczne miejsce zakupów. Prawie żadnego jedzenia, za to tony tandetnych obrazów, stosy figurek i ciuchy takie same jak w Bangkoku, tylko droższe. Podtrzymuję stanowisko, że pływający targ to coś, co warto zobaczyć w Tajlandii, ale myślę, że Damnoen Saduak to jednak za duża inwestycja czasu i pieniędzy, a szkoda, bo kiedyś podobno był zachwycającym miejscem.

Bangkok floating market

tajlandia kokosy

16

floating market

tajlandia market

damnoen saduak

tajlandia

KHAO SAN ROAD

Najsłynniejsza ulica w Bangkoku, kiedyś podobno mekka backpackerów, oferująca najtańsze noclegi w hostelach, baza wypadowa do wypraw wgłąb kraju. Dziś już chyba tylko taki tajski Monciak – gwarny, pełen turystów, barów i straganów, ale nadal na swój sposób wciągający. Podczas pierwszego pobytu zatrzymaliśmy się w hotelu kilka ulic dalej i to było dobre posunięcie – mieliśmy wszystkie te atrakcje i infrastrukturę (kantory, tuk tuki, sklepy, knajpy) pod nosem, ale na tyle daleko, że mogliśmy spać spokojnie. Na Khao San Road panuje bowiem w nocy niesamowity zgiełk, z knajp dobiega głośna muzyka, a sprzedawcy napojów, skorpionów, podróbek, naganiacze z restauracji dodają swoje trzy grosze to tego hałasu. To miejsce na pewno tętni życiem i oferuje mnóstwo uciech, ale było to tętno dla nas nie do zniesienia dla dłuższą metę, zwłaszcza w nocy. Warto jednak poczuć ten klimat choć na chwilę, jest to doświadczenie z gatunku tych niezapomnianych, choć u nas nasiliło tylko chęć wydostania się z Bangkoku na spokojną wyspę 😉

Bangkok Khoasan Road

Khoa San Road

49

51

Bangkok

34

Bangkok Khoasan Road

CHINA TOWN

Znacznie bardziej odpowiadał nam zgiełk China Town – bardziej azjatycki i autentyczny. Tłumy ludzi, morze samochodów, skutery przeciskające się między kupującymi, klaksony, muzyka, setki neonów i lampionów – klimat jest nie do podrobienia, tyle męczący, co zachwycający. Najlepiej wybrać się tam wieczorem – ja akurat na to wyjście zapomniałam aparatu, więc musicie uwierzyć mi na słowo – to robi gigantyczne wrażenie! Nieprzebrane morze ludzi i jakaś dzika orgia zapachów, które atakują z setek straganów, wózków i barów. Czego tam nie ma – woki skwierczą, grille dymią, piętrzą się owoce morza, pierożki, stukają miski od zup – gwar jest niesamowity, ale też wielce urokliwy. Najlepiej dojechać na główną ulicę – Yaowarat Road i idąc (a raczej płynąc morzem ludzi) wzdłuż niej wybrać sobie którąś z bocznych uliczek na kolację – żarcia jest tam w bród, do wyboru, do koloru. Niestety, jak wiele miejsc Bangkoku, China Town jest dość ciężkie do zwiedzenia z dziećmi, zwłaszcza wtedy, kiedy jest najpiękniejsze i najbardziej fascynujące, czyli w nocy. Momentami naprawdę trudno poruszać się w tym tłumie, a gdy wreszcie siedliśmy wśród knajpek, musieliśmy skrócić swoje wyście z powodu zasypiającej na siedząco Hanki, więc pozostał niedosyt.

Bangkok China Town

38

china town

36

ŚWIĄTYNIE

Podobnie rzecz się miała u nas ze świątyniami – umiarkowanie zainteresowane tematem dziewczyny sprawiły, że tych odwiedziliśmy niewiele i obejrzeliśmy pobieżnie. Z tych największych i najbardziej imponujących wybraliśmy Wat Pho – Świątynię Odpoczywającego Buddy. To naprawdę zachwycający kompleks świątynny, w którego centrum znajduje się gigantyczna figura złotego, leżącego Buddy (znów: oglądaliśmy ją w ścisku, pilnując dzieci i dobytku, nie udało mi się zrobić tam zdjęcia z perspektywy – posąg ma niemal 50 metrów długości, więc oglądanie go z bliska to właściwie jak przechodzenie koło wielkiej, złotej ściany). Znacznie bardziej od samego Buddy podobały mi się mniejsze komnaty i aleje kompleksu, pięknie zdobione, z zachwycającymi mozaikami i posągami. Na szczęście oprócz największych świątyń, których zwiedzanie w upale może być dla dzieci uciążliwe, dużo mija się podczas takiego zwykłego chodzenia po mieście mniejszych obiektów, także przepięknych i my więcej poznaliśmy właśnie takich miejsc kultu.

Bangkok świątynie

Bangkok świątynie

Wat pho

Bangkok Wat Pho

27

25

24

21

 WIEŻOWCE SUKHUMVIT – BARY I BASENY NA DACHACH

Wprawdzie na drinku w barze na sześćdziesiątym piętrze nie byliśmy, bo wykraczało to nieco poza program rodzinnych wakacji, ale jednak zaliczyliśmy jeden dachowy basen i musicie przyznać – ten widok robi wrażenie. To dlatego podczas drugiego pobytu w Bangkoku wybraliśmy hotel w Sukhumvit – dzielnicy wieżowców i nowoczesnych centrów handlowych. Choć nasz nie był tak wysoki, jak sąsiednie budynki, to zielony taras i turkusowa tafla w otoczeniu drapaczy chmur były hitem. Wprawdzie byłam bliska zawału, kiedy dziewczyny zbliżały się do krawędzi wody, ale potrzeba ochłodzenia się była silniejsza od lęków. Zresztą niezależnie od tego, czy na dachu, czy nie, warto postarać się o hotel z basenem, zwłaszcza podczas pobytu z dziećmi – popołudniowe czy wieczorne kąpiele były wspaniałym wytchnieniem po całodniowym zwiedzaniu. Już od pierwszego dnia było dla nas jasne, że tylko tak możemy tam przetrwać – po kilku godzinach łażenia wracać do hotelu, żeby się popluskać i odświeżyć przed wieczornym wyjściem na kolację czy nocne markety, przed kolejną porcją wrażeń tego gwarnego miasta.

Bangkok Sukhumvit

Bangkok Hopeland hotel

Bangkok

Bangkok basen