rodzinnie

wyspa zachodzącego słońca – Koh Libong (plus Koh Kradan i Lao Liang)

To była wielka niewiadoma. Wyspa, na którą pojechaliśmy przez przypadek, bo na sąsiednich nie znaleźliśmy już noclegu. Wyspa, o której wiedzieliśmy, że turystyka na niej raczkuje, że jest rzadko odwiedzana, a w nielicznych sklepach nie kupimy alkoholu, bo zamieszkują ją muzułmanie. Wszystko to brzmiało jak miejsce dla nas, niechętnych popularnym kurortom, ale też stwarzało ryzyko, że zabraknie nam pewnych atrakcji czy wygód (i nie mam tu tylko na myśli zimnego Changa o zachodzie słońca).

O tym, jak oryginalnym miejscem jest Koh Libong, mieliśmy się przekonać jeszcze zanim na nią dotarliśmy. Już na speed boacie z Koh Lanty stanowiliśmy na tyle egzotyczną mniejszość, że nie dowieziono nas na wyspę, tak jak turystów na bardziej popularne wysepki, które mijaliśmy po drodze – czyli na brzeg. Otóż nas, wespół z parą włoskich ornitologów, jak ich roboczo nazwaliśmy, zaproszono do wyjścia na środku morza. Najwyraźniej nie opylało się dobijać do brzegu dla jednej, dziwnej rodziny i nadmiernie owłosionych okularników, bo musieliśmy przesiadać się z wszystkimi walizkami i plecakami na wodzie, do mniejszej łodzi. Nią wpłynęliśmy w porośnięty gęstą zielenią wąski kanał, który wyglądał jak Amazonka na najdzikszym odcinku i dotarliśmy do obskurnego, betonowego nabrzeża, za którym majaczyły prymitywne, drewniane chatki. Powitały nas bezzębne uśmiechy kilkorga tubylców, którzy natychmiast przechwycili nas do swoich tuk-tuk-ów. Tubylców jednak okazało się być więcej niż pojazdów i już po chwili ze zdumieniem obserwowaliśmy, jak dwóch Tajów upycha w jednym, mocno nagryzionym zębem czasu tuk tuczku nasz cały dobytek: dwie walizki, plecak, i kilka małych, podręcznych toreb. W przyczepce, co ledwo mieściła naszą czwórkę! Najpierw walizki, we dwóch, na wpych pod siedzenia, potem miały usiąść „bejbi”, a po nich kolej na „mami”. Mami wsiadła, przyczepka zachybotała się złowieszczo, ale nie odpadła, potem torby, plecaczki i na końcu „mister”, który na kolana dostał jeszcze wielki plecak. Nie wiem, jakim cudem, ale ta misternie zorganizowana konstrukcja ruszyła wreszcie, by z zawrotną prędkością dwudziestu kilometrów na godzinę zabrać nas do ośrodka. Płakaliśmy ze śmiechu, sunąc przez zieloną dzikość po głównej drodze, która przypominała nasze ścieżki rowerowe, na każdej dziurze i wzniesieniu zastanawiając się, ile metrów jeszcze wytrzyma ta prowizorka. Już wiedzieliśmy, że ten cały Koh Libong to będzie hit! Żadnych wymuskanych uliczek, żadnych straganów z pamiątkami, zero hoteli, tylko my w rozpadającym się tuk-tuku z bezzębnym kierowcą, kauczukowy las i od czasu do czasu jakieś ludzkie siedziby. Płakać ze śmiechu mieliśmy podczas tego zaskakującego transferu jeszcze bardziej – przygoda wisiała w powietrzu, kiedy zobaczyliśmy, że skręcamy w wyboistą leśną drogę. Na pierwszych paru dziurach pojazd jeszcze zachowywał się godnie, ale już na widok wzniesienia kierowca skapitulował – było oczywiste, że z takim obciążeniem go nie pokonamy. No więc mami z wozu, panu lżej, a do tego jeszcze mister musiał pchać naszą taksówkę przez las, żeby choć dzieci i walizki dojechały do celu! Płakaliśmy więc, zachwyceni jak głupki całą tą przepyszną zabawą, o której wiedzieliśmy, że wieszczy najfajniejsze chwile w Tajlandii.

Koh Libong

Tajlandia

Tajlandia

Koh Libong

Koh Libong

Gdy już doszliśmy do siebie po podróży i dopełniliśmy formalności w recepcji, udaliśmy się na obiad i rekonesans. To, co pierwsze rzucało się w oczy to pusta plaża, pusty ośrodek, cisza i spokój. Jakieś niedobitki na tarasach domków, jakaś para emerytów w cieniu, a poza tym nic, nuda, panie. I ściana lasu. Idealnie! Jednak to, co na Koh Libong najbardziej spektakularne, miało nadejść dopiero pod koniec dnia. Wówczas to naszym oczom ukazał się najpiękniejszy zachód słońca, jaki kiedykolwiek widzieliśmy. Dzika orgia ciepłych brzoskwiń i malinowych chmurek, fioletowych poblasków i ognistych oranży przy akompaniamencie najgłośniejszych cykad, jakie kiedykolwiek słyszeliśmy, okazała się prawdziwym wyciskaczem łez. Nie sposób tego opisać słowami, ale przez pięć kolejnych wieczorów przeżywałam prawdziwe uniesienia – miałam gęsią skórkę, gapiłam się na morze z niedowierzaniem, odpływałam po prostu w jakieś inne rewiry porażona magią tego zjawiska. Każdego dnia już po osiemnastej szykowaliśmy się do wyjścia, punkt o wpół do siódmej staliśmy na plaży, zwarci i gotowi, wgapieni w dal i zaczynaliśmy rytualny spacer plażą, wzdłuż rybackich łodzi koło wioski, by wrócić już po ciemku, z czołówkami na głowach, starając się nie rozdeptać krabów, które o tej porze przechadzały się po piasku w dość dużej liczbie.

zachód słońca

Thailand  Tajlandia Koh Libong

Koh Libong

Tajlandia

sunset

Tajlandia

Koh Libong

Tajlandia

Koh Libong

AUTENTYCZNA TAJLANDIA – PRAWDZIWE WIOSKI

Mała konkurencja ośrodków i restauracji sprawia, że ceny w resortach są na Koh Libong nieco wyższe niż np. na Koh Lancie. Motywowani chęcią oszczędności, ale też wielką ciekawością, już pierwszego dnia wybraliśmy się na eksplorację małej wioski, tuż za pasmem kauczukowego lasu, by nie tylko znaleźć tam tańsze produkty i usługi, ale też polubić ją przeogromnie od pierwszego spaceru. Kilkanaście domków wzdłuż drogi, przed każdym uśmiechnięci mieszkańcy, rozchichotane staruszki, zaczepne dzieci, serdeczni sprzedawcy (tak inni od nachalnych mieszkańców Bangkoku), kobiety gotujące w prowizorycznych garkuchniach – cudowny klimat! Codziennie zachodziliśmy tam na naleśnika, phad thaia czy do sklepu. To tam pożyczyliśmy skutery i zorganizowaliśmy sobie rejs – wszystko o połowę taniej niż w resorcie, z szerokim uśmiechem, w super atmosferze. Ten skuter to jest w ogóle osobny hit: przez dwa dni bałam się na niego wsiąść, a kiedy wreszcie zebrałam się na odwagę i ruszyłam przed siebie z wiatrem we włosach, czułam się tak szczęśliwa, że się poryczałam. Autentycznie – pod koniec dnia, który spędziliśmy objeżdżając wyspę, jej wioski, lasy i plaże, kiedy mknęłam w popołudniowym słońcu wśród zieleni, taka dumna z przełamania własnych barier, taka wolna i spełniona, łzy wzruszenia jakoś same napłynęły mi do oczu. I to jest kolejny powód, dla którego nasz pobyt na Koh Libong uważam na najwspanialsze chwile w Tajlandii.

Koh Libong

las kauczukowy Tajlandia

las kauczukowy

Tajlandia naleśniki

Tajlandia jedzenie

Tajlandia z dziećmi

Koh Libong

Tajlandia

Thailand sunset

Koh Libong

Koh Libong

LIBONG RELAX BEACH

Jeden z czterech ośrodków na wyspie, najprzyjemniejszy z tych w dobrej cenie (jest też jeden w opcji luksus). Bardzo przyjemne, drewniane domki z fajnymi tarasami i ładnym, naturalnym wystrojem wewnątrz, wszystkie zwrócone w stronę morza, oddalone od plaży o szerokość trawnika. Ta jest na Koh Libong piaszczysta i ładna, choć znowu – nie jest to ten najbardziej widowiskowy biały piaseczek, małym minusem były też duże liście, opadające z drzew na plażę i trawnik. Na miejscu jest duża restauracja z pięknym widokiem i smacznym jedzeniem, w cenie pokoju mieliśmy śniadania, do wyboru: tajskie (pikantny rosół z ryżem) lub amerykańskie w kilku wariantach, czyli po prostu kilka kombinacji jajek, tostów i dodatków. Jedliśmy tam też większość kolacji – zupy, makarony, zasmażane ryże, owoce morza, curry – wszystkie bardzo dobre, choć nie najtańsze. W ośrodku korzystaliśmy także z tajskich masaży (rewelacja! momentami bolesna, ale wspaniale rozluźnia mięśnie) i z wycieczki na sąsiednią wysepkę Koh Kradan, czyli jedną z wysepek, które mieliśmy oryginalnie w planie pobytowo.

Koh Libong

Libong Relax Beach

Libong Relax Beach

Koh Libong

Libong Relax Beach

Libong Relax Beach

Libong Relax Beach

KOH KRADAN

Jedna z trzech wysepek Trang, w które celowaliśmy po Koh Lancie, najbardziej z nich położona na południe, zatem – najbliższa z Koh Libong. Skoro nie udało nam się znaleźć na nich noclegu (z Polski, na miejscu podobno byłoby to możliwe, ale woleliśmy nie ryzykować na wakacjach z dziećmi, że zostaniemy bez domku), postanowiliśmy się na nie wybrać choć na chwilę. I co to był za dzień! Kameralność Koh Libong przejawiała się także w tym, że na wycieczki nie jeździ się stamtąd dużą grupą, zbieraną co rano pick up’em i wsadzaną na głównej plaży do wielkich motorówek (jak to było na Koh Lancie), a odbywa się je indywidualnie, małą rybacką łodzią, praktycznie spod domku. Totalnie insza inszość, kolorowe, drewniane łodzie płyną o połowę wolniej, nie drży się więc na nich o własne życie, a kontempluje widoki, opala się na dziobie, podczas gdy wiatr przyjemnie owiewa. A Koh Kradan? Brakuje mi słów, żeby opisać urodę jej plaż, krystaliczną, gorącą jak zupa wodę i rafy, stworzone do snurkowania. Po prostu pięknie i rajsko, ale co dalej poza tą zjawiskową plażą to już nie wiem, my popłynęliśmy w stronę Emerald Cave – jaskini, do której wpływa się wprost z głębokiej wody, przemierza w niej wpław niecałe 100 metrów (w kapokach), by na końcu skalnego tunelu wypłynąć w miejscu niezwykłym. Z przyczyn oczywistych zdjęć stamtąd nie mam, ale wyobraźcie sobie ukrytą w kilkudziesięciometrowych skałach studnię wielkości podwórka, wypełnioną szmaragdową wodą, zielenią i malutką plażyczkę. Nieprawdopodobne miejsce!

Tajlandia

wyspy Trang

Koh Kradan

Koh Kradan

Tajlandia Koh Kradan

tajlandia plaża

tajlandia long boat

KOH LAO LIANG

Kolejne miejsce tak nieprawdopodobne, że większość czasu spędziłam tam, zastanawiając się, czy przypadkiem nie śnię. Drugi rejs z Koh Libong zorganizowaliśmy sobie sami, korzystając z usług tubylców. Podczas wieczornego spaceru dojrzeliśmy tablicę z odręcznie napisanymi nazwami wysp i cenami, które były kuszące. Wycieczkę umówiliśmy z panem praktycznie na migi, wpierając się tylko akcesoriami do ustalenia terminu (kalendarz ścienny) i godziny (zegar). Bez zaliczek ani pokwitowania, więc nasze europejskie umysły jednak do końca powątpiewały, czy wyruszymy, ale okazało się, że mamy do czynienia z solidną firmą. Po godzinie rejsu dopłynęliśmy do wyspy, na której nie ma żadnej cywilizacji, bo oprócz dwóch pięknych plaż reszta to skały. Turystyka ogranicza się tam do paru namiotów przy jednej z plaż, druga natomiast była tylko dla nas, a jedyne ślady człowieka stanowiły rybackie wiaty i sieci przechowywane w krzakach. Znowu – bialutki, delikatny piasek, cudowna, czysta woda, a do tego te skały – groty, jaskinie, skalne tarasy, stalaktyty, stalagmity, zwisy, nawisy i co tylko, a wszystko tworzące nieprawdopodobną scenerię. Najlepsze chwile wakacji!

Lao Liang

Tajlandia Lao Liang

Tajlandia plaża

Tajlandia

Tajlandia

muszelki

woda kokosowa

coconut water

Lao Liang

Lao Liang

Polecam Koh Libong wszystkim szukającym odpoczynku na tajskich wyspach, ale jednocześnie spragnionym Tajlandii autentycznej – bez turystycznych deptaków, dzikiej, zielonej, na której więcej jest jest mieszkańców niż turystów. Brak białego piasku i ciemniejszy kolor wody to chyba jedyne powody, dla których jest ona tak mało popularna, a moim zdaniem to prawdziwa perełka, ulokowana na tyle blisko bardziej „Instagramowych” wysp, że można na niej przeżyć jedno i drugie – nieprawdopodobne zachody słońca na pustych plażach i poznać oddalone o godzinę drogi turkusy u wybrzeży sąsiednich wysepek. Nasz pobyt na Koh Libong będziemy wspominać jako najlepsze pięć dni w Tajlandii. Ja czuję, że były to także jedne z najlepszych dni mojego życia.

Poprzedni wpis Następny wpis

Mogą Ci się spodobać

10 komentarzy

  • Odpowiedz Anne 19 marca 2018 at 20:04

    Gdzie kupiłaś czarny strój Zosi?

    • Polka
      Odpowiedz Polka 20 marca 2018 at 11:13

      Osobno góra i dół – Decathlon.

  • Odpowiedz Edyta Tkacz 19 marca 2018 at 20:29

    Fajnie! Właśnie jestem w trakcie wymyślania i ogarniania podróży do Tajlandii na koniec tego roku i śledzę wszelkie info na ten temat. Od nadmiaru uroków i atrakcji aż kręci się w głowie i jest dylemat, co wybrać. Chciałoby się wszystko oczywiście, ale trzeba by tam spędzić chyba minimum pół roku na ostrym zwiedzaniu.
    Wysepki, do których dociera mało turystów, to brzmi zachęcająco. 🙂

    • Polka
      Odpowiedz Polka 20 marca 2018 at 11:14

      To prawda, ciężko się zdecydować, zwłaszcza, że na koniec roku pogoda Was nie będzie ograniczać – szczyt sezonu we wszystkich regionach 🙂 Oj, jakbym poleciała raz jeszcze!

  • Odpowiedz Avrea 20 marca 2018 at 08:24

    jeju jak cudnie , ja właśnie uwielbiam takie miejsca , z mężem lubimy własnie mało turystyczne miejsca najlepiej się zwiedza i mozna się delektować bez wszędobylskich ludzi…
    jechaliście z biura podróży ? marzy mi się Tajlandia i jakbys mi napisła mniejwięcej jakie koszty żeby mogła się zorientować jaki przedział cenowy …

  • Odpowiedz Anne 21 marca 2018 at 23:02

    H ej
    Ja tak off the topic
    Czy będzie post komunijny? Może masz już obcykane fajne zaproszenia i inne potrzebne akcesoria?

    • Polka
      Odpowiedz Polka 22 marca 2018 at 10:02

      Nie będzie u mnie takich wpisów, nie orientuję się w temacie.

  • Odpowiedz Anne 22 marca 2018 at 15:52

    A Zośka w tym roku nie idzie?

  • Zostaw coś po sobie