felietony

35 jest lagom (i jest spoko)

Obudzę się jutro rano i tyle będę mieć lat – 35. Pamiętam jeszcze czasy, kiedy sądziłam, że to musi być straszne: obudzić się i mieć 35 lat. Nosić trwałą i garsonki, wieść życie stateczne i nudne. Z jakimś wąsatym facetem u boku, dziećmi i pracą. Pamiętam jeszcze czasy, kiedy marzyłam, by zawsze mieć 17 czy 21, głowę pełną marzeń, młodzieńczą urodę, jędrne cycki i być zakochaną na zabój w facecie bez wąsów. Wieść życie nastoletnie czy studenckie.

Myślę, że gdyby mi pokazano wówczas mnie, kiedy budzę się w dniu swoich 35 urodzin, byłoby mi łatwiej. No, może na widok cycków trochę bym się wystraszyła, ale już pewnie fakt, że nie noszę trwałej ani garsonek, pewnie trochę by mnie uspokoił. Dwa tatuaże, brak głębszych zmarszczek i wieśniacza sukmana takowoż. Całkiem młodzieżowa wciąż jestem, bardziej niż mogłabym podejrzewać jeszcze 15 lat temu. No i ten facet, co za ulga – niby wąsaty, ale w dobrym stylu. Nie zdziadziały zupełnie. Tak jak i życie całe w ogóle – niby stateczne, choć wcale nie nudne.

Nie żeby od razu szalone. Po prostu w sam raz, czyli po szwedzku – lagom. Podobno to słowo – klucz na ten rok. Pewnie nie dla każdego, dla mnie – rzeczywiście trafione. Lagom oznacza bowiem życiową równowagę. No, że nie przegina się pały po prostu, w żadną stronę. Odpada alkoholizm, głodówki, aśramy gdzieś u stóp Himalajów, zapylanie w korpo od rana do wieczora, namiętne żarcie czekolady, erotomania i inne odpały. Nie czuję się jakoś specjalnie trendy, utożsamiając się z tą ideą. To przypadek zupełny, że akurat teraz, gdy mam 35 lat, modnie jest żyć, mieć i być “w sam raz”. Umiarkowanie to nie coś, co postanowiłam osiągnąć, gdy przeczytałam trendbooki na 2017. To coś, co zdarzyło się mi właśnie teraz, pewnie dlatego, że jestem już niemłoda, ale jeszcze nie stara.

Już nie naiwna, jak ta dziewczyna, która każdemu ufała, ale jeszcze nie tak zgorzkniała, by nie ufać w ogóle. Już nie tak spontaniczna, by wsiąść do pociągu byle jakiego, lecz jeszcze nie tak zgredziała, żeby nie całować namiętnie i nie zatańczyć w deszczu od czasu do czasu. Na tyle mądra, by trochę rozumieć życie, na tyle głupia, by wciąż dziwić się światem.

Moja twarz też jest w sam raz. Już nie świeża niczym poranek, ale jeszcze nie zryta siatką zmarszczek. Widać na niej dojrzałość z gatunku tych, co każą mówić do mnie niektórym per “pani”, lecz jeszcze nie budzić odrazy. Oczy mam już nie z tym błyskiem, co dawniej, ale z pewną głębią, taką, która przychodzi z wiekiem.

Na tyle jestem ładna, by móc patrzeć w lustro bez obrzydzenia, na tyle brzydka, żebym nie stała się próżna.

Jestem w związku w sam raz dojrzałym. Na tyle długim, by nie tłumaczyć się z każdej miny, na tyle jednak krótkim, by nie mieć się dość. W związku, co angażuje tyle serca, by nie było puste, lecz by starczyło go także dla innych osób i spraw. Na tyle świeżym, by chciało się spędzać ze sobą czas, na tyle długim, by można go było spędzać osobno. Na tyle młodym, by wciąż się sobie podobać, na tyle starym, by nie zemdleć z zachwytu. Z facetem, co jest w sam raz: dobry, ale nie pantoflarz, mądry, ale nie przemądrzały, przystojny, choć nie Apollo.

Dzieci mam z nim w sam raz. Wystarczająco dużo, by się nie nudzić, na tyle mało, by nie oszaleć. One też są w sam raz – nie tak duże, by trzaskać drzwiami, na tyle małe, by były śmieszne, wzruszały dziesięć razy dziennie i pachniały jak dojrzałe brzoskwinie. Na tyle “moje”, żebym czuła się potrzebna, na tyle “wspólne”, żeby nie osaczać. Na tyle piękne i mądre, żebym mogła być dumna, na tyle niedoskonałe, żeby mi nie odbiło.

Mieszkanie mam nareszcie w sam raz. Na tyle duże, by każdy miał w nim swój kąt, na tyle małe, że mogę nad nim panować. Pieniędzy mam na tyle dużo, żeby starcza na przyjemności, na tyle mało jednak, by wciąż mieć o czym marzyć (i czasem czekać do pierwszego). Samochód mam taki, że nie czuję się królem szos, a wszędzie dowiezie. I nawet klimę ma.

Codzienność mam obfitującą w całe serie zachwytów, zdziwień i wzruszeń, na tyle dużo ich jest, żebym czuła się szczęśliwa. Dla równowagi występują frustracje, trudności i smutki, w liczbie idealnej dla zachowania życiowej pokory.

Jeślibym miała dziś dać jakąś radę dziewczynom lat 17 czy 21, powiedziałabym: nie bójcie się. Można obudzić się, mieć 35 lat i myśleć o sobie: jestem spoko. Cycki to nie wszystko. Mam tatuaże, dwie córki i męża, patrzę w lustro bez obrzydzenia, kocham i jestem kochana. Udało mi się uniknąć garsonek, trwałych i głębszych zmarszczek. Może i straciłam młodzieńczą urodę, ale lagom jest lepsze. 35 to w sam raz.