251
Jak żyć

słomiane wdowy i inne siłaczki

Pytacie czasem – jak ja to ogarniam? Jak sobie poradzić, kiedy człowiek zostaje sam na polu walki, bo mąż często wyjeżdża? Otóż – nie jestem pewna, czy wypada mi się na ten temat zasadniczo wymądrzać, ponieważ mimo czteroletniego stażu w charakterze okresowej słomianej wdowy, wciąż mam poczucie, jakobym nie ogarniała jednak bardziej niż dawała sobie jakoś wybitnie radę. Z jednej strony – ciężko mi przyznać, że jestem zuch, bo czuję, jak daleko mi do ideału (choć obiektywnie rzecz biorąc pewnie daję, skoro nadal wszyscy żywi i nasz świat się jakoś dotąd nie zawalił). Z drugiej, często czuję niezrozumienie, kiedy zdarzy mi się powiedzieć złe słowo na swój los.

ETOS SIŁACZKI

Jest taki typ kobiety, poznałam ich nawet kilka osobiście (choć większość to postaci fikcyjne, występujące w baśniach i legendach), które (twierdzą, że) ze wszystkim dają sobie radę same. Siłaczki, heroiny, które wszystko udźwigną, zawsze sobie poradzą. Dwoje dzieci porozwożą po szkołach, przedszkolach, by z niemowlęciem na rękach ogarnąć cały dom, ugotować obiad, wymienić opony w samochodzie, po południu zabiorą całą trójkę na basen i warsztaty kreatywne, a wieczorem, po nakarmieniu, wykąpaniu, wspólnym odrobieniu lekcji i uśpieniu jeszcze wykafelkują łazienkę. Ja takim kobietom serdecznie gratuluję i z miejsca zapytuję, u jakiego dealera się zaopatrują. Takie kobiety podaje się zawsze za przykład innym, tym mniej rozgarniętym. Kiedykolwiek zdarzyło mi się w chwili zmęczenia ponarzekać na swój los, zawsze znalazł się ktoś życzliwy, ktoś miał mamę/kuzynkę/koleżankę, której mąż wyjeżdżał na pół roku, a ona w tym czasie pracowała na dwa etaty i zajmowała się trójką dzieci. Z uśmiechem na ustach – to ważne. Bo nam narzekać nie wypada, matki (Polki) muszą być silne i dzielne, a nie mazgać się, że zmęczone.  A kto nie jest zmęczony w dzisiejszych czasach? – ten argument zabija mnie zawsze swoją prostotą. Etos siłaczki w naszej kulturze ma się świetnie. Przywoływanie go ma zamknąć usta niezadowolonym ze swojego położenia kobietom. Położna źle potraktowała Cię na porodówce? Kolegi babcia wszystkie dzieci rodziła w polu, opuszczała kiecę i szła dalej na wykopki. Jesteś wykończona opieką nad wymagającym niemowlęciem? Cioteczna siostra stryja miała bliźniaki z kolkami i nie narzekała (a pamiętajmy, że w tamtych czasach nie było wszak podgrzewaczy do mleka ani jednorazowych pieluch). Ciężko Ci trzeci tydzień samej z dwójką dzieci? Moją koleżankę mąż zostawił w drugiej ciąży, wyobraź sobie, jak jej było ciężko z niemowlakiem i drugim dzieckiem, twój przecież zaraz wróci.

 NIE OBCHODZI MNIE ŻADNA KUZYNKA

Ja siłaczką bynajmniej nie jestem, ani zostać nie planuję. Nie wdziewam też szat cierpiętnicy, świadoma, że nasze życie nie wygląda najgorzej, a tych wyjazdów nie ma wcale jakoś dramatycznie dużo. Ale czy naprawdę, zawsze po całodniowej obsłudze dzieci, po znoszeniu ich humorów, jęków i ucieczek, kiedy robi mi się niedobrze na myśl o praniu i zmywaniu garów w ciszy samotnego wieczora, mam obowiązek myśleć o czyjejś heroicznej babci czy innej dzielnej koleżance? Ja wtedy myślę o tym, że nie mam do kogo gęby otworzyć, nie mam z kim podzielić się robotą, nie ma kto mnie zastąpić, kiedy kończy mi się cierpliwość. Czuję się wymemłana i zapuszczona, bo nie starcza mi już czasu na paznokcie i ceregiele, rano upinam niedbale włosy, wciągam trzeci raz te same dżinsy i zaczynam kolejny dzień, w którym nikt za mnie nie zrobi dzieciom śniadania, nikt nie ogarnie porannej kupy, nie posprząta, nie wniesie siat do mieszkania. W czasie, kiedy proste czynności stają się problemem, nie obchodzi mnie niczyja kuzynka (o której i tak wiem, że na pewno nie raz płakała w poduszkę). To ja biegam z torbami pełnymi zakupów za uciekającym dzieckiem, to ja muszę pracować w nocy, bo nie starcza mi dnia na wszystkie obowiązki. Czy oczekuję litości? W życiu. Uznania? Bynajmniej. Zrozumienia? Owszem.

 STRAŻNICY DAWNEGO ŁADU

Bo ja rozumiem opowiadaczy tych mitów, pielęgnujących etos siłaczki. Obrońców dawnego ładu, idealizujących umęczone Matki Polki. Rozumiem i współczuję im, bo nie mają pojęcia o równości. Ja wiem, dlaczego mi ciężko, gdy zostaję sama, czemu frustruje mnie brak wsparcia w domowych obowiązkach i codzienne kąpanie dzieci. Domyślacie się już? Tak, ponieważ na co dzień dzielimy tę pracę na dwoje. Ponieważ doświadczam w swoim domu partnerstwa i równości. Gdyż zazwyczaj mogę – jak dziś – kończyć tę swoją pisaninę, podczas gdy ojciec kąpie dzieci.

Nie zgadzam się na nazywanie nas marudami, miękkimi fajami, słabeuszami. Nas – kobiety, które twierdzą, że jest im czasem za ciężko, bo nie mogą w tej codzienności wyrwać czasu na własne potrzeby albo frustruje je nierówność. Nie zgadzam się na stawianie pomników tym, które zmarnowały swoje życie na służbę innym, nie mając w nim niczego dla siebie, żadnego spełnienia, zdrowego egoizmu, samorealizacji.  Należy im się szacunek, ale nie podziw – to po prostu ofiary wrobienia pokoleń kobiet w poświęcanie się dla domu i dzieci. Nie pozwalam na ośmieszanie kobiecego zmęczenia argumentami o babkach w polu i ciotkach na dwóch etatach. Bo ja im, tym ciotkom i babkom, serdecznie współczuję, ale nie zamierzam żyć tak jak one, w ciszy nieść swego krzyża, bo taki nasz los kobiecy. Bo nie wolno się skarżyć, trzeba zasuwać bez wytchnienia i zapomnieć o sobie. Otóż – taki nie musi być los kobiecy. A kiedy bywa, bo mąż wyjechał, mam prawo czuć się zmęczona. Obowiązki domowe i ogarnianie dwójki dzieci to ciężka harówa, nikt mi nie wmówi, że jest inaczej. Połączona z pracą zawodową potrafi wykończyć. Nie chcę słuchać kolejnych świetnych przykładów i dobrych rad o organizacji czasu. Nienawidzę deprecjonowania moich uczuć i umniejszania moich zasług, „bo inni mają gorzej”. I nie – nie chodzi mi o zgrywanie udręczonej, choć tak – minione dwa tygodnie były ciężkie. Już nie są i jest dobrze. Ale taka mnie naszła w tym czasie refleksja, bo poczułam znów na własnej skórze, że nie wypada kobiecie być zmęczoną. Bo śmiem mieć potrzeby. Bo mam odwagę przeciwstawić się etosowi siłaczki i mitowi Matki Polki.

I POLKA, I MATKA, LECZ NIE MATKA POLKA

Nie, to nie lenistwo. To świadomość swoich praw i własnej wartości, która w naszym pokoleniu rozpanoszyła się na dobre, generując całe tabuny „słabeuszek”, czujących, że z ich życiem jest coś nie tak, jeśli co wieczór padają na twarz ze zmęczenia i od pół roku nie mają siły skończyć książki. Kiedy więc jeszcze raz usłyszę podobne historie, bez wahania powiem – sam(a) idź sobie rodzić w pole, sam(a) nie narzekaj, idź sobie kafelkuj łazienki z niemowlakiem na plecach. Mamy XXI wiek i ja nie muszę zarżnąć się na śmierć z nadmiaru obowiązków. Zamierzam szczęśliwie korzystać z osiągnięcia cywilizacji, jakim jest związek partnerski i facet, który rozwiesza pranie. Nie dajmy więc sobie wmówić, że z nami jest coś nie tak, jeśli czujemy wewnętrzny sprzeciw wobec nadmiaru obowiązków. Nawet najbardziej okrutne dyktatury mają rzesze zażartych zwolenników. Jeszcze żadna zmiana społeczna nie odbyła się bez oporu tych, którzy wolą, żeby świat się nie zmieniał. Pamiętaj, że gdyby wygrali, dziś nie mogłybyśmy chodzić do szkoły.

251

 

Poprzedni wpis Następny wpis

Mogą Ci się spodobać

47 Komentarze

  • Odpowiedz Ania 17 sierpnia 2016 at 21:12

    Polać jej wina! Dobrze mówi!

  • Odpowiedz Alicja 17 sierpnia 2016 at 21:24

    Rzadko wypowiadam się w komentarzach i zazwyczaj zgadzam się z Twoim punktem widzenia jednak stwierdzenie „zmarnowały swoje życie na służbę innym” jest niesprawiedliwe a przynajmniej nie obiektywne. Trzeba wziąć pod uwagę kobiety, które uwielbiają być matkami, uwielbiają „marnować” swoje życie dla rodziny na gotowaniu pieczeniu zajmowaniu się dziećmi a malowanie paznokci ich po prostu nie kręci.
    Nie twierdzę, że należy stawiać im pomniki, ale nie pisz, że kobiety, które spełniają się jako matki/żony i na prawdę to uwielbiają – marnują swoje życie. Idąc takim tokiem myślenia możemy uznać, że każda matka zmarnowała życie bo w pewnym odcinku życia musiała je poświęcić dziecku i to była w większości ich świadoma decyzja.
    To takie moje zdanie :)
    Pozdrawiam Cię i życzę dużo siły!

    • Polka Dot
      Odpowiedz Polka Dot 17 sierpnia 2016 at 21:42

      te, które uwielbiają, nie marnują, to nie o nich 😉

    • Odpowiedz sabba 17 sierpnia 2016 at 22:21

      nie, nie zgadzam sie z Tbaa Alicja. nie ma kogos kto by to wszystko uwielbial, to zmeczenie, to poswiecenie. Bo nie bedzie to docenione, na bank, nigdy. bo bedzie to traktowane za cos oczywistego. i nie wierze ze te co z zacieciem matkowym, z zacieciem do poswiecen ani razu nie plakaly w poduszke i chcialy choc lekkiej zmiany i choc troche innego bytu. nie wierze i juz. poswiecenie owszem, ale nie wyzysk. umilowanie zycia rodzinnego owszem, ale nie kosztem wlasnego zycia. to NIKOMU na dobre nie wychdozi, ani poswiecajacej sie ani obiektu dla ktorego sie to czyni.

  • Odpowiedz anka z whitestoku 17 sierpnia 2016 at 21:27

    Albo wódki nawet! :)

    • Odpowiedz Alili 18 sierpnia 2016 at 12:23

      Prawda. Zwłaszcza, że gdy dzieci wyfruną z gniazda, zostaną z tym same, bez pasji ( bo nie miały czasu aby je rozwijać). Bez znajomych ( bo nie miały czasu na pielęgnowanie przyjaźni) Trzeba mieć umiar i zdrowy rozsądek we wszystkim, a przede wszystkim musimy być po trosze egoistkami, bo kto się nami zajmie, jeśli nie my same???

      • Odpowiedz Kasia 23 sierpnia 2016 at 23:42

        Ja to jeszcze patrze ze strony, że nasze dzieci uczą się patrząc na nas. Nie chce, żeby moja córka była matką polka, a kto jak nie ja nauczy ją „egoizmu” :) !

  • Odpowiedz Anita 17 sierpnia 2016 at 21:34

    Widzę, że walczymy z tym samym. Najgorsze są mamy i babki, które za niepodanie mężowi obiadu po przekroczeniu progu rugają, bo przecież jak to- Pan wrócił, z pracy…. a ja skąd wróciłam pytam…? potem zaczyna się opowieść o lenistwie, a tym, że kiedyś to kilkoro dzieci, pole- wszystkie znamy te historie. Ale coraz częściej rozmowy z koleżankami mają wydźwięk jak w Twoim artykule, więc chyba coś się zmienia. Mam nadzieję, że nasze córki nie będą już oceniane przez pryzmat „matki polki”!

    • Odpowiedz Kempina 18 sierpnia 2016 at 12:48

      Kurde, jak mnie irytują te gadki o polu, krowach i kurach. Prawda jest taka, że owszem, kobiety szły w pole pracować, ale nie cały rok 8 h dziennie, tylko w sezonie. Przy krowach i kurach też całymi dniami i nocami nie przesiadywały, a przede wszystkim praktycznie nie zajmowały się przy tym dziećmi! Dzieci bawiły się same lub ewentualnie doglądało starsze rodzeństwo, kuzynostwo albo babcia lub ciocia. Wszystkie prace, obowiązki i kłopoty dzieliło się z wielopokoleniową rodziną lub wiejską społecznością i nie było mowy, żeby taka kobieta uciemiężona szła z dziećmi po zakupy, tachała torby i jeszcze w międzyczasie musiała je zabawiać rozmówkami po angielsku, co teraz ma miejsce. I wreszcie, na litość boską, te ówczesne kobiety, matki Polki też bywały zmęczone, marudziły i płakały, bo nie jesteśmy robotami do cholery.
      Kocham Cię, Mrs. Polka Dot, za to, że mówisz o tym głośno 😘

      • Polka Dot
        Odpowiedz Polka Dot 18 sierpnia 2016 at 21:15

        haha, bosko skwitowałaś te pola, krowy i kury, dokładnie tak myślę! nie tylko nie zabawiały rozmówkami po angielsku, ale też nie zawracały sobie głowy rodzicielstwem bliskości, empatią, rozwojem sensorycznym a także rozwojem własnej kariery, cellulitem ani owłosieniem na ciele 😉 Cmok!

      • Odpowiedz Katna 19 sierpnia 2016 at 17:39

        Święte słowa! Ileż to razy słyszałam, że dawniej to po 6- 8 dzieci miały i gospodarstwo na głowie i nie narzekały (a kto to wie…) Moje nadaktywne dziecię jest tak wymagające,że po całym dniu biegania za nim (plus gotowanie obiadu itd. jak w końcu zaśnie) padam wieczorem nieprzytomna.Zastanawiam się wtedy, kto tak naprawdę opiekuje się w ciagu dnia dziećmi dziewczyn, które twierdza że oprócz opieki nad dwójką/trójką pociech ogarniają dom, mają czas pomalować paznokcie i ułożyć włosy oraz prowadzą bloga np. o tym jak odnawiają stare meble…no chyba że potrafią się rozdwoić, a ja tego nie umiem jakoś…albo ciamajda ze mnie.

      • Odpowiedz Alilale 22 sierpnia 2016 at 21:15

        Gorzej Kempina. One umierały. Nie znoszę tych opowieści o porodach w polu itp, bo jakoś nikt przy tej okazji nie wspomina jaka była śmiertelność kobiet w trakcie podobnych porodów czy później w połogu. Wystarczy prześledzić historie z pokolenia naszych pradziadków – ile posklejanych rodzin bo 1, 2 żona umarła w takich okolicznościach. Nie mówiąc o dzieciach do lat 3.

  • Odpowiedz Klaudia 17 sierpnia 2016 at 21:55

    Amen👍

  • Odpowiedz Stachowa 17 sierpnia 2016 at 22:01

    Taki partner to skarb i chyba też takiego mam, chociaż patrząc na jego rodziców i typowy patriarchat zastanawiam się jak on się uchował.
    Też mam swój ulubiony tekst jaki ostatnimi czasy słyszę (od teściów np.) Skróciłaś urlop macierzyński? Nie chciałaś sobie POSIEDZIEĆ w domu?
    Cóż posiedzieć to bym może chciała, ale sama…

  • Odpowiedz ivmama 18 sierpnia 2016 at 02:36

    Mnie się parę razy zdarzyło opowiedzieć przyjaciółkom bezdzietnym ze bywa ciężko trudno i meczaco zwłaszcza jak chłop w delegacji a babcie 300km od nas. To się przestslysmy przyjaźnic bo „straszylam je macierzyństwem ” także tak.

    • Odpowiedz Kasia 24 sierpnia 2016 at 00:02

      Czasem się zastanawiałam dlaczego istnieje taka zmowa milczenia na temat tego jak wiele zmienia pierwsze dziecko i to chyba mi odpowiada na to pytanie….

  • Odpowiedz mała Mi 18 sierpnia 2016 at 07:03

    Zazdroszczę tym, których mąż co dwa tygodnie, czy co 6 miesięcy nawet, ale jest i na dokładkę uczestniczy i dzieli obowiązki. Nie do końca się z Tobą, Polko, zgodzę. Rozumiem, że ktoś Cię nieźle wkurzył. Myśle sobie jednak, ze część z tych „heroin”, o których piszesz, mogła, mimo chęci zadbania w jakimś stopniu o siebie- zwyczajnie nie mieć wyjścia. Z opowieści rodzinnych oraz obserwacji własnego męża (kompletnie nieudany model na męża i ojca niestety) wiem, że czasem po prostu nie ma wyjścia- bo mąż nie działa na zasadach partnerstwa. Zeby skaly srały. I gdyby nie Ty- kobieto, świat Twych dzieci naprawde by sie zawalił. I brniesz w to szaleńcze i bezgraniczne poświęcanie sie każdego dnia, bo nie masz innego wyjścia mimo, ze masz i dostrzegasz swoje potrzeby (intelektualne i paznokciowe 😉 oraz wszelakie). Że chciałabyś mieć czas dla siebie, ale zorganizowanie go wymaga nakładów finansowych, a na to juz Cie nie stać zwyczajnie i kropka. Bo niestety bywa tak, że nie masz żadnej alternatywy, żadnej opcji w postaci- zostawię z babcia, ciocią, wujkiem i pójdę se sama w las, odblokować umysł sterany stertami prania i brudnych garów. Dlatego te pomniki tym wytrwałym- a niechże. Bo nie wiemy jaka była tak do końca Ich strona medalu. Choć bunt Twoj tez jak najbardziej rozumiem- to bunt zdrowej osobowości przed ideologią szerzoną przez te zaburzone, ofiary męskiego szowinizmu. Ofiary zapętlenia. Które uwierzyły, że nie wolno im chciec. Nie wolno mowić, ze nie dają rady. Bunt przed Myśleniem w stylu ofiary. Poddawaniem się stereotypom. I to kobiety kobietom niejednokrotnie zgotowują ten los. W imię czego? Niesiemy swoją biologiczna zdolność do rozrodu jak wielki dar (niewątpliwie nim jest), ale i wielkie brzemię. A o tym juz cicho sza przecież, bo nie wypada pokazać drugiej strony medalu… bo babka, prababka dawały radę i przeżyły (pytanie w jakim dobrostanie psychiczno-fizycznym), to Ty nie masz prawa sie skarżyć. To chyba o to chodzi z mojego punktu widzenia, że mówienie, że moze byc ciezko, ze często jest cieżko, jest przyznaniem się do porażki i obarczeniem otoczenia odpowiedzialnością za to, że potrzebujemy pomocy. A czyż nie jest wygodniej nie pomagać, nie uczestniczyć w życiu matki-Polki, nie popilnowac jej krzyczących bachorów choć raz na dwa tygodnie dając jej samej przestrzeń dla siebie oraz chwile wytchnienia? Czyż nie jest wygodniej chrzanić o etosie, silaczkach i rzeszach, które miały gorzej, a nie pisnęły słowem, niż uznać czyjeś uczucia za prawdziwe i umieć empatycznie je z tą zmęczoną matką dzielić? Wesprzeć dobrym słowem. Myśle, ze tu winna jest nasza kultura zaprzeczania emocjom. Płaczesz? Nie płacz. Wkurzył cie ktoś- Aaa tam, takie życie, albo to Ty jesteś winna, bo nie podałaś sie czyjejś woli. Czyżbyśmy ciagle nie miały prawa do prawdy o własnych stanach wewnętrznych?

    • Odpowiedz Zośka 18 sierpnia 2016 at 15:07

      Pięknie napisane.

    • Odpowiedz ann 18 sierpnia 2016 at 16:32

      :*

  • Odpowiedz Magda 18 sierpnia 2016 at 08:27

    Trzeba wejść w czyjeś buty, by zrozumieć mechanizm tej sytuacji. Świetnie jest móc dzielić codzienność z partnerem, ale jakiś procent z nas musi radzić sobie bez niczyjej pomocy i tak tworzy się ten mit… dawania rady. Ja swojego syna uczę, że pomimo swojej dzielności mam prawo do bycia zmęczoną, smutną, że czasem (choć rzadko..;-)), mogę nie mieć zwyczajnie siły poświęcić mu swój wolny czas (jesteśmy sami i moja praca na 2 etaty powoduje ciągły niedosyt wspólnego czasu).
    Zazdroszczę wszystkim rodzinom wielopokoleniowym wspólnoty, która naturalnie tworzą.
    I zgadzam się z Tobą. Żadna z nas nie jest stworzona, by ciągnąć to wszystko sama.

  • Odpowiedz Anna 18 sierpnia 2016 at 08:30

    A ja Ci bardzo dziękuję za ten wpis.. Jestem mamą tylko jednego dziecka (jak mogę narzekać, inne mają po kilkoro i dają radę). Dom i obowiązki wymykają mi się spod kontroli dosyć często.. Mąż wyznaje zasadę, że to nie jego sprawa i od wielu lat walczę z nim o podział obowiązków. Pracuję zawodowo, zajmuję się dzieckiem, robię zakupy i ogarniam cały dom.. Przyznam, że często płaczę w poduszkę i wydaje mi się, że nie powinnam być z tym sama,a jednak jestem i nic nie mogę na to poradzić.. Tak jakbym uderzała głową w ścianę.. zero odzewu. Świadomą moją decyzją było pozostanie przy jednym dziecku, bo nie dałabym rady z kolejnymi.

  • Odpowiedz Kamila 18 sierpnia 2016 at 09:36

    A mnie dobija moja babcia!!! Fakt wychowała 3 dzieci w trudnych czasa, bez pralek, zmywarek itd ( czyli tak jak miliony kobiet w tamtych czasach), ale dobija mnie jej podejści!! Dobija mnie porównywanie mnie ciągle do siebie z tamtych lat, do wnuczek jej koleżanek, do córek jej sąsiadek!! Ja nie piorę, nie sprzątam, nie gotuje, nie dbam o dzieci, męża, dom!!! I ona mieszka 2 tys kilometrów ode mnie, ale wie to wszystko! Ciężka praca!? Co ja o tym wiem? Ona w tych czasach to by 7 dzieci miała, w takim luksusowych czasach żyję! I po jednym dniu, który miała okazję z nami spędzić skwitowała mnie „nic z ciebie specialnego! te nowoczesne matko to się wcale dziecmi nie zajmują” no przecież….

    • Odpowiedz monikamaya 19 sierpnia 2016 at 12:50

      … czyli po prostu Baba Jaga!

  • Odpowiedz Gosia 18 sierpnia 2016 at 09:38

    Bardzo dobry tekst! Mamy prawo wymagać partnerstwa i równości w związku. Sorry, ale mamy 21 wiek o nie jest tak ,ze jedynym obowiązkiem kobiety jest pielęgnowanie ogniska domowego. Mamy tych obowiązków po kokardki. A i tak w czasach partnerstwa, zapierniczamy bardziej. Tak dla przykładu : czy którakolwiek widziała faceta zastanawiajacego się co podać rodzinie na obiad w poniedziałek, wtorek…. I nie liczy się samotny tata. Nie wierzę też, ze mamy spełnione nie klną czasami pod nosem lub nawet tego nie mogą, bo tym nosem ryją już w ziemi. Super tekst Polko!

  • Odpowiedz Anezaw 18 sierpnia 2016 at 10:24

    Jak zwykle w sobotę sedno☺👏👍

  • Odpowiedz Kasia 18 sierpnia 2016 at 10:49

    Nie mam dzieci, więc trudno mi się odnieść do tego,o czym piszesz i chociaż zgadzam się ze wszystkim (pewnie gdybym dzieci miała to myślałabym tak samo), ale Twój dzisiejszy post przypomniał mi, że nie trzeba mieć dzieci, żeby mieć zbliżony problem, a zwyczajnie być kobietą, po studiach, pracującą na dwóch etatach, żeby móc DAĆ SOBIE SZANSĘ na kupno wymarzonego mieszkania, urządzenia go tak, jak jej się podoba, dania sobie możliwości podejmowania własnych decyzji w oparciu o swoje potrzeby i przekonania. I wiesz co? Ja jestem w takiej sytuacji, ale niestety niekoniecznie, mimo ciężkiej orki, jaką odwalam każdego dnia, mam taką szansę, bo czas poświęcony na zarobienie kasy, żeby takie szanse w ogóle się pojawiły sprawia, że jedną książkę czytam miesiąc, obiad gotuję z wyprzedzeniem na trzy dni, bo wpadam do domu i idę spać o 21, nie wspomnę już o dbaniu o siebie. I kiedy wpadnę już w weekend i ośmielę się napomknąć, że jestem troszkę zmęczona, to słyszę w odpowiedzi „TY jesteś zmęczona? Co ja mam powiedzieć?!”. Wiecie czego mi najbardziej brakuje? Wcale nie czasu dla siebie, ale właśnie tego, o czym Polko piszesz, zrozumienia i akceptacji potrzeb drugiej strony, takiego spojrzenia na wszystko z innej perspektywy, bo co z tego, że jesteś matką ośmiorga, prowadzisz firmę, a do tego jeszcze pracujesz w polu i masz własny chlew, krowy, kury i konie. Mam wrażenie, że niezależnie od sytuacji życiowej trochę podziało się tak, że odmawia się (nie chcę powiedzieć NAM, KOBIETOM…;))nam prawa do przeżywania własnych emocji, wyrażania potrzeb, a panuje straszliwa znieczulica, wręcz połączona z przekonaniem, że same tego chciałyśmy.

  • Odpowiedz Nadine Lu 18 sierpnia 2016 at 11:02

    Polko, rozumiem Cię doskonale i wiem co chcesz powiedzieć.
    Sama przez ponad 2 lata, w tym dobre 9 miesięcy z niemowlakiem żyłam w trybie dwutygodniowym. Dwa tygodnie sama – dwa tygodnie z partnerem. Cała trudność sezonowej słomianej wdowy polega na tym, że trzeba się przestawić z trybu „jesteśmy razem”, na „jestem sama”. Co dwa tygodnie zaczynaliśmy wszystko od nowa – potrzebowałam dobrych 2 dni, żeby się przestawić na życie z Nim czy bez Niego.

    A druga sprawa – mnie wkurzają męczennice. Robią wszystko: ogarniają dziecko, dom, męża, psa, kota, traktor i co tam jeszcze jest pod ręką i CAŁY CZAS NARZEKAJĄ ŻE MUSZĄ TO ROBIĆ. A jest masa rzeczy w tym zestawie które można poluzować albo odpuścić, ale one i tak wolą poprawiać mycie podłóg czy odkurzanie po mężu, albo składanie zabawek po dzieciach. Wrr.

  • Odpowiedz Marlena Kaczmarek 18 sierpnia 2016 at 12:19

    Viva’la Polka!

  • Odpowiedz Mary 18 sierpnia 2016 at 12:31

    Cóż mogę powiedzieć… pięknie ujęte. Niestety,u mnie partnerstwa nie ma. Jestem ja – w domu z 3 dzieci i ” nic-nie-robem”, bo przecież „siedzę sobie z dziecmi”…. i mój mąż heros, który musi nas utrzymywać, bo ja przecież len jestem i on procz pracy nic mi musi, bo przecież zarabia. Ale nieistotne jest to, ze jego tryb pracy i chorowitosc naszych dzieci zmusza mnie póki co do bycia w domu. A niestety, starsze dzieci idą do przedszkola i zerowki, więc teraz to będę miała ‚luzy’ (zerówka w trybie zmianowym, przedszkole po drugiej stronie rozleglej dzielnicy i tak dralowac z najmłodszą wózkiem, bo samochód w pracy z mężem….do tego zakupy spacer , uprzatniecie chałupy, najlepiej jeszcze dorobić i być perfekcyjna niczym Bree Van de Camp? ) nawet już czasem nie mam siły sobie ponarzekać, bo zalewa mnie fala hejtu, ze przecież wiedziałam co brałam, ze przeciez NIE PRACUJE!!!!, wiec o co mi chodzi. Przecuez nie mieszkam pod mostem….babcia w polu to u nas standard (akurat babcia mojego męża urodziła dziecko w stodole, opowiadała przy każdej rodzinnej okazji, i następnego dnia szła do buraków…. serio, ale z kolei dziadek był tyranem , Wiec nie wiem, czy to był standard wśród rodzących.)

  • Odpowiedz Agatka 18 sierpnia 2016 at 12:37

    A ja narzekam i narzekać będę! Nikogo o pozwolenie nie proszę, ale swoimi lamentami dzielę się z osobami, które wiem, że zrozumieją a przynajmniej nie skrytykują. Na szczęście mam Męża, który wyjeżdżając zawsze pyta czy dam radę i nie pozabijam nikogo jak Go nie będzie :) :) :)

  • Odpowiedz Marta 18 sierpnia 2016 at 12:55

    Zgadzam się,że ogarnianie domu i dzieci to ciężka harówka.Po urlopie macierzyńskim jak na skrzydłach wróciłam do pracy.Nie byłabym w stanie z niej zrezygnować.Współczuję kobietom,które z rożnych względów-wbrew sobie muszą pozostać w domu,te które tak świadomie wybrały tez mają czasami dość i mają do tego prawo.Uważam,że wrogiem nas wszystkich jest dążenie do perfekcjonizmu,podsycane także tymi koszmarnymi porównaniami do ciotek,babć,kuzynek itp.o których mowa w tekście i komentarzach.Zdaje sobie sprawę,że żeby dom funkcjonował”jako tako” wymaga to nie lada wysiłku ale czasami tez nie potrafimy sobie choć trochę odpuścić i zbyt wiele od siebie wymagamy.Nie wszystko musi funkcjonować jak w szwajcarskim zegarku,my tez możemy coś zawalić,czegoś nie wyprać,nie doszorować,nie dopilnować i nie ciosajmy sobie z tego powodu kołków na głowie,choć sama wiem ze to bardzo trudne.”Optimum znaczy mniej”- przypominam sobie często to powiedzenie.I szanujmy sie drogie kobietki,bo jeśli same nie będziemy to inni nas i naszych wysiłków też nie uszanują:)

  • Odpowiedz stylerecital.com 18 sierpnia 2016 at 13:23

    To stwierdzenie, że ‚inni mają gorzej’ ma się świetnie od zawsze i to chyba w każdej kategorii życia. Ja to już w ogóle nie mam prawa narzekać, bo nawet dzieci nie mam 😀 Jak powiem, żem zmęczona, to mi niejedna powie „łooo kobieto, a jakbyś dzieci miała, to dopiero byś była zmęczona!’ :-) No nie twierdzę, że nie! Ale wiadomo, inni mają gorzej :-) Moja matka pielęgniarka zawsze mnie skwituje, że klepanie w komputer kilka h dziennie to jaka to praca- postój przy pacjentach 12 h na nogach! I tak dalej…. :-) A przecież każdy ma swoje zmęczenia, bo każdy ma inne życie/priorytety/model rodziny/zdrowie/pragnienia i potrzeby. Uściski!

  • Odpowiedz Ania 18 sierpnia 2016 at 13:31

    Zobaczcie dziewczyny ile ten temat wywołuje emocji…coś ewidentnie jest na rzeczy :) z tym „pomaganiem”, radzeniem sobie, narzekaniem itd…. No cóż każdy ma swoją historię i swój punkt widzenia. Ja też żyłam w takim układzie, że mąż pomagał mi przy dzieciach….oboje pracowaliśmy zawodowo. Pomagał mi również w sprzątaniu!! niesamowite 😀 jego mama bardzo to przeżywała, ze syn tyle mi pomaga…bo jej nikt nie pomagał jak miała małe dzieci… to smutne i godne współczucia. Znam sporo takich kobiet, którym nikt nie pomagał i same sobie radziły bardzo ciężko pracując, choć miały mężów, rodziców, teściów. I poradziły sobie, wychowały dzieci, mają zadbane domy, sumiennie pracowały. Ale jakoś tak przez te lata samotnego radzenia sobie, chyba uznały, że skoro ich życie tak się właśnie ułożyło, z wielu różnych zapewne nie od nich również zależnych przyczyn, to inne kobiety powinny też tego doświadczyć, powinny też harować bez pomocy….to okropne…nie wiem czy tak się objawia złość takich kobiet, że nikt z obecnych w rodzinie osób choć mógł to nie ulżył w obowiązkach? To są kobiety, którym teściowe mówiły: Ty to masz dobrze, mąż Ci herbatę podał; Ty to masz dobrze mieszkasz w mieście, ja to na wsi musiałam dzieci odchować itd…. I teraz same robią to swoim córkom, synowym, wnuczkom, innym matkom….sączą jad, podsycają wyrzuty sumienia, podszeptują synom, że żona taka leniwa…nie prasuje, nie krochmali, nie kisi kapusty. Dziewczyny ja się od takiego świata uwolniłam :) i okazało się nagle, że bez tej całej nieocenionej pomocy radzę sobie doskonale 😀 powiem więcej taka pomoc to jest g…o warta, dobija i wysysa, frustruje i obarcza. Nigdy więcej sobie na to nie pozwolę!!! Zbuntowałam się :) spakowałam manatki, dzieci i uwolniłam się od tego beznadziejnego podejścia. Już nikt mi nie musi „pomagać”. Mogę sobie również swobodnie ponarzekać jeśli czuję taką potrzebę i spotkać się ze zrozumieniem od normalnych ludzi. Powiem Wam, że takie życie i takie podejście jest chore…nienormalne…Mam 2 córki i życzę im jeśli będą miały dzieci i swój domy, żeby prowadziły go wspólnie z mężem, a nie z jego „pomocą”. Bardzo współczuję dziewczynom, które żyją w takich układach…jest ich bardzo wiele…w moim najbliższym otoczeniu również. Nie gódźcie się na to dziewczyny! Nie dajcie się! Można żyć normalnie! Mi się udało z 2 małych dzieci Wam też się uda :) Bardzo duże znaczenie ma to jak sami żyjemy na życie naszych dzieci – ja w dużej mierze weszłam w taki układ, bo zostałam tak właśnie wychowana. Pamiętajcie o tym Mamy córek – wasze córki prawdopodobnie zostaną takimi właśnie samotnymi i podporządkowanymi żonami. Ale można to zmienić – najlepiej zacząć od siebie samej :) Powodzenia!

  • Odpowiedz Ania 18 sierpnia 2016 at 13:42

    Pamiętam jak moja ex teściowa z oburzeniem skwitowała informację od mojej Mamy, że bierze znajomą Panią do mycia okien – ja to bym żadnej obcej baby to mojego domu nigdy nie wpuściła! zaznaczam, ze moi rodzice mają wielki stary dom, w którym jest kilkadziesiąt okien, a Mama nie „siedzi” w domu tylko pracuje. Albo tekst ex teścia do mojej Mamy – zobacz jak żonka umyła kafle na balkonie, można jeść z podłogi! ….. zawsze myślałam, że po podłodze się chodzi… mogę sypać jak z rękawa takimi przykładami…. nie wszystkie są śmieszne niestety…

  • Odpowiedz Blueeye from Gdynia 18 sierpnia 2016 at 15:27

    No i znowu tyle podobieństw ..czasami jestem wielbłądem targającym stosy siatek,na dokładkę plecak (ważący z 10 kg,bo normalnie boje sie ze te kosteczki mojego chuchra wezmą i pękną pod naporem plecaczydła któregoś dnia).Czasem,właściwie najcześciej jestem taksówką -bagażowką :obwożę i odwożę dziecko na rożne zajęcia,do koleżanek.Wożę nie dlatego,ze samo nie ma nóżek ,ale dlatego ze wszystko robimy w biegu i pędzie.Tylko czasem czuje sie kobietą..jak usiądę wieczorem obok Męża i usłyszę :co u Ciebie :)) Kocham swoje życie,kocham ten pęd :)!

  • Odpowiedz Też slomiana 18 sierpnia 2016 at 18:36

    Oj a ja widzę u siebie właśnie takie zapędy, żeby to wszystko perfekcyjnie ogarnąć. …i nie narzekać ha ha:)Mąż wyjechał jakiś czas temu do pracy za granicę.,przeważnie nie ma go ok 6 tyg ,potem przez tydzień jest w domu. Pierwsze nasze postanowienie było takie, że rezygnuję w związku z tym z pracy,aby mieć czas dla siebie, dzieci (dwoje) i domu. Jako że tak ustaliliśmy, to od razu trafiła mi się praca, jaką zawsze chciałam, więc co? Składać cv i zostać przyjętym:))pamiętam ze to było akurat wiosną, mieszkamy na wsi i dochodziło mi jeszcze palenie w piecu. I brnąc w błocie z tą taczką miału (!) myślsłam:co tam!samotne mamy to dopiero mają. ..
    A teraz nadchodzi jesień i znowu ten piec !! Dodatkowo dostałam awans i jeszcze na studia mi się zachciało. Ale kto wie -może być tak, że właśnie wcale nie dam rady😬😬dziękuję źe mi przypomnialaś o tym,ze mam do tego prawo ☺

  • Odpowiedz Magda 18 sierpnia 2016 at 20:38

    Albo mamuśki min. 2 dzieci „przy jednym dziecku nie masz prawa narzekać, ze jesteś zmęczona; będziesz miała dwójkę to pogadamy”. Bo ona pewnie, dopóki miała jedno, to zawsze wypoczęta chodziła…

  • Odpowiedz Mama Ani i Jula 18 sierpnia 2016 at 20:46

    Fajne te Wasze komentarze dziewczyny:)

  • Odpowiedz Magda 18 sierpnia 2016 at 22:44

    Siłaczką to trzeba być żeby skutecznie męża nakłonić do współpracy. Myślę, że to połowa sukcesu dzisiejszych mam. I połowa życiowej porażki takich, które biorą wszystko na swoje barki.

  • Odpowiedz Olga 19 sierpnia 2016 at 00:29

    Mega tekst !
    Dawno Nie bylo tak super tekstu !
    To mowienie a tamta siamta itp mnie tez dobija spoko a co mnie one obchodza aaaaa ja mysle o sobie w monencie w ktorych mi ciezko a nie o Pani Kasi ktora rodzila w polu !
    Ciagle patrzenie a tamta ma gorzej jest mega niesprawiedliwe ! Tak zwyczajnie Nie sprawiedlie !
    Mega tekst ! ❤️

  • Odpowiedz Lorka 19 sierpnia 2016 at 01:01

    widać po komentarzach,że coś jest na rzeczy.. na szczęście nie zostaję słomianą wdową, a z mężem dzielimy sie obowiązkami.. w sumie, to się chyba wyłamie, bo nie mam powodów do narzekania… ale to dlatego,że nauczyłam się odpuszczać.. nas kobiety zabija dążenie do perfekcjonizmu…

  • Odpowiedz MKS 19 sierpnia 2016 at 19:49

    Droga Polko, artykuł w samo sedno naszej polskiej mentalności. Gdy narzekamy, nie usłyszymy: „Przykro mi, że Ci cieżko; masz prawo do gorszego momentu”. Za to głosy negujące nasze uczucia zabrzmią z każdej strony. Bo Polacy nie potrafią być z kimś w jego słabszej chwili. Dobrze, ze nasze pokolenie powoli odrzuca takie podejście…

  • Odpowiedz meandmyspace.pl 19 sierpnia 2016 at 23:14

    Poruszyłaś taki temat że postanowiłam napisać. Czasami czuję jakbym miała nadprzyrodzone moce no bo przecież kto by dał radę to wszystko wytrzymać jak nie my kobiety. Mąż nie wyjeżdża ale długo pracuje więc czasami czuję jakby go w ogóle nie było a wszystko na mojej głowie, dzieci, dom i nie wstydzą się mówić głośno że jestem zmęczona, nie daję rady i potrzebuję odpoczynku.

  • Odpowiedz Aśka 20 sierpnia 2016 at 21:16

    Drogie Panie i Panowie jeśli tu jacyś zaglądają. Mam jedną radę – zadbajcie o siebie same, bo nikt inny za Was tego nie zrobi. wszystkie nasze sytuacje życiowe są wynikiem naszych wyborów, mniej lub bardziej świadomych. Wybory te często, jak zauważyłam są bardziej nie świadome, co wynika z naszej przeszłości, wychowania, szkoły, itd. Zawsze jednak dokonujemy jakiegoś wyboru. Jeśli nam się coś nie podoba, to chciejmy to zmienić, bo w większości wypadków skończy się, bardziej lub mniej, ale zawsze źle. Wiem o czym mówię. Jestem matką trójki dzieci, powszechną „hause manager”, jak wpisuje w rubryce zawód wykonywany. Chciałam być perfekcyjną panią domu i skończyło się chorobą zwaną rak. Postawiłam się w kolejce za mężem i dziećmi. Jednak choroba pozwala nam dojść do takiego miejsca gdzie musimy się określić czy tak chcemy żyć. Zaczęłam dokonywać innych wyborów, sytuacja się nie zamieniła, nadal jestem hause managerem, matką trójki dzieci i wciąż mam męża, który przyjeżdża do domu na weekend. a jednak jestem zdrowa, no prawie zdrowa, dzieci mam ogarnięte, bardziej szczęśliwe, bo ich mama ma swoją pasję, zainteresowanie, czasami odpuszcza im i sobie. Moi drodzy nikt, tylko Wy możecie sprawić, że będzie lepiej lub gorzej. Do dzieła, powodzenia
    Wspaniały tekst

  • Odpowiedz Natalia 21 sierpnia 2016 at 11:15

    Czytam wszystkie Twoje teksty, nie zawsze od razu, częściej nadrabiam po kilka na raz. Ten zasługuje na miano TEKSTU TEKSTÓW ! Wreszcie ktoś to napisał i nie trzeba do tego nic dodawać. Jeśli kobieta pracuje tak jak facet, to z jakiej racji ma jeszcze ganiać za nim z obiadem i zajmować się domem w pojedynkę? I co to znaczy – mąż mi „pomaga”? Pomaga? Powinien raczej po prostu zajmować się domowymi obowiązkami, tak jak żona, a nie tylko pomagać.

  • Odpowiedz Saray 18 października 2016 at 11:07

    Dziękuję, tak dobrze ubrałaś w słowa wszystko co czuję.

  • Zostaw coś po sobie