dodatkowe (3)
Jak żyć

wielka strata

Ironicznie bywa nazywane odpieluszkowym zapaleniem mózgu, ja wolę o nim mówić – macierzyństwo totalne. Czyli takie, kiedy wraz z narodzinami matki umiera kochanka, żona, przyjaciółka czy córka. Już nie księgowa, urzędniczka, fryzjerka – od teraz już tylko opiekunka, karmicielka, strażniczka domowego ogniska. Wszystkie inne role społeczne i zawodowe odchodzą na dalszy plan, bo dziecko. Znika dla świata, oddaje się jedynej, słusznej sprawie.

Dziś o niej, ku przestrodze.

POSKŁADAĆ UKŁADANKĘ

Tworzenie nowej tożsamości po urodzeniu dziecka to skomplikowany proces. Trzeba poskładać siebie na nowo, jak układankę, w której pojawia się nagle za dużo kawałków i, mimo wysiłków, nie dają się wszystkie upchnąć, brakuje miejsca po prostu. Nie sposób tej nowej roli włożyć od razu do odpowiedniej szufladki, obok tej z napisem „członkini wspólnoty mieszkaniowej” czy „właścicielka ogródka działkowego” i żyć spokojnie dalej. Macierzyństwo to nie funkcja skarbnika w klasowej trójce. Ono wdziera się do życia z siłą wodospadu i wywraca wszystko do góry nogami. Jest jak uzurpator w walce o władzę nad pozostałymi życiowymi funkcjami. Przychodzi i odbiera: rozum, czas, zainteresowania. Zgarnia wszystko, co masz w głowie i w sercu ewolucyjnie wypracowaną, skuteczną strategią zalania człowieka hormonami od stóp do głów. Mało kto potrafi się temu oprzeć w pierwszych miesiącach życia dziecka. I nie wiem, czy powinien w zasadzie, bo to ciekawe doświadczenie – takie życie w świecie skurczonym do rozmiarów noworodka, w miłosnym zaczadzeniu, nieporównywalnym do innych, tak wszechogarniającym, że człowiek jest jak na haju. Niewiele mamy w życiu możliwości wciskania pauzy. Kiedy, jak nie po porodzie, można zatrzymać świat na chwilę i mieć w nosie wszystko oprócz tego ciepłego zawiniątka? Kiedy jednak zawiniątku zaczyna sypać się wąs, a świat kobiety nadal jest skurczony do rozmiarów jednego człowieka, wtedy należy zacząć się martwić.

RYZYKOWNA INWESTYCJA

Kiedyś nie cierpiałam staruszek, wiecie? Nie rozumiałam, czemu starsi panowie często są tacy łagodni i rozczulający, z tymi swoimi zamglonymi oczami i dłońmi upstrzonymi brązowymi plamkami. Oni tacy mili, uśmiechnięci, a starsze kobiety takie zgorzkniałe. Sfrustrowane, rozmarudzone, moralizatorskie. Już dawno zauważyłam tę dysproporcję – podczas gdy dziadki zaczepiały życzliwie w autobusie, babcie ciskały gromy, rzucały złowrogie spojrzenia. Pozytywne staruszki to rzadki widok i ja długo tego nie rozumiałam. Wiecie, co dziś o tym myślę? Że te kobiety miały totalnie przesrane w życiu. Harowały jak woły w domu i w pracy. W pokoleniu naszych dziadków niewielu było facetów, którzy potrafili gotować, zajmowali się dziećmi czy zhańbili swoje męskie dłonie myciem naczyń. To właśnie to pokolenie kobiet siłą powojennej propagandy ruszyło do fabryk i na traktory, ku chwale ojczyzny rodziło dzieci, a potem ogarniało samodzielnie cały ten bajzel.  I co z tego mają? Głodową emeryturę i samotność. To i tak więcej niż te, które całe życie poświęciły zajmowaniu się domem – one nie mają nawet głodowej emerytury. Nie mają przyjaciół, zainteresowań, doświadczeń, osiągnięć czy wspomnień innych niż cztery ściany, gary i stosy prania. Są stare, schorowane i smutne, a nagrody za poświęcenie najlepszych lat życia jakoś nie widać. Niektóre mogą liczyć na odwiedziny dzieci i wnuków, podwózkę do lekarza czy nowy telewizor. Inne nie mają tego szczęścia, ich życie dobiega końca w poczuciu niesprawiedliwości i porażki. Dzieci to ryzykowna inwestycja.

CZY WARTO?

Wiem, że nie uwierzysz w to teraz, patrząc w szczere oczy swojego Krzysia, Antosia czy Basi. To ufne spojrzenie nie wygląda, jakby mogło ci to kiedyś zrobić. Nie mieści ci się w głowie, że kiedyś może wypiąć się na ciebie to twoje cudo, któremu wszystko oddałaś. I ja ci z całego serca życzę, żeby tak nie było, ale pytam mimo wszystko: czy warto?

Czy warto rezygnować na wiele lat z pracy, nawet kiedy jedna pensja wystarcza? Czy nie lepiej na pół etatu, z domu albo jakoś inaczej – elastycznie, po swojemu? Czy warto zatrzymywać swój rozwój na dłużej niż ten macierzyński i nie szukać nowych kierunków rozwoju? Czy warto życie towarzyskie ograniczyć do pobliskiej piaskownicy? Czy warto odciąć się od świata i ulokować całą swoją energię w jednej aktywności?

Czy warto zamienić małżeńskie łóżko na spanie z dzieckiem aż do zerówki? Oddać namiętność i bliskość dla tych paru lat trudnej do zakończenia symbiozy? Czy warto skupiać się tak na każdej kupie, minie i beknięciu, żeby nie dostrzegać czyichś zmartwień, potrzeb, czyjejś samotności? Czy warto stracić kochanka, przyjaciela, partnera, może już bezpowrotnie? To dla mnie największy paradoks rodzicielstwa, gdy widzę, jak jak dwoje ludzi zostaje pożartych przez owoc własnej miłości. Nie dosłownie – to nie owoce chcą pożreć małżeństwa, dzieci chcą mieć przecież szczęśliwych rodziców. To niestety my, kobiety mamy skłonność do zatracania się w tej roli. To nam częściej ta miłość zdaje się wystarczać za wszystkie inne. Widuję takie matki, które już nie trzymają swoich facetów za ręce, mają je tylko dla dzieci. Ich usta ograniczyły się do jedynie macierzyńskich buziaków. Ciała potrafią dać miłość, lecz już tylko tę opiekuńczą.

Ach, te ciała…to cały wielki, osobny temat. Choć po porodzie służą głównie karmieniu i tuleniu, choć nie wyglądają tak samo jak dawniej, wierzę, że nie powinny być tylko dla dzieci. Nie warto odbierać im innych funkcji, niech będą też dla nas. Niech dają radość z czerwonych paznokci, tatuaży, błyszczących włosów i szalonych seksów. Relacja z własnym ciałem bywa skomplikowana, czasem trudno swoje piersi traktować inaczej niż dające mleko wymiona. Czasem ciężko kręcić zalotnie biodrami, kiedy człowiek czuje się jak inkubator. Brakuje czasu na te paznokcie, maseczki i fryzury, brakuje sił na amory, a za dwulatkiem wygodniej gania się z barchanach niż w koronkach. Ale czy nie warto powalczyć o siebie, żeby oprócz matki zobaczyć też w lustrze zadbaną kobietę, żeby poczuć się czasem ognistą kochanką?

Czy nie warto zrobić miejsca – w sercu i w głowie – dla innych osób i spraw?

BYĆ WSZYSTKIM PO TROCHU

Ja wiem, że nikt nam nie wróci tych pierwszych lat życia dziecka. Tyle jest wtedy wzruszeń, kroków rozwojowych, tyle cudownych wspomnień, że chciałoby się skupić na nich, żeby nic nie przegapić. Ale nikt też nie wróci czasu, odebranego innym sprawom. Nie da się po dziesięciu latach zadzwonić do osoby, która była kiedyś twoją przyjaciółką i zostać nią od nowa, mimo, że przez dekadę nie interesowałaś się, co u niej. Złamane małżeństwa ciężko posklejać do kupy, kiedy drugi człowiek jest już tylko kolesiem, z którym mieszkasz. A kiedy ZUS przeliczy ci emeryturę, nie da się cofnąć czasu i załatać tej dziury w zawodowym życiorysie, która sprawia, że nie masz za co wykupić leków.

Długo buntowałam się przeciwko temu uczuciu, że teraz muszę być wszystkim. Nienawidziłam tej presji, która sprawiała, że wciąż byłam w rozkroku. Nie chcąc rezygnować z rozwoju, kariery, dobrego wyglądu, rozrywek i ogólnej życiowej aktywności, zakręciłam się kiedyś dość mocno i dostałam zadyszki. Dziś wiem, że nie muszę być wszystkim i że nie będę idealna w żadnej z tych ról. Wiem, że jedyne, co możemy zrobić, żeby żyć pełnią życia i nie zwariować, to być wszystkim po trochu.

KOBIETA, ŻONA, OBYWATELKA

Dziś czasem nadal bywam w rozkroku, za rzadko dzwonię do przyjaciółki, nie jestem perfekcyjnie zadbaną, idealną żoną ani duszą towarzystwa. Czasem proza, codzienna orka, stres oraz dres. Ale walczę o swoje marzenia, a w szufladzie mam kilka par koronkowych majtek. Czasem chodzę na koncerty, maluję paznokcie i, choć to trudne, zdarza mi się uciekać od macierzyństwa, żeby nie zapomnieć, kim jeszcze jestem. Ostatnio nawiewam wieczorami – pakuję dzieci do łóżek, a do torebki świecę, zamykam za sobą drzwi i jadę być kimś innym niż matką. Gdy stoję z flagą pod budynkiem sądu, nie myślę o dzieciach. Nie martwię się o pranie, którego nie zrobię, ani o czystość łazienki wystawioną przez moje wyjście na szwank. Choć myśl o przyszłości moich dzieci z pewnością jest dużym motywatorem, to nie stoję tam jako matka, ale – nomen omen – Polka. Jestem kobietą, matką, żoną i obywatelką. I serio, nie wiem, czy w dobrej kolejności wymieniłam te określenia, ale przynajmniej czuję, że jestem tym wszystkim po trochu. Żongluję tożsamościami niczym wytrawny kuglarz.

Dziewczyny – niech dzieci nie przysłaniają nam świata, kiedy ten nas potrzebuje. Macierzyństwo totalne to wielka strata dla mężów, przyjaciółek, zakładów pracy, dla ludzkości.

To wielka strata dla matek totalnych.

Poprzedni wpis Następny wpis

Mogą Ci się spodobać

60 Komentarze

  • Odpowiedz Chojnas 26 lipca 2017 at 22:16

    Nie warto Kochana…. 😂

  • Odpowiedz Monika | WIkilistka.pl 26 lipca 2017 at 22:18

    Polka, I <3 U !
    Mam bardzo, bardzo podobne przemyślenia. Nie wyobrażam sobie nie mieć kawałka swojego świata.
    Nie cierpię dzieci na całe noce w naszym łóżku, bo to jedyna oaza, gdzie chociaż te 6-8 godzin na dobę, możemy pobyć sami. Nie wyobrażam sobie, by sensem mojego życia był pampers i przecierana zupka, a bycie utrzymanką przyprawia mnie o dreszcze … Na prawo i lewo u siebie trąbię, by wykorzystywć te dziecięce drzemki i chwilę samotnej zabawy dla siebie. Na rozwój, odskocznię, dokształcenie się … cokolwiek swojego.

    • Odpowiedz Beata 27 lipca 2017 at 22:12

      Jak możesz używać określenia „utrzymanka”? To tak jakbym ja – utrzymanka- kobiety takie jak Ty nazywała karierowiczkami które tylko patrzą jak pozbyć się dziecka…widzisz, nazewnictwo jest istotne…

    • Odpowiedz Maga 27 lipca 2017 at 22:53

      O, ja też nie cierpię dzieci w nocy w naszym łóżku. Głównie dlatego, że z nimi się nie da wyspać, a tego snu i tak nie mam w nadmiarze.

  • Odpowiedz Edi 26 lipca 2017 at 22:32

    Dziękuję Ci, Polko, bardzo, za ten tekst. Zatraciłam się prawie trzy lata temu. I choć powrót do pracy zaliczyłam tradycyjnie dziś rok po porodzie mojego jedynego, jak dotąd, syna, to wciąż mam pretensje do siebie i świata, że musiałam to zrobić (ze względów finansowych, bo od wielu, wielu lat zarabiam więcej od mojego męża). Do teraz czułam się winna każdej minuty poświęconej sobie, pewnie nie raz jeszcze tak się poczuje, ale dzięki Tobie uświadamiam sobie powoli, że to błąd. Tracę męża z każdym miesiącem coraz bardziej. Trzy ostatnie lata jawią mi się jako jedne z najszczesliwszych, ale jednocześnie najbardziej przerażających w życiu. Jestem rozdarta totalnie: chcę dalej rozwijać się zawodowo, uczyć się angielskiego, wrócić do swoich zajebistych pasji. I jednocześnie chcę być idealną matką i gosposia. Nie daję rady i frustracja sięga zenitu. W dupie z tym wszystkim :/

  • Odpowiedz Fryga 26 lipca 2017 at 23:23

    Dziwne bo po tym wpisie powinnam poczuć się jak przegrana a przecież jestem bardzo szczęśliwa. Bo dla każdego szczęście oznacza coś innego. Ja siedzę w domu, opiekuję się małymi dziećmi, ba! karmię piersią prawie dwulatkę i mam w chacie full-co-sleepieng. Mam też mnóstwo „doradców”, którzy czują się w obowiązku mnie na każdym kroku pouczać i „pocieszać”, że chłop pewnie zaniedbany, seks to tylko z inną a ja uciemiężona, w cycku to już woda a dzieci będą pierdołami życiowymi. Szkoda wielka, że nikt nie spyta czy nam dobrze, czy to nasza decyzja, czym podyktowane są nasze wybory. Każdy czuje jedynie, że musi siać czarnowidztwo. Otóż mam ochotę napisać czasami sobie na czole: za rok moja trzylatka będzie przedszkolakiem jak jej braciszek a ja będę spokojnie mogła pójść do pracy, bo pracować i robić „karierę” mogę jeszcze 30 lat a dzieciństwa dzieci nikt mi nie wróci, póki co dziękuję mężowi za to, że nas stać bym to ja a nie obca osoba je wychowywała, karmię piersią bo to nasz wybór, podobnie jak co-sleeping, serio można to pogodzić ze świetnym seksem – chyba, że dla kogoś seks to tylko łóżko (spokojnie mamy w domu 3 duże w tym 2 zawsze są bez dzieci)…. A że czoła mi nie starczy to uśmiecham się tylko do doradców i odpowiadam, że dziękuję u nas wszystko dobrze. To nam ma być dobrze, to z mężem mam się dogadać, czy odprowadzamy dzieci 6 razy w nocy do ich łóżka czy uznajemy, że widocznie nas potrzebują, czy karmię bo mogę i mam pokarm czy serio moje piersi są mu niezbędne 24h na dobę, czy duszę się w domu i chcę wracać do pracy czy uznaję, że chcę być z dziećmi póki nas stać i póki są mali, czy firma xyz padnie bez mojego jestestwa czy za dwa lata pójdę do abc, czy 3 lata bez składek na fundusz emerytalny szalenie wpłyną na 30 lat ze składkami przede mną (nomen omen czy jeszcze ktoś wierzy, że ZUS nam obecnym 30-latkom da emerytury choćbyśmy worami wozili im dziś tam kasę?). Codziennie wychodzę z domu (no niby z dziećmi) i dla samej siebie robię delikatny makijaż, noszę fajną bieliznę, kupuję od czasu do czasu fajny ciuch i z dumą go noszę na codzień. I jestem szczęśliwa w moim życiu. Bo wiem, że coś już mam (szczęśliwą rodzinę) a wiele przede mną (praca i czas tylko dla siebie). Za priorytet stawiam dogadanie się z mężem, posiadanie wspólnych celów, uszczęśliwienie nas i naszych dzieci. Reszta sama się układa. Wiem, że każdy ma prawo do swoich wyborów, swojego zdania i ma ku temu powody: finansowe, emocjonalne, bytowe. Szanuję tę inność ale nie czuję się gorsza. Pozdrawiam :)

    • Odpowiedz Mania 27 lipca 2017 at 00:40

      No wyjęłaś mi to z ust :)

    • Odpowiedz Sandra 27 lipca 2017 at 07:51

      Najlepszy komentarz!

      • Odpowiedz Buzz 27 lipca 2017 at 11:14

        Zgadzam sie z tym komentarzem, rok macierzynskiego to zdecydowanie za malo, zeby pobyc z dzieckiem tak naprawde. Zdecydowanie jestem przeciwna temu, zeby nasze dzieci wychowywaly inne osoby (zwlaszcza strasznie kiepsko oplacane w zlobkach). Te kilka lat wyjete z zawodowego zyciorysu sa niczym w porownaniu z tym co mozemy dac naszym dzieciom, zeby w pelni rozwinely sie emocjonalnie. Nikt mnie nie przekona, ze roczniak w zlobku to dobry pomysl :( Jasne dorywcza niania, wymienna opieka z inna mama super, wioska wsparcia extra. Calodzienny zlobek NIE. Poza tym mozna sie rozwijac z dzieckiem pod pacha. Mozna tez nie chciec nic robic tylko oddac sie macierzynstwu, bo wczesniej sie spelnialo zawodowo w 100% :)

        • Odpowiedz Maga 27 lipca 2017 at 23:00

          A pomyślcie tylko jak się rozwijają zawodowo sprzedawczynie w biedrze.
          Nie oszukujmy się, większość kobiet pracuje, bo musi, a nie po to żeby się „realizować”.

        • Odpowiedz Kasia 4 października 2017 at 18:34

          Mieszkam w Szwajcarii i tu mamy trzy miesiące macierzyńskiego :( większości krajów europejskich ma 3-6 miesiący macierzyńskiego wiec nie ładnie narzekać na rok !

    • Odpowiedz Agatka 27 lipca 2017 at 09:20

      Dokładnie :) Bardzo trafnie podsumowane. Ja też nie pracuje i jestem z tego szalenie zadowolona! Ba! Uwielbiam tę myśl, że stać mnie na to niepracowanie i że mam wybór. Co więcej mam też koleżanki, które chciałyby być w mojej sytuacji a nie wracać po pół roku macierzyńskiego do pracy tylko i wyłącznie z przyczyn finansowych. Myślenie o zusie i emeryturze to jakiś absurd. Myślenie, że jestem leniem i utrzymanką, bo nie pracuję też. To mój i Mego Męża wybór i oboje jesteśmy w tym szczęśliwi. Nie ma jednej uniwersalnej recepty na szczęście. Ja uważam, że w swoim życiu wygrałam, jak ktoś ma inne zdanie to tylko i wyłącznie jego problem. Tak samo odwrotnie: nie wyobrażasz sobie życia bez pracy? Super, pracuj! Tylko nie mów wszystkim, że też muszą, bo inaczej są gorsi. Niech każdy żyje zgodnie ze swoimi przekonaniami i nie próbuje na siłę uszczęśliwiać innych.

      • Polka Dot
        Odpowiedz Polka Dot 27 lipca 2017 at 10:22

        Agata, chyba źle mnie zrozumiałaś, nigdzie nie napisałam, że te inne wybory są gorsze. Życzę Ci, żeby Twoje decyzje okazały się słuszne, choć ja bałabym się nie mieć własnych pieniędzy i wkładu we wspólny budżet, niezależnie od tego, jak ufam mężowi. Nie tylko dlatego, że różnie się zmieniają losy, ale przede wszystkim ponieważ za 20 lat mogłabym czuć pustkę. Że nic oprócz tych dzieci nie mam, a one poszły w świat…ten wpis był do zastanowienia, a nie uszczęśliwiania na siłę. Nic o leniach tam nie było, nie wkładaj mi proszę w usta nie moich słów. Szanuję wybory kobiet, ale widzę czasem takie, które się w macierzyństwie zatracają i autentycznie smuci mnie to. Nie traktuj tego osobiście, tylko dlatego, że postanowiłaś zajmować się domem. Bądź szczęśliwa!

        • Odpowiedz Agatka 27 lipca 2017 at 10:54

          Nie miałam na myśli, że konkretnie Ty uważasz takie osoby jak ja za lenia i utrzymankę, tylko że taka panuje ogólna opinia. Tak jak pisałam każdy powinien żyć tak jak sam uważa za stosowne. Ja akurat kompletnie nie mam obaw co do posiadania własnych pieniędzy… bo u Nas wszystkie pieniądze są NASZE. Tak było od początku związku, nawet jak jeszcze nie byliśmy małżeństwem. Po prostu taki mamy układ, tak sobie ułożyliśmy Naszą relację. Przy zarobkach mojego Męża moja wypłata była i tak mówiąc szczerze „na waciki”, tak więc nie cierpimy bez tego zastrzyku gotówki. Wiadomo zawsze lepiej mieć więcej niż nie mieć, ale nie jest to na dzień dzisiejszy problem. Gdyby było inaczej na pewno nie pozwoliłabym sobie na niepracowanie.
          Mam babcię, która jest dla mnie przykładem właśnie takiej zatraconej kobiety, którą miałaś na myśli pisząc ten tekst, więc doskonale wiem co miałaś na myśli. Dopóki nie zaczęła rodzić dzieci to pracowała. Potem już nigdy nie wróciła do pracy i teraz żyje tylko dzięki emeryturze, która została jej po dziadku. Bo z jej lat pracy zabrakło kilku miesięcy do wyliczenia kapitału początkowego. Dzieci poszły w świat, mają Ją gdzieś. Czy było warto? Nie sądzę. Czy podjęłaby dziś takie same decyzje? Na pewno nie. I ta historia jest dla mnie przestrogą jak może być. Ale może być też inaczej, bo każdy jest kowalem własnego losu. Tego się trzymam :)
          P.S. Spokojnie, nie czuję się urażona Twoim tekstem :)

          • Buzz 27 lipca 2017 at 11:21

            Ale czemu za 20 lat? Przeciez mozna wrocic do pracy po 2-5 latach i mozna rownoczesnie byc spelniona mama, a potem znowu pracownikiem :) To, ze ktos nie wraca do pracy po roku to nie znaczy, ze nie wroci wcale :/ Polko kazdy ma inne priorytety i w zgranych malzenstwach wspolne pieniadze nie sa zadnym problemem…

      • Odpowiedz Kasia 27 lipca 2017 at 18:00

        A co jak mąż nieoczekiwanie umrze?

        • Odpowiedz Asia 28 lipca 2017 at 16:05

          W mojej rodzinie byl niestety taki przypadek. Wujek wyszedl do pracy i juz nie wrocil- zginal w wypadku. Ciocia zostala z niczym , bo w zyciu nie przepracowala ani jednego dnia, tylko zajmowala sie synem i domem. A mowa tu o ludzich przed piedziesiatka.
          Te wydarzenia daly mi wiele do myslenia i bardzo wplynely na decyzje o szybszym powrocie do pracy po maciezynskim.

    • Odpowiedz Beata 27 lipca 2017 at 09:39

      Dziękuję Ci że to napisałaś ponieważ po tym blogowym wpisie zarobiło mi się nieswojo . A przecież chodzi o to żebyśmy to my były szczęśliwe w tym tworzonym przez sobie świecie. Ps. Ja karmijam 2 lata i 10 m-cy . Pozdrawiam :)

      • Odpowiedz Natalia 27 lipca 2017 at 14:03

        Tak, pieniądze w małżeństwie (zarabiane przez męża) sa „nasze”, dopóki sie nie zaczyna psuć. Niestety, tak to wyglada, panowie sa często zadowoleni z niepracujących żon, bo maja wtedy dom i dzieci ogarnięte, niewiele musza w tym zakresie robić. Gorzej, gdy małżeństwo zaczyna sie sypać, wtedy jest wypominanie, ze tylko on pracował, a ona sobie siedziała w domu i seriale oglądała. Juz sie z racji pracy naoglądałam takich sytuacji. Ale oczywiście każda myśli, ze jej to nie spotka. No jakoś niektóre spotyka. Bardzo niebezpieczne jest nieposiadanie własnego dochodu na dłuższa metę, nawet jeśli to jest dochód na tzw. waciki.

    • Odpowiedz KGIle 27 lipca 2017 at 10:04

      Fryga, szczęściaro! Wiesz co dobre i trzymaj się tego. To NAPRAWDĘ szybko mija (moi mają już 8-11 lat i o matko, jak ja tęsknię do czasów kiedy mieli po „tśi”).

      • Odpowiedz Ola Z. 27 lipca 2017 at 20:19

        Dokładnie 😄 ku przestrodze, dziewczyny trzeba być niezależnym i mieć swoją kasę. Los bywa przewrotny. Dziś jest pięknie i oczywiście może być tak już zawsze, ale czasami zostaje się z ręką w nocniku.

    • Polka Dot
      Odpowiedz Polka Dot 27 lipca 2017 at 10:34

      Bardzo nie chciałam, żeby dziewczyny, które zajmują się domem i dziećmi, czy śpią z nimi, tak to odebrały, szkoda. Nie oceniam, nie pouczam, nie krytykuję, nie uważam Was za przegrane. I myślę sobie, po tym, co napisałaś o swoim życiu, że ten tekst nie jest o Tobie. Zwłaszcza, skoro masz dobre małżeństwo i plany zawodowe. Pracę wymieniłam tylko jako jedną sferę pośród wielu, które niektóre matki zaniedbują. Matka totalna to chyba nie ty, więc nie traktuj moich słów jako krytykę swojego stylu życia. A wielu dziewczynom ten wpis dał do myślenia, otworzył oczy – naprawdę sporo jest takich kobiet, którym trzeba przypomnieć, żeby pomyślały czasem o sobie i o przyszłości. Miłego dnia!

      • Odpowiedz Fryga 27 lipca 2017 at 12:15

        Kochana Polko i chyba dobrze wyszło bo z Twojego wpisu każda weźmie coś dla siebie. Albo coś zmieni, albo się utwierdzi, że jest jej fajnie mimo, że ma inny pogląd. Do końca matką totalną rzeczywiście nie jestem. CHoć przyznaj, że też piszesz o „staniu w rozkroku” co w uproszczeniu każe stać po „jednej stronie barykady”. Najgorzej, że kobiety tak potem chcą i albo czują się jak kury domowe i matki kwoki albo są superwoman bo praca, pasje… gdzie by nie stanęły to jest źle, to mają wyrzuty sumienia bo zewsząd ktoś czegoś oczekuje. Ludzie wbijają im do głowy, że albo mąż albo dzieci, że jak dom to dres, że jak praca to na całego. Nikt nie zawoła: hej! dogadaj się z mężem co dla Was będzie dobre. Czerp z matki kwoki i superwoman to co Tobie odpowiada (choćby to było siedzenie w domu w koronkowych majtkach). Nie musisz wejść w rolę na 100 %, stań po środku i zrób jak Ci wygodnie. To my kobiety sobie to robimy. Żyjemy jutrem, emeryturą, pieniędzmi…. ciągle za czymś gonimy zamiast żyć tu i teraz, cieszyć się tym co mamy… Według mnie przesłanie powinno być takie by wszystko robić w zgodzie ze sobą i porozumieniu z mężem. Bo jak siedzę w domu i zewsząd słyszę, że to źle, że przecież pasje, kariera, własne pieniądze to ktoś mniej asertywny serio zacznie wierzyć, że robi to źle. A jej mogą pasować 4 lata oddechu, czasu dla dzieci (nie, nie poświęcenia), przewartościowania priorytetów, zwolnienia tempa, czasu na rozmowy i kawę z mężem a nie mijanie się w progu i podział obowiązków na lodówce…

    • Odpowiedz anulkaitrojka 27 lipca 2017 at 12:32

      Najpierw pomyślałam..Polka wyjęła mi to z ust……potem pomyślałam Fryga wyjęła mi to z ust…..Zgadzam się z Wami dziewczyny…..choć niby dwa różne poglądy przedstawiacie….ale….wróciłam do pracy po roku…po każdym z trójki dzieci…..karmiłam każde naturalnie…tak długo jak chcieliśmy tego oboje…córeczkę trzyletnią miesiąc temu odstawiłam…..napisałam doktorat……urządzam nasze nowe 120 metrowe mieszkanko…..żałuję, że nie siedziałam dłużej z dziećmi w domu….ale ciesze się że się realizuję……śpię z dziećmi…..mąż pracuje w innej miejscowości i jest na weekendy…seks jest suuuper…..mam więc miksa z Waszych dwóch rzeczywistości i myślę, że większość babeczek tak ma….a z flagą trzeba iść ZAWSZE …dla naszych dzieci…pozdrawiam wszystkie babeczki….

    • Odpowiedz Inga 28 lipca 2017 at 09:45

      Dziewczyny, przecież za okres macierzyńskiego i wychowawczego składki emerytalne się odkładają (inna kwestia czy coś nam się uzbiera..). Nawet naszym mamom należą się z tytułu wyrównania przeliczenia emerytur.

    • Odpowiedz Natka 31 lipca 2017 at 09:08

      Jesteś cudowna!

    • Odpowiedz anulka 31 lipca 2017 at 21:14

      Rok temu wróciłam do pracy bo 6,5 roku SIEDZENIA z dcziecmi w domu. i nigdy przenigdy bym tego nie zmieniła. To ja chciałam wychowywać nasze dzieci a nie obca Pani i podobnie jak u Ciebie dziękuję Bogu ze było nas na to stać. I dokładnie myślę tak jak ty- napracować się jeszcze zdążę a tych chwil z małymi dziećmi nigdy już bym nie odzyskała. Urodziłam, odchowalam, mogłam wracać do pracy gdzie zostałam tak wspabiale przyjęta po takiej długiej nieobecności.
      Acha i do tej pory zdążą się, że nasze 5 i 7 łatki włada włada nocy do naszego łóżka☺

  • Odpowiedz Marzena 26 lipca 2017 at 23:44

    Świetny post Polko i jak najbardziej na czasie u mnie.Zdecydowanie moge powiedziec, ze czuje się przegrana i jakaś nie ogarnieta życiowo.Odkąd urodzilam córkę a bylo to 7 lat temu już, gdzieś pogubilam się i myslalam tylko o dziecku, nie o sobie.Z perspektywy czasu trochę tego żałuję.Tak jak napisałaś Polko początki są piękne, jednak dalej musimy myśleć o sobie, swoich zainteresowaniach, wrocic do pracy itd.A nie zatracac sie tylko w macierzyństwie.Dałaś mi kopa tym postem.Dziękuję i zaczynam myśleć również o sobie, nie tylko o bliskich i domowym ognisku.Przecież my kobiety i nasze potrzeb są rownie ważne.Pozdrawiam serdecznie 😊

    • Polka Dot
      Odpowiedz Polka Dot 27 lipca 2017 at 10:28

      Marzena, nie bądź dla siebie zbyt surowa, nie ma co rozpamiętywać ostatnich lat – rodzina na pewno będzie Ci za nie wdzięczna. Nigdy nie jest za późno, żeby wrócić do swoich potrzeb i marzeń – go girl! 😉

  • Odpowiedz Magda 27 lipca 2017 at 00:24

    Polko, skąd Ty wi4ss

  • Odpowiedz Magda 27 lipca 2017 at 00:37

    Polko, skąd Ty zawsze wiesz co w duszy gra. Niby praca, niby w domu nie jest najgorzej, dziecko chętnie do przedszkola chodzi, ale ja czuję, że mi czegoś brak. Że się duszę, sama ze sobą i z innymi. Teoretycznie jestem silna, nie daję sobie wmówić jak trzeba, bywam wredna jak ktoś próbuje odebrać mi część mojej przestrzeni, ale nadal czuję się jak w jakimś zbiorniku z czymś, co odbiera mi swobodę ruchów. Najgorzej bywa jak nakłada się na to wszystko PMS, wtedy to juz nic nie wydaje mi się sensowne. Próbuje znaleźć przyczynę, w dużej mierze winie za to permanentne zmęczenie. Zanim po pracy ogarnę ten codzienny burdel , naciesze się dzieckiem i na końcu zrobię cos dla siebie(czyt. pomacham nozka z Lewandowska czy wejdę na jakiegoś bloga) jest późno, a budzik i tak dzwoni o 6… chce, żeby w domu bylo w miarę ładnie, żeby rodzina z głodu nie padła i nie jadła byle czego itd- co ja Wam zresztą będę opowiadać. Life od brutal. I kiedy to w końcu chcę zrobić coś tylko dla mnie, paznokcie chociażby to zawsze mam dylemat, bo wiem, że kolejny dzien będę się ratowała kawa. I wiesz co, stwierdzam, że podczas tego odpieluszkowego zapalenia, podczas tej ekstazy pierwszego roku to ja byłam najszczesliwsza w życiu, ale żyć trzeba dalej….jakos…moze do następnego zapalenia. Dzięki za Twoje teksty!

    • Polka Dot
      Odpowiedz Polka Dot 27 lipca 2017 at 10:27

      Magda, znam to, też bym chciała za dużo, ciężko znaleźć równowagę. Może trochę za mało się dzielisz obowiązkami? Może czasem mąż mógłby zrobić obiad i ogarnąć dom, a ty pofikaj nóżką i pomaluj paznokcie przed 22-gą? Nie wiem, jak to tam macie zorganizowane, ale nie da się na dłuższą metę żyć tak, żeby własne potrzeby realizować tylko po nocach, może spróbuj jakoś wynegocjować więcej czasu dla siebie, tak dla higieny psychicznej.

  • Odpowiedz Jola SIDOR 27 lipca 2017 at 00:47

    Ok tak Aga całą prawdą chyba o większości nas kobiet…. A już napeeno i mnie… I wiesz co masz rację…. po trochu być wszystkim…. tylko jak to wszystkobzrobic….. och życie….

  • Odpowiedz Monika 27 lipca 2017 at 08:32

    Dziękuję Ci Polko! Nie wiem jak Ty to robisz, ale jak tu zaglądam do Ciebie, to mam wrażenie że czytam o tym co mi siedzi w głowie. Do niedawna jeszcze macierzyństwo totalne mi nie przeszkadzało. Teraz stoję właśnie w rozkroku, bo chcę ale też trochę się boję przywrócić, ale też wywrócić do góry nogami swoje życie zawodowe. Chciałabym zacząć od nowa, stworzyć w końcu coś swojego, porzucić innych wyobrażenia o mojej pracy. Na razie bardziej w głowie, ale wierzę, że mniejszymi i większymi kroczkami dojdę niedługo do miejsca, w którym powiem, że spełniłam się… we WSZYSTKIM po trochu :)

    • Polka Dot
      Odpowiedz Polka Dot 27 lipca 2017 at 10:23

      Powodzenia, Monika!!! :)

  • Odpowiedz Aniaosa 27 lipca 2017 at 09:11

    Ja troszkę wróciłam do pasji, która jest moim drugim zawodem… ale jeszcze za każdym razem boli serce jak wychodzę a mój dwulatek placze żebym została. No i muszę odbudować relacje z mężem. To mój grzech. Zatraciłam się w moim macierzyństwie. Świetny tekst. Daje do myślenia 😊

    • Polka Dot
      Odpowiedz Polka Dot 27 lipca 2017 at 10:23

      Powodzenia w takim razie, niech Wam się układa!

  • Odpowiedz Gracja 27 lipca 2017 at 09:38

    W punkt! Wydrukuje i będę rozdawać!!! Opublikuje, wydam, nie wiem co jeszcze 😉 tekst na miarę nagrody!!! Brawo! Podpisuję się obiema rękami 😊
    za to co ciekawe czytając, pierwszy raz zachciało mi się tak bardzo drugiego dziecka… 😉 mimo że pierwsze ma już 7 lat. 😍 dzięki 😉

  • Odpowiedz Beata 27 lipca 2017 at 10:27

    W punkt. Świetnie napisane. Pozdrawiam.

  • Odpowiedz Marta 27 lipca 2017 at 13:42

    Czytam zawsze z wielką przyjemnością, zdjęcia podziwiam, przepisy zachowuje w głowie jako te do koniecznego przetestowania, nie komentuję, ale dzisiaj chcę Ci powiedzieć, że fajna i mądra z Ciebie kobieta. Pozdrawiam

  • Odpowiedz Anul 27 lipca 2017 at 16:46

    Bardzo dobrze, że napisałaś ten post. Akurat mnie on przekonuje w 100%. Ja uważam, że dziewczyny, które mają satysfakcjonujące życie zawodowe i plany na przyszłość przynajmniej w tym zakresie nie pozwalają sobie na kilka lat tylko z dziećmi. I nie chodzi o to, że to jest coś złego siedzieć z dziećmi przez kilka, czy nawet kilkanaście lat. Broń Boże! To przecież indywidualny wybór każdej osoby i nikomu nic do tego. Jednak nigdy bym nie doradzała tego swojej córce – chcę żeby liczyła na siebie, była niezależna i silna.
    Mam wiele koleżanek, które nie pracują, ale akurat tak się składa, że żadna z nich nie ma planów zawodowych, tzw. pomysłu na siebie twierdzą, że po prostu nie opłaca się im zarabiać „na opiekunkę”. Nie potępiam (w końcu nadal się przyjaźnimy/kumplujemy), ale i nie przyklaskuję z entuzjazmem ‚hej super robisz!’… A uwierzcie – one z kolei uważają, że jestem „biedna”, że zasuwam na tych wszystkich polach i nie mam czasu na kawkę w południe. Praca zawodowa to jednak moja niezależność.
    Aha i być może chodzi też o to, że moja mama też dużo pracowała zawodowo i nie mogę sobie przypomnieć, żebym miała problem z tym, że mamy nie ma w domu non stop, że miałam nianie a potem chodziłam z kluczem… Zawsze za to byłam dumna, że moja mama jest cenionym specjalistą. Chciałabym i ja dawać moim dzieciom przykład jako spełniona zawodowo i prywatnie kobieta, do końca aktywna i uśmiechnięta. To ważniejsze moim zdaniem!

  • Odpowiedz Quembec - lifestyle po włosku 27 lipca 2017 at 18:27

    A moim zdaniem nie wszystko musi się w życiu zwracać. Podejrzewam, że mało osób traktuje dzieci jako inwestycję i decyduje się na macierzyństwo po to, żeby ktoś się nimi na starość zajmował. Jasne, jest mnóstwo przypadków, w których matki wypominają po latach „ja to dla Ciebie wszystko robiłam, z pracy zrezygnowałam, a Ty teraz taki niewdzięczny jesteś”. I faktycznie przykro, jeśli ktoś „poświęca” się zajmowaniu domem czy dziećmi. Pamiętajmy jednak, że są osoby (jak ja), dla których zajmowanie się domem to żadne poświęcenie. To coś, co sprawia mi ogromną przyjemność. To możliwość tworzenia domowego ogniska. To spędzanie czasu z najbliższymi. I wreszcie: dom to miejsce, w którym mogę się rozwijać, także intelektualnie. I mówię otwarcie o tym, że wcale nie marzy mi się robienie kariery. A jak już powiększymy rodzinę, to chciałabym być matką na pełen etat. A jeśli to dziecko później się ode mnie odwróci? No cóż, wszyskto się może w życiu zdarzyć, karierę też można dość łatwo zrujnować. Mam nadzieję, że w takim przypadku nie będę jednak myślała o zmarnowanych latach, tylko wspominała dobre chwile spędzone w domowej atmosferze. Ale jak już mówiłam, jeszcze nie mam dziecka, może się przecież okazać, że będę przemęczona i nagle zamarzy mi się robienie kariery. Dlatego nie chcę krytykować nikogo – ani gospodyń domowych, ani osób robiących karierę. Najważniejsze, żeby każdy żył tak, jak lubi. Bez presji społeczeństwa.

  • Odpowiedz Sylwia 28 lipca 2017 at 12:44

    Dziewczyny, czy naprawdę myślicie, że Polka o tych przyziemnych sprawach tutaj pisze? Każdy tylko czubek własnego nosa widzi? Doczytajcie do końca… ,,Gdy stoję z flagą pod budynkiem sądu (…)”.
    Pozdrawiam – matka trojga, karmiąca piersią do trzeciego roku życia, pracująca urzędniczka z makijażem i pomalowanymi paznokciami, działaczka w fundacji, uprawiająca udany seks z tym samym mężem od 21 lat częściej niż średnia krajowa…

  • Odpowiedz m 29 lipca 2017 at 00:34

    Ja się wypowiem zza drugiej strony lustra… nie mam jeszcze dzieci, a marzę o nich od kiedy pamiętam. Piszesz, że po urodzeniu dziecka trzeba pozbierać siebie na nowo, ja szczerze mówiąc próbuję się pozbierać do ‚kupy’ teraz i tak ‚kupa’ rozwala się coraz bardziej im dłużej czekam na dziecko… Zawsze o siebie dbałam i staram się nadal, ale czasem wisi mi to już bo nie wiem co i jak, i jak będzie kiedy, i po co, dla kogo ? Też straciłam wszystkie koleżanki i przyjaciółki, choć może to nie tylko moja wina, one tez się zmieniły ( wybrały psa zamiast dziecka, bo partnerowi się nie śpieszy) i siedzę sama i myślę o tym jak to jest iść z dzieckiem na spacer do parku, kupić mu loda i wieczorem zaśpiewać kołysankę. Masz wielkie szczęście, że jesteś mamą… ja nie jestem… i tez często jestem w rozkroku, nie jestem idealną narzeczoną, ani przyjaciółką i w domu w dresie chodzę z ‚fifołem’ na głowie i bez makijażu, więc wydaje mi się że to nie dzieci odbierają nam tożsamość, to my same sobie to robimy :/

    • Polka Dot
      Odpowiedz Polka Dot 31 lipca 2017 at 10:34

      Przykro mi to czytać, domyślam się, że to musi być trudne. Doceniam moje szczęście, naprawdę, jednak pamiętam, że to, co dzieje się w głowie na początku macierzyństwa jest skomplikowane. I nie myślę, że dzieci odbierają tożsamość, ale kompletnie ją zmieniają i to bywa trudny proces – porządkowanie tych wszystkich życiowych ról na nowo. Próby upychania wszystkich życiowych ról nie zawsze się udają po prostu.

    • Odpowiedz Lorka 31 lipca 2017 at 12:19

      tak kochane same sobie to robimy:) tylko te z dziecmi mają na kogo zwalić! sciskam cie mocno!

      • Polka Dot
        Odpowiedz Polka Dot 31 lipca 2017 at 14:55

        Nie bardzo wiem, jak można mieć świat przysłonięty dziećmi, kiedy się ich nie ma. Co sobie robimy konkretnie? Bo ja pisałam właśnie o za dużym skupieniu się na macierzyństwie, a to, jak wiadomo, bez dzieci nie istnieje. Nie bardzo wiem też, jak można „zwalić” na kogokolwiek innego fakt, że po narodzinach dziecka zmienia się nam tożsamość. Nie kumam, serio.

        • Odpowiedz Lorka 3 sierpnia 2017 at 21:56

          „Masz wielkie szczęście, że jesteś mamą… ja nie jestem… i tez często jestem w rozkroku, nie jestem idealną narzeczoną, ani przyjaciółką i w domu w dresie chodzę z ‚fifołem’ na głowie i bez makijażu, więc wydaje mi się że to nie dzieci odbierają nam tożsamość, to my same sobie to robimy :/”

          odpowiedziałam do M
          nie trzeba dziecka.. by zatracic siebie zgorzkniec i stac sie stara zrzedzącą staruszką…. zycie nie jest czarno białe. I nie ma jednego slusznegoscenariusza. Grzebiemy siebie z wielu różnych powodów..dzieci to tylko kawałek układanki… ale rzeczywiscie sa swietną wymówką..

  • Odpowiedz Pimposhka 29 lipca 2017 at 09:44

    To chyba najlepszy post jaki napisałaś na blogu i jest on dla mnie niezmiernie ważny! Bardzo Ci za niego dziękuję. Mam też wrażenie, że te z odpieluszkowym zapaleniem mózgu po prostu go nie zrozumiały.

  • Odpowiedz Lorka 31 lipca 2017 at 12:18

    A ja mysle ,ze na wszystko jest czas..

    nasze matki i babki niestety nie mialy za bardzo wyboru.. wtlaczane w oczekiwania spoleczne..nie mialy wtedy netu i literetury takiej jak my mamy.. nie mialy takiej swiadomosci… wiec wszystkie praktycznie szly droga pieluch czy im sie to podobalo czy nie… męczyly sie z jednym mezem, bo przezeciez rozwod nie wchodzil w rachubę… wiec grzebały siebie za zycia.. nikt im nie pokazał ,ze mozna inaczej.. frustracje wylewając na synowe, inne mlode kobiety…
    czytalas tancząca z wilkami? tam jest właśnie jeden fajny cytat
    „W Życiu każdej kobiety, najczęściej w średnim wieku, przychodzi czas, gdy musi ona dokonać wyboru co do dalszego życia – czy być zgorzkniałą , czy nie. Zbliżając się do czterdziestki, lub nieco później, kobiety bywają rozczarowane życiem. Dochodzą do punktu,gdy przelewa się czara goryczy, kiedy mają wszystkiego dość, czują się zawiedzione i niespełnione. Marzenia młodości prawdopodobnie legły w gruzach. Mają za sobą złamane serca, rozbite małżeństwa, niedotrzymane obietnice.
    Każdy organizm w ciągu długiego życia gromadzi zbędne toksyczne substancje. Nie można tego uniknąć. Ale jeśli kobieta zamiast zasklepiać się w goryczy, powróci do naturalnych instynktów, to odżyje i narodzi się na nowo”
    Biegnąca z wilkami C.P. Estes

  • Odpowiedz Patrycja 1 sierpnia 2017 at 14:33

    Ja myślę, ze najgorzej to sobie my kobiety robimy nawzajem, ciągle krytykujac inne , albo opowiadając jakie to cudowne zycie wiedziemy nawet jeśli tak nie jest wpedzamy kolezanki w kompleksy… jestem mamą od 3 miesięcy, doskonałe wiem jak ciężko było mi poukładać sobie w głowie to że jestem mamą i zaakceptować fakt, że moja osoba będzie teraz oceniana na postawie tego ile spi moje dziecko, czy kamie piersią i jak wygladam po ciąży. A jak jest teraz gdy jakiś czas minął? Gdy zostawiłam dziecko na całą noc z mężem i bawiłam się na panienskim kolezanki słyszałam od innych „jak super że z nami jesteś, podziwiam, ale ja to przez pierwsze pół roku nie zostawiłam dziecka”. Jakoś nastrój imprezowy szybko się ulatnial :( co do pracy, całe życie mama powtarzała mi żebym była niezależna, ale dziś myślę tylko o tym co zrobić żeby móc pracować z domu, żeby moje dziecko miało ciepły dom i domowe ciasto i mamę w tym domu.nie twierdzę, ze zawód blogerki nie jest ciężki ale jednak jesteś w domu, jednak Twoja córka nie chodziła do żłobka i trochę to inna perspektywa patrzenia niż kobiet które siedzą 8h w biurze do którego jeżdżą i wracają godzinę… no mi pracując na etacie i bez dziecka brakowało czasu dla męża, domu i siebie..

    • Polka Dot
      Odpowiedz Polka Dot 1 sierpnia 2017 at 21:53

      Oczywiście, że jest mi łatwiej, niż gdybym pracowała na etacie, właśnie po to walczyłam o to, by móc w ten sposób pracować. Ale zwróć uwagę, że do tego zachęcam – żeby szukać własnej drogi, niekoniecznie full time. Byłam tam, przerabiałam ośmiogodzinny dzień pracy i dalekie dojazdy już jako matka i nie wmawiam nikomu, że to najszczęśliwsze rozwiązanie. Mnie osobiście doprowadziło do życiowego kryzysu. Poza tym niepotrzebnie skupiacie się na tym fragmencie tekstu, mam wrażenie, że niektórzy poczuli się osobiście dotknięci, podczas gdy tylko sugeruję, by dbać o inne aspekty swojego życia, inne role i relacje.

  • Odpowiedz I 8 sierpnia 2017 at 08:20

    Myślę, że to złożony proces. Dlaczego jesteśmy takimi matkami totalnymi.
    Za każdym naszym wyborem stoi jakaś przyczyna. Aktualnie jestem na etapie odkrywania tego.
    Chcemy dać dziecku coś, czego może sami kiedyś nie mieliśmy???
    Często zastanawiam się jakie wspomnienia będzie miał mój syn o mnie. Jaki obraz z dzieciństwa.
    Ostatnio szykowałam coś w kuchni. On z zielonego trawnika przed domem pomachał mi. Pomyślałam, że chciałabym, aby kiedyś to było jego wspomnienie.
    Dziękuję mężowi, że mam taką możliwość aby być z dzieckiem w domu.
    Już prawie 6 lat.
    Nie ma złotego środka i trafnej recepty jak wiele funkcji naszych życiowych połączyć.
    Tobie, Droga autorko, wydaje się, że robisz to dobrze. Nikt z nas nie wie jakie przyniesie to plony w przyszłości. Zarówno u mnie jak i u Ciebie.
    Każdy jest inny. Ma inną sytuację życiową.
    Nie wyobrażam sobie aby wrócić na etat.
    Pracować do 18. Wtedy opiekunka przez 9 godzin dziennie byłaby z moim maluchem.
    Nie chcę aby to było wspomnieniem mojego syna. Obca kobieta.
    Myślę, że blogujące mamy za bardzo oceniają i piszą z własnej perspektywy.
    Oczywiście to Wasze święte prawo.
    Czasami jednak warto rozejrzeć się dookoła i pewne decyzje innych ludzi bardziej zrozumieć.
    „Pustkę, że nic oprócz tych dzieci nie mam”
    Nigdy przenigdy nie chciałabym aby moja mama tak powiedziała.
    Nigdy też nie powiem tak synowi.

    • Polka Dot
      Odpowiedz Polka Dot 8 sierpnia 2017 at 09:18

      Szanuję Twóje wybory i Twój punkt widzenia, ale zaczynam być autentycznie zmęczona tym nieporozumieniem – nigdzie nikogo nie namawiałam na pracę na etacie, wiem, jakie to trudne nawet przy jednym dziecku. Ja piszę o szeroko pojętej aktywności, rozwoju, o ciekawości świata poza macierzyństwem i gotowości do zajmowania się innymi ludźmi i sprawami. Tu chodzi o pewną postawę, mentalny styl macierzyństwa, a wyście się trochę uczepiły tego wątku (nie)pracowania. Ale nie wciągniecie mnie w konflikt, bo ja nie zasilam żadnego z tych obozów. Dla każdej matki, rodziny dobre jest inne rozwiązanie, ja tylko namawiam, by mieć poza dzieckiem jeszcze inne sprawy w życiu – szkoda, że to główne przesłanie gdzieś umknęło.

      • Odpowiedz I 8 sierpnia 2017 at 10:48

        „To i tak więcej niż te, które całe życie poświęciły zajmowaniu się domem – one nie mają nawet głodowej emerytury. Nie mają przyjaciół, zainteresowań, doświadczeń, osiągnięć czy wspomnień innych niż cztery ściany, gary i stosy prania.”

        Ty Naprawdę tak uważasz.
        Znasz takie kobiety?
        Bo ja nie.
        A może skoro znasz to oceniasz pochopnie. Może jednak mają przyjaciół i zainteresowania. Może nie pokazują tego tak jak teraz wszyscy na instagramie i Facebooku.
        Napisałam komentarz pod wpływem emocji. Ponieważ w naszym społeczeństwie utarło się.
        Jestem z dzieckiem w domu = gary, stosy prania.
        Naprawdę to bardzo przykre i niesprawiedliwe.
        Myślę, że oceniasz nawet te staruszki zbyt pochopnie. Kierujesz się stereotypami nie wnikając.

        „Czy warto rezygnować na wiele lat z pracy, nawet kiedy jedna pensja wystarcza? ”
        Warto.
        Dla niektórych nie.
        Dla mnie bardzo warto.

        „Czy nie lepiej na pół etatu, z domu albo jakoś inaczej – elastycznie, po swojemu? Czy warto zatrzymywać swój rozwój na dłużej niż ten macierzyński i nie szukać nowych kierunków rozwoju? Czy warto życie towarzyskie ograniczyć do pobliskiej piaskownicy? Czy warto odciąć się od świata i ulokować całą swoją energię w jednej aktywności?”

        O kim piszesz, że zatrzymały swój rozwój ? Że odcięły się od świata? Że ograniczyły się do piaskownicy.
        Czy noe o matkach, które są w domu z dzieckiem ???
        Być może źle rozumiem?

        Z jednej strony społeczeństwo chce pięknej szlachetnej młodzieży. Pietnuje rodziców, że nie wychowali dzieci tylko skupili się na karierze.
        Z drugiej strony zauważam jakiś dziwny trend nawoływania do nieskupiania się nad dzieckiem.
        I juz nawet nie piszę tutaj o Tobie i Twoim wpisie.
        Zewsząd widzę. Weekend bez dzieci. Wakacje bez dzieci. Praca, bo w domu to pranie i gary. Samorealizacja. Warsztaty jogi. Warsztaty srakie i owakie.
        A naszym dzieciom potrzebna jest zwykła mama, która najnormalniej w świecie poda im obiad. Niekoniecznie uwiecznionuwieczniony na instagramie. Koniecznie w misce koloru miętowego.
        Zapędził sie ten świat bardzo.
        Każda z nas sama wybiera czy warto.

  • Odpowiedz I 8 sierpnia 2017 at 11:25

    I ja absolutnie nie chcę wciągnąć Cię w jakiś konflikt.
    Zauważyłam, że jak ma się odmienne soje zdanie lub krytykuje się autora to uważane jest to sprawę konfliktową.
    Ty namawiasz do życia innego poza macierzyństwem. Ja natomiast uważam, że dziś właśnie za dużo ludzi żyje wszystkim innym ale nie macierzyństwem. Rodzicielstwem. Bo ojców to również dotyczy.
    A pracownia/ niepracowania się uczepiłam ponieważ kilka razy w tekście poruszasz to.
    Główne przesłanie poruszasz w komentarzach. Natomiast w tekście jest przynajmniej jedno odwołanie do „tych które poświęciły całe życie”
    Dlaczego w ogóle nazywasz to poświęceniem.
    Dla wielu jest to cel. Dziecko nie jest inwestycją. Dla wielu naprawdę WARTO.
    Nie rozumiem słów o inwestycji, nagrodzie za poświęcone najlepsze lata.
    Czy nagrodą nie jest właśnie sam fakt posiadania dziecka ?

  • Odpowiedz Marta Naturalna 11 sierpnia 2017 at 13:53

    Sama nie mam dzieci, ale obserwując to co dzieje się z częścią kobiet w tym kraju, które wszystko tłumaczą dziećmi jestem trochę przerażona. Tym, że zatracają swoją kobiecość, że nie chce im się chcieć. Zgadzam się z Twoim zdaniem i mam nadzieję, że kiedy sama zostanę mamą uda mi się zachować zdrowy balans między kobiecymi tożsamościami. Pozdrawiam!

  • Odpowiedz Pimposhka 11 sierpnia 2017 at 16:00

    Jak już pisałam wcześniej Polka napisała fantastyczny post! Ale teraz chciałabym sie ustosunkować do komentarzy tych wszystkich profesjonalnych matek i gospodyn domowych, które poczuły się tym tekstem urażone. Drogie Panie, nie wiem czy wiecie (może obiło Wam się o uszy) ale urlop macierzynski i wychowawczy można dzielić razem z ojcem Waszych dzieci. W Waszych wypowiedziach brakuje mi ojców. Owszem są mężowie, głównie przedstawiani jako zarabiacze pieniędzy, ojców nie ma. Dziękujecie mężowi, że dzięki jego ciężkiej pracy Wy możecie zostać w domu z dzieckiem. A co to oznacza dla nich? Nie wiem, może są wśród Was szczęściary, których mąż pracuje jako jakiś tam urzędnik, wychodzi z pracy o 15:30 i nic go więcej nie obchodzi. Ma wtedy sporo czasu dla dzieci. Częściej jednak praca w życiu takiej głowy rodziny zajmuje więcej czasu niż ustawa przewiduje bo przecież trzeba utrzymać całą rodzinę. Ostatnio dużo czasu spędziłam w mojej rodzinnej miejscowości nad morzem i naoglądałam się rodzin na wakacjach, gdzie ojciec z całą rodziną przy stole w restauracji załatwia jakieś służbowe sprawy przez komórkę. Nie chcę aby ojciec moich dzieci cały czas się martwił co to będzie, bo w firmie szykują się zwolnienia a on jest jedynym żywicielem rodziny (albo, że biznes właśnie trochę zwolnił). Nie chcę aby ojciec moich dzieci widywał je tylko podczas wieczornej kąpieli i czytania bajki na dobranoc oraz w wekenedy, kiedy oprócz czasu spędzonego z dziećmi trzeba skosić trawę, zabrać samochód na przegląd, naprawić cieknący kran itd.
    Dlatego ja ‚robiłam karierę’ przed urodzeniem dzieci i teraz nie zarabiam ‚na waciki’ ani nie pracuję na kasie w Biedronce. Dlatego teraz, ja wracam do pracy aby mój mąż (zarabiamy tyle samo) mógł poznać smak tacierzynstwa jaki nie jest dany Waszym mężom. Cieszy mnie, ze mam możliwość podarowania mu tych kilku miesięcy tylko z dzieckiem.

  • Odpowiedz Natalia 87 19 sierpnia 2017 at 22:30

    Ile ja bym dała, żeby „zapaść” na tę chorobę…

  • Zostaw coś po sobie