felietony

2016, czas start

Wszystko, co mogło pójść źle, poszło. Kiedy w sylwestrowe południe kolega małżonek podniósł swe połamane ciało z wyra, rozchodził się nieco i stwierdził, że może jednak da radę pójść na imprezę, byłam w czarnej dupie. Od poprzedniego dnia przekonana, że czeka nas Sylwester z Jedynką, zaprzestałam przygotowań. Gdy je wznowiłam, cały wszechświat zdawał się mówić, żebym przestała kombinować. Jakkolwiek nie planowałam imprezy w bikini, moja wewnętrzna pedantka zabrała się za ogarnianie wszystkiego, co zapuszczone, by szybko stwierdzić, że moja sylwestrowa depilacja woskiem zakończy się w połowie pierwszej łydki – wosk wyszedł, podobnie jak dezodorant i rajstopy (znowu!). Połamany kolega był cokolwiek mało przydatnym partnerem w ogarnianiu domu, dzieci i obiadu, ja dodatkowo w szczycie peemesowej odrazy do samej siebie, czułam się więc jak najgorszy kocmouch, drugi dzień w dresie, bez makijażu, biegająca między Hanką, a kuchnią, Zośką a praniem, do tego jeszcze ta do połowy wydepilowana łydka i pacha o zapachu mężczyzny (błagam, powiedzcie, że nie tylko ja to robię, kiedy niespodziewanie kończy mi się się dezodorant!). Mimo wszystko decyzja zapadła – idziemy. Zośka i Polkowski dobrzeją, impreza opłacona, nie robimy siary, ubieramy dzieci i wywozimy do babci. I tu kolejny zonk – podczas ubierania ujawniła się gorączka Hanki! Wprawdzie żadna kosmiczna, a i młoda była całkiem na chodzie, ale jednak – cała akcja znowu zawisła na włosku. Mimo że Hanula u baby miała się dobrze i sytuacja zdawała się opanowana, każda matka zrozumie, jak bardzo mieszane były moje uczucia, kiedy wbrew wszystkim przeciwnościom, robiłam sobie oko i sączyłam pierwszego drinka. Mój wewnętrzny doctor Jeckyll krzyczał – zostań! Wszyscy są chorzy, a ty wyglądasz jak gówno, masz półtorej owłosionej nogi i pachniesz mężczyzną! Mr. Hyde natomiast podszeptywał, jak skończy się picie alkoholu przed telewizorem, podpowiadał, jak długie i szerokie będą potoki łez, które, jako że w szczycie pms-a, wyleję z powodu niewykorzystanej szansy na wyjście z domu, ile ja znaczeń temu dopowiem i jak będę się pławić we własnym nieszczęściu, oglądając wijącą się na scenie Beatę Kozidrak. Podjęliśmy nawet desperacką próbę dokupienia w ostatniej chwili brakujących akcesoriów (plus kociej karmy, która jak się okazało – też wyszła), ale zaliczyliśmy tylko kolejny fakap, wjeżdżąc do centrum handlowego na pięć minut przed zakmnięciem po to tylko, bo później przez kwadrans z niego wyjeżdżać.

Suma summarum, wszystko jak zwykle skończyło się nieźle. Kot dostał tuńczyka, a ja ostatecznie wyglądałam podobno wcale nie najgorzej, a i nie sądzę, żeby ktoś dojrzał lub wyczuł moje pielęgnacyjne oszustwa, jako że nóg ani pach nie eksponowałam. Hanula dała radę, a może raczej opiekująca się nią wzorowo baba. Tak czy inaczej – nowy rok przywitaliśmy jednak w Sopocie, w towarzystwie znajomych, daleko od kanapy i dzieci. Obyło się bez łez. Nóżką było potupane, swoje wypite, wykrzyczane i wycałowane. Słowem – rytuał przejścia odprawiony wraz z wszystkimi towarzyszącymi temu tradycyjnie gusłami i rekwizytami. Przeszłam więc rytualnie w ten nowy, wytrzeźwiałam, po dwóch dniach wreszcie zamknęłam się na pół godziny w pokoju (grożąc, że jak znów ktoś będzie ode mnie coś chciał, to zabiję) i podsumowuję.

Taki blog to jednak fajna sprawa jest, bo daje możliwość przezscrollowania własnych wspomnień z dwunastu miesięcy w kwadrans. Wspomnienia są to cokolwiek przypudrowane, a przez to – bilans łaskawszy. Nie widać na zdjęciach tego, co za aparatem, w jakim pośpiechu, nerwach i chaosie nierzadko powstawały te fotografie. Jak miotałam się spocona, by zdążyć, zanim Zośka się rozmyśli, a Hanka poryczy, żeby uchwycić trzy uśmiechy między fochem starszej, a tym, jak młoda spierdziela. Na zdjęciach łatwiej pokazać szczęśliwą rodzinę, nie widać na nich napięć małżeństwa, w którym każde miało w ubiegłym roku swoje zawodowe pięć minut i nikt nie chciał ustąpić drugiemu, tworząc warunki domowe sprzyjające robieniu kariery. Taaa, to byłby jak dla mnie leitmotiv ubiegłego roku. O tragizmie dylematów, o desperackich próbach walki pary trzydziestolatków o minimalny choćby work-life balance (w wydaniu innym niż on – work, ona – life), o z góry skazanej na przegraną walce o partnerstwo oraz o miotaniu się między miłością do rodziny, a frustracją, jaką ta generuje w związku z niemożnością zaspokajania własnych potrzeb i ambicji – o tym mogłam w ubiegłym roku całą książkę napisać, gdybym tylko miała czas. Trochę pewnie szalę goryczy przechylają ostatnie dni, kiedy to każde z nas próbuje od tygodnia chwilę popracować w domu, ale udaje nam się to wśród chorujących dzieci i obowiązków domowych bardzo mizernie. Bo jak tak scrolluję – to nawet biorąc poprawkę na to przypudrowanie – nie było w sumie tak źle. Docenić muszę rozliczne radości i sukcesy, które nam się jednak w tym chaosie przytrafiły. Przypłacone zmęczeniem i zaniedbaniem samej siebie, ale jednak wielokrotne przyrosty czytelników i obserwatorów mojej tu twórczości. Niewdzięczna byłabym, gdybym nie doceniła tych kilku wyjazdów i wakacji, które były naprawdę cudownymi nagrodami za naszą pracę. No i te dziewczyny nasze, co to je naprawdę nieraz miałam ochotę ukatrupić podczas rozlicznych wyjazdów ich ojca, a które rosnąc i rozwijając się pięknie dają jednak dużo powodów do szczęścia. W minionym roku zyskałam trzydzieści tysięcy nowych czytelników, uczennicę, której co chwilę wypadały kolejne zęby i roczniaka – łobuza w miejsce dwumiesięcznego gluta, który z kolei zębów zyskał pół paszczy.

Mam wiele marzeń i planów na przyszły rok, o większości nie chcę tutaj publicznie rozprawiać ani deklarować osobistych postanowień. Niektóre z nich wykluczają się wzajemnie, więc trzeba je jeszcze przemyśleć. Bo jak pogodzić marzenie o nowym mieszkaniu z potrzebą spokojniejszego życia i redukcji stresów? Jak zaspokajać ambicje ciągłego rozwoju i jednocześnie wyjść z samotności, więcej czasu mając na znajomych i przyjaciół? To są rzeczy, których ja nie umiem pogodzić, to moje ubiegłoroczne porażki, z których nie wiem, czy potrafię wyciągnąć wnioski. 2015 był dla mnie rokiem domowym, to jednocześnie moja słabość i siła, źródło frustracji i inspiracji, ograniczenie i wolność, to moja sfera prywatna i publiczna. W domu mieszkam i pracuję, domem się zajmuję i dzielę z tysiącami ludzi. Tak, moje największe marzenie na nowy rok to nowy dom, bo w tym obecnym czuję, że opuszcza mnie już siła, że potrzeba mi przestrzeni, zmiany i bodźców, by móc inspirować dalej innych, że o samej sobie nie wspomnę. Czy damy radę tak gnać, żeby sięgać po więcej? Czy to nie gwałt na idei work-life balance w najczystszej postaci? I wreszcie – czy będzie mi dane mieć w 2016 tylko takie dylematy z gatunku problemów pierwszego świata?

“Być może istnieją czasy piękniejsze, ale te są nasze”* – przypominam sobie i spieszę zakończyć ten przydługi wywód. 2015 dał mi zadyszkę, do mety dobiegłam zasapana, w szerokim rozkroku. Na finiszu ledwo zipałam zrezygnowana, próbując złapać oddech, pełna wątpliwości, czy warto było tak gnać, by osiągnąć jednak ostatecznie całkiem niezły wynik. Dopiero to spojrzenie wstecz na trasę, którą przebiegłam, dało mi siłę. Przypomniałam sobie wszystkie te piękne widoki po drodze i pomyślałam, że gdybym szła wolno, zobaczyłabym mniej. Postaram się więc utrzymać to tempo. 2015 – dziękuję za piękne widoki i nowe możliwości. 2016, czas start!

*Jean-Paul Sartre

01be7cd81dc4dc57de720be97b937931

4b81b89ebe3c3f20e7e13fcd00c68d45

3b2a886942334cf185dc3450a29ade96

1

6be31b7b6d1b6749e9a937b05f78325e

00ec17a435d2c5eabb50d600305e8525

84401daa2460d6ec1bc4152438419e3a

66361c70cca9e75b7960dbbfc432d9bc

60a534a3bfe90f30b28fe78dea083b3f

bbn

162bh

jhb-tile  hgv-tile

51jbh

63

185-tile

53

48

nj

195

103

47-horz

162bnm

2-horz

186

82-horz

7

2 mmn

cv-tile

 

168

38

2

142-horz

227-tile

 

141

54

86-tile

1112-tile

A kto dobrnął do końca, temu złożę życzenia noworoczne 😉

Życzę Wam, żebyście przez ten 2016 przeszły w takim tempie, jakie Wam odpowiada, niezmiennie kolekcjonując piękne widoki po drodze. Pomyślności, kochane!

d3f11a8d3349b2cc2469a8c6fd2466ee-tile