14
Jak żyć, Moda i uroda

odzyskać siebie dla siebie – moje zen zaczyna się w łazience

Obiecałam sobie za dużo na temat postanowień noworocznych nie klepać publicznie. Zrealizować je, i dopiero później ewentualnie pochwalić się, zamiast chlapać ozorem na prawo i lewo. Ale jednego nie mogę sobie odmówić. Zuchwałych planów nie zdradzając, mam ochotę podzielić się pewnym bardziej ogólnym założeniem, z jakim wchodzę w nowy rok. Zamierzam bowiem zająć się w kolejnych miesiącach wreszcie sobą. Nie sprzedawaniem, kupowaniem, remontowaniem czy urządzaniem mieszkania, tylko własną, że tak powiem, osobą. Rzeczywiście wszystkie te czynności związane z przeprowadzką zajęły nam łącznie ponad pół roku, podczas których to ja głównie – jako pracująca w elastycznych godzinach, jako sama sobie sterem – poświęcałam czas na wszystkie niezbędne czynności. A była tego masa, jeśli więc chce się przejść przez ten proces względnie szybko, scenariusz jest jeden – należy na kilka miesięcy zrezygnować z wielu rzeczy. Jeżeli dołożyć do tego wyjazdy męża, ciężką pracę nad regularnym prowadzeniem bloga (napisałam w 2016 roku rekordowe 151 postów!), dodatkowe zlecenia, codzienne obowiązki domowe i przy dzieciach, wyłoni się obraz mojego ubiegłego roku. Roku, w którym w kinie byłam trzy razy – na filmach dla dzieci. Roku, w którym kosmetyczkę odwiedziłam dwukrotnie, a i to tylko, żeby poddać się depilacji, a u fryzjera byłam ostatnio w maju. Roku, w którym przeczytałam za mało książek, za rzadko byłam u dentysty, a spotkania z koleżankami mogę policzyć na palcach jednej ręki. Nie odbyłam ani jednej (sic!) randki z mężem (jeżeli nie liczyć przysypiania na kanapie z lampką wina). Roku, w którym nie zrobiłam nic dla swojego zdrowia, ani pół przysiadu. W którym wlewałam w siebie hektolitry kawy, a moja paleoprzygoda skończyła się fiaskiem na rzecz połykanego w biegu byle czego. Roku, w którym marzyłam o wydłużeniu się doby, żeby ogarnąć wszystkie bieżące sprawy, a już o wygospodarowaniu czasu na jakieś formy samodoskonalenia nie było mowy. Nauka programów graficznych, warsztaty fotograficzne, pogłębianie wiedzy o internecie i blogowaniu, inwestycja czasu w budowanie jakiejś strategii rozwoju – marzenia ściętej głowy. W to miejsce frustracja na maksa, że żyję od posta do posta i nie mam kiedy stanąć z boku, popatrzeć na szerszy obrazek. Wydawanie książek, własne kolekcje czegokolwiek, bywanie w blogowym światku – jak i kiedy, skoro opracowanie postów co drugi dzień odbywa się u mnie zazwyczaj tylko dzięki pracy do nocy? Także za moim optymistycznym podsumowaniem dwa tysiące szesnastego kryje się również zapieprz na maksa i rezygnacja z wielu marzeń czy przyjemności. Bilans, jak już pisałam, jest dodatni, ale są pewne niedobory.

Dlatego teraz, kiedy temat mieszkania mamy już ogarnięty, a Hanka skończy trzy lata i wyruszy w tym roku do przedszkola, chcę odzyskać trochę siebie dla siebie. Nie planuję za dużo,  jestem w końcu matką i żoną wyjeżdżającego męża. Nie kupiłam karnetu na siłownię, nie opłaciłam warsztatów fotograficznych. Nie umówiłam się do fryzjera, ani nawet do dentysty. Jeszcze. Znudziły mi się różne wielkie zrywy w moim wykonaniu, dlatego do sprawy podchodzę spokojnie. Na razie kupiłam nowy aparat, spróbuję z nim sama powalczyć o lepszą jakość. Na początek jakaś joga raz w tygodniu, wcześniejsze chodzenie spać, kładzenie się do łóżka z książką zamiast laptopa. Lepsze planowanie – tak, żeby w każdym tygodniu było coś dla mnie, jakaś kawa z kumpelą czy choćby ten dentysta nieszczęsny (który już do mnie nota bene sms-y wysyła, żebym przyszła wreszcie dokończyć leczenie). Chciałabym czuć, że dbam o siebie, a nie gnam przez życie z wywieszonym ozorem, zestresowana i wściekła. Zamiast wielkich rewolucji, małe, codzienne gesty, drobne zmiany, z którymi poczuję się lepiej. Zdrowe koktajle zamiast czekolady i zielona herbata zamiast wina. Długie kąpiele zamiast szybkiego prysznica. Chcę być dla siebie dobra. Lepiej dbać o psyche i soma. Chcę być jak Grażyna Dobroń. Wiecie, zostać tym zajebiście wyluzowanym kwiatem na pieprzonej tafli jeziora, coś w tym stylu. Harmonia i zen. Hygge, hygge do bólu!

Małe zmiany zaczęły się już pod koniec ubiegłego roku, póki co tylko w  łazience, na więcej nie starczyło mi czasu. Pisałam już o tym jesienią, kiedy po przeprowadzce czułam się jak zapuszczone zombie – że zacznę od lepszej pielęgnacji. Udało się, pewnie nawyki stały się rutyną. Oleje, maski, peelingi, kwasy – robię to od tamtego czasu na co dzień. Bo to taka mała rzecz, a cieszy. Rezerwacji łazienki jeszcze póki co nie muszę robić, zamykam się w niej regularnie i jestem dla siebie dobra. Czasem kosztem kilku maili czekających w skrzynce, napełniam wannę wodą, sypię zdrowotne sole, leję pielęgnujące olejki, wcieram energetyzujące scruby. Oczyszczam porządnie twarz, pamiętam o kremie pod oczy, używam kremów, olejków, co 2-3 dni maseczek. To daje mi takie poczucie dbania o siebie, nawet jeśli tylko powierzchowne, to rozbudzające apetyt na więcej.

Tak, w tym roku chcę dla siebie czegoś więcej niż wieczory w łazience. Chcę ruchu, rozwoju, wiedzy, spotkań. Chcę więcej spokoju i harmonii. Czuję, że to może być rok większego spełnienia i samorozwoju.

Tymczasem zobaczcie, co ja tam w tej łazience robię, jak o siebie dbam, czym zaostrzam apetyt na więcej. Chciałabym, żeby całe moje życie było jak ten zestaw kosmetyków – naturalne, zdrowe, harmonijne, holistyczne, pełne energii i relaksu zarazem. Soczyste i smakowite. Dobre kosmetyki, przyjemne rytuały, zdrowe nawyki – tylko tyle i aż tyle. Trzymajcie kciuki za resztę.

10

11

14

Hagi, Naturalny scrub do ciała z gałką muszkatołową i cynamonem

To mój drugi, po śliwkowym, scrub od Hagi, chyba jeszcze fajniejszy ze względu na absolutnie genialny zapach. Jest taki, jak lubię najbardziej – drobnoziarnisty, w sam raz drapie i złuszcza, natłuszczający – zostawia na skórze delikatny film. To peeling na bazie cukru trzcinowego, który posiada właściwości odżywcze i chroni przed wysuszaniem skóry.  Zapach pomarańczy i przypraw korzennych wprawia w dobry nastrój i energetyzuje w zimowe dni – autentycznie. Po jego stosowaniu dociera do mnie idea aromaterapii – używanie go naprawdę poprawia mi humor i pobudza. Zawiera masło shea, olej z pestek winogron, olej z pestek słonecznika, korę cynamonu i witaminę E, które natłuszczają, ujędrniają i chronią skórę.

scrub Hagi – ekopolka

17-tile

Mokosh, Odżywczy eliksir do ciała pomarańcza z cynamonem

Kolejna aromaterapeutyczna, wspaniale natłuszczająca rewelacja. Odżywczy eliksir do ciała został stworzony z nawilżającego oleju makadamia oraz odżywczego oleju z kiełków pszenicy – to nic innego jak olejek do ciała, w dodatku jakiś taki…aksamitny. Eliksir szybko się wchłania, a jego korzenny zapach długo utrzymuje się na skórze. Smaruję się nim po kąpieli albo dodaję go trochę do wanny, bardzo lubi się z solą o podobnym aromacie (poniżej). Wspaniale pielęgnuje ciało pozostawiając skórę miękką, nawilżoną i pachnącą.

EDYCJA LIMITOWANA! KUPUJĄC TEN PRODUKT, PRZEKAZUJESZ 10zł
NA ROZWÓJ PROJEKTU „SIEMACHA NATURALNIE”

Sprzedaż eliksiru wspiera działalność Stowarzyszenia SIEMACHA, które w Odporyszowie (Małopolska) prowadzi Nowoczesny Dom Dziecka otwarty na otoczenie. Jego młodzi mieszkańcy wraz z dziećmi z okolicy codziennie spotykają się na zajęciach. Uczą się życia w zgodzie z naturą, opiekują się zwierzętami, prowadzą pasiekę, uprawiają warzywa i owoce i zasiadają do wspólnego stołu.

eliksir Mokosh – ekopolka

15

Mokosh, Sól do kąpieli pomarańcza z cynamonem

Regenerująca sól jodowo-bromowa o aromacie pomarańczy z cynamonem. Kąpiel z jej dodatkiem jest wielką przyjemnością –  pobudza zmysły, odpręża i relaksuje. Zapach obłędny! Sól zawiera kompleks biopierwiastków, który napina skórę, opóźnia procesy starzenia i działa detoksykująco. A więc nie ma, że leżysz bezczynnie – ty odmładzasz się, regenerujesz siły. Można ją stosować tradycyjnie – do odprężających kąpieli lub jako peeling solny – wystarczy wymieszać ją z kosmetycznym olejem bazowym (np. arganowym, kokosowym, jojoba) i uzyskamy delikatny, drobnoziarnisty scrub.

sól Mokosh – ekopolka 

(jest też żurawinowa!)

19

Mokosh, olej arganowy 100%

100% olej arganowy to produkt kosmetyczny, przebadany dermatologicznie, certyfikowany jako organiczny. Buteleczka z ciemnego szkła farmaceutycznego, które chroni olej, dzięki czemu zachowuje on swoje odżywcze działanie. To najcenniejsza, deodoryzowana wersja oleju, co oznacza, że jest on pozbawiony nieprzyjemnego zapachu przy jednoczesnym zachowaniu wszelkich składników odżywczych w swoim składzie.

Dzięki swoim niezwykłym właściwościom ma szerokie zastosowanie kosmetyczne zarówno w pielęgnacji twarzy, ciała, jak i włosów. Nadaje się także dla dzieci. Można stosować go bezpośrednio na skórę, jak krem i balsam (ja używam do twarzy), ale też dodawać go do kąpieli czy soli, aby uzyskać natłuszczający peeling. Oprócz genialnych właściwości nawilżających, dodatkowo także: spowalnia starzenie skóry, wspomaga redukcję cellulitu, ochronę przed wolnymi rodnikami, przyspiesza regenerację skóry po opalaniu, poparzeniach, przy bliznach i rozstępach, pielęgnuje skórę przy łuszczycy, egzemie i AZS, łagodzi podrażnienia, wzmacnia włosy i paznokcie.  Nieźle, co? 😉 Jak dla mnie rewelacja, uwielbiam smarować nim twarz na noc, kiedy skóra jest podrażniona czy bardziej sucha, robię to nawet kilkukrotnie np. podczas oglądania filmu dokładam kolejne porcje, jak tylko skóra je wypije, bardzo przyjemny rytuał.

13

18

Make Me Bio, krem pod oczy z zieloną herbatą i marakują

Niweluje cienie pod oczami, regeneruje, uelastycznia i napina skórę, wygładza zmarszczki. Zawiera sok z liści aloesu, olej z pestek słonecznika, oliwę z oliwek, olej kokosowy, masło shea, kwas hialuronowy, a także ekstrakty: z zielonej herbaty i marakui, które zmniejszają obrzęki, działają rozjaśniająco.

krem pod oczy Make Me Bio – ekopolka

20

Make Me Bio, Orange Energy – nawilżający krem do skóry normalnej i wrażliwej

Jego naturalny, świeży zapach pomarańczy do moja miłość od pierwszego sztachnięcia. Krem ma dość gęstą konsystencję, ale ładnie się wchłania, szybko znika (ale boski aromat pozostaje!). Zawiera wodę z kwiatu pomarańczy, olejek mandarynkowy, wyciąg z rumianku, olejek ze słodkich migdałów, olejek jojoba i masło shea. Pomaga walczyć z przebarwieniami i zmarszczkami, łagodzi problemy skórne, zmniejszając zapalenia i pomagając w walce z trądzikiem. Odżywia skórę, nadając jej zdrowy wygląd, zaś cytrusowe nuty zapachowe pobudzają zmysły, ma silne właściwości przeciwzapalne, wygładza skórę i zapobiega powstawaniu niedoskonałości. Oczyszcza, ujędrnia, zmiękcza skórę, a przy tym pomaga wyrównywać jej koloryt. Dodatkowo zabezpiecza skórę przed negatywnym działaniem czynników zewnętrznych, takich jak wiatr, słońce czy woda.

krem Make Me Bio – ekopolka

12

1

Hagi, Puder do kąpieli z kozim mlekiem

Dodany do kąpieli, natłuszcza skórę i relaksuje słodkim, mlecznym zapachem. Jak pachnące mleko w proszku z olejkami, bo też i faktycznie zawiera kozie mleko, masło shea i olej ze słodkich migdałów. Kąpiel z nim pomaga w problemach skórnych takich jak alergie, atopia, egzemy i łuszczyca. Nawilża skórę i łagodzi podrażnienia. Rzadko wsypywałam do wanny takie specyfiki, ale teraz już chyba nie przestanę – za bardzo polubiłam to uczucie odmakania w pachnącej wodzie i rozgrzanej, natłuszczonej skóry. Bardzo relaksujące i komfortowe.

puder do kąpieli Hagi – ekopolka

7-tile

2

Hagi, ochronna pomada do ciała

Świetna rzecz na suchą skórę, używam go do szczególnie wysuszonych miejsc: dłoni, łokci, kolan, pięt. Może służyć nawet do ust, to taki uniwersalny balsam do ciała w sztyfcie, ma przyjemny, ciepły zapach masła kakaowego. To mieszanka maseł i olejów: kakaowego, shea, oleju ze słodkich migdałów i wosku candelilla. Tworzy na skórze wygładzającą warstwę ochronna, może być też stosowany przez kobiety w ciąży przy pielęgnacji brzuszka. „Męskie” opakowanie i naturalny zapach sprawiają, że nawet niechętni kosmetykom faceci mogą dać się namówić na jego stosowanie 😉

pomada Hagi – ekopolka

5

Make Me Bio, Intensywnie nawilżający krem do rąk

Nie cierpię nosić rękawiczek, zwłaszcza na krótkie dystanse do samochodu nie opłaca mi się ich zakładać, ale odczuwam potem skutki w postaci suchej skóry dłoni. Mam bzika na punkcie fajnych kremów do rąk, zwłaszcza takich ładnie opakowanych. Mam ich w domu pełno w każdym kącie, w sypialni, koło umywalek, przy kuchennym zlewie 😉 Ten jest taki, jak lubię – gęsty i bogaty, świetnie nawilża i wygładza, ma dyskretny, lekko orzechowy zapach. Zawiera składniki z upraw organicznych: masło kakaowe, masło mango, oliwę z oliwek i witaminę E, czyli mega odżywczy i ochronny miks. Bardzo dobra rzecz na zimę, duży plus za wygodne opakowanie z pompką.

krem do rąk Make Me Bio – ekopolka

6

Make Me Bio, Kremowa maska do twarzy

Fajne, nawilżające błotko do twarzy. Nadaje się do każdego rodzaju cery, ma działanie oczyszczające, regenerujące, ochronne, opóźnia starzenie skóry. Używam go co kilka dni, kiedy mam ochotę na małe spa, skóra jest po tej maseczce fajnie wygładzona. Zawiera błoto z morza martwego, ekstrakt z hibiskusa, dobroczynne oleje (ryżowy, kokosowy, z pestek moreli i słonecznika) oraz masło shea. Fajnie, że jest w słoiczku, ostatnio ciężko o maseczki o większej pojemności, większość do jednorazowe saszetki, nieekonomiczne i mało wygodne w użyciu. Już od jakiegoś czasu szukałam fajnej maski w większym opakowaniu, żeby nie kupować ciągle tych maluchów.

maska Make Me Bio – ekopolka

3

 Wpis powstał we współpracy z nowopowstałą drogerią internetową, oferującą naturalne, ekologiczne kosmetyki – Ekopolka. Z taką nazwą współpraca była nam po prostu pisana 😉 Sklep już po miesiącu działania ma ciekawą ofertę polskich producentów, zamierza ją sukcesywnie poszerzać, już niebawem pojawią się nowe, świetne marki, więc warto ich obserwować.

Na miły początek mam dla Was kod rabatowy: MRSPOLKADOT, z którym dostaniecie -10% na całe zakupy do 15 stycznia.

Poprzedni wpis Następny wpis

Mogą Ci się spodobać

15 Komentarze

  • Odpowiedz MAGDA 4 stycznia 2017 at 19:45

    Świetny wpis!!!!!!! Powodzenia we wszystkim co sobie zaplanowałaś :)

  • Odpowiedz marta 4 stycznia 2017 at 21:52

    Ja polecam wszystkie mydla, kule do kąpieli, olejek z pestek malin, masło shea , peeling sliwkowy itd od dziewczyn z Misterstwa Dobrego Mydła :)

    • Odpowiedz Ania 5 stycznia 2017 at 00:17

      Popieram ☺☺☺ świetne kosmetyki. Ja uwielbiam mydło z węglem, hydrolat różany i olej z pestek śliwek. Dziewczyny robią świetne rzeczy☺

  • Odpowiedz Monika 4 stycznia 2017 at 23:24

    Zamówiłam se 😀 a co! Dzięki :-)

  • Odpowiedz asia 4 stycznia 2017 at 23:41

    uwielbiam te twoje teksty. Relaksuj się, odprężaj, wcieraj i nacieraj ale nie zapominaj o nas, czytelniczkach. Jak wybucham śmiechem przed laptopem to wiadomo, że czytam Ciebie. Pozdrawiam gorąco

  • Odpowiedz Marta 5 stycznia 2017 at 10:08

    kupon nie działa….

    • Odpowiedz EKOPOLKA 5 stycznia 2017 at 12:02

      Pani Marto, kod rabatowy należy wpisać w koszyku, po dodaniu produktów, w okienku „Mam kupon” rabatowy. Dodatkowe kody rabatowe, jak ten, nie obejmują produktów już przecenionych, które aktualnie znajdują się w promocji -10%, -15% i -20%.

  • Odpowiedz Agnieszka 5 stycznia 2017 at 10:14

    Znam Ministerstwo Dobrego Mydła :) Obkupiłam tam siostrę na Gwiazdkę.

  • Odpowiedz Madlena 5 stycznia 2017 at 11:05

    Kobieto gdzie Ty byłaś do tej pory?!?!?!?!?
    blog ideał uwielbiam takie wyczucie stylu, gust, pastelove, dzieci, kobiecość
    trafiasz w 100% w moje poczucie estetyki z wszystkim co przedstawiasz. Doslownie 100 na 100 !
    czytam bloga od tyłu – ale mam do nadrobienia!

    Pozdrawiam ze Śląska :)

    • Polka Dot
      Odpowiedz Polka Dot 5 stycznia 2017 at 12:24

      haha, dzięki, miło mi – przyjemnej lektury! 😉

  • Odpowiedz GosiaSkrajna 5 stycznia 2017 at 13:16

    U mnie inaczej…
    Moja Hanka już drugi rok w przedszkolu a Ja wciąż nie mogłam znaleźć nawet nie czasu, ale motywacji aby zadbać o siebie.
    Przełom nastąpił w Sylwestra. Nie chcę zdradzać co mnie „obudziło” bo to zbyt osobiste, ale efekty mnie zaskoczyły.
    Z dnia na dzień przestałam jeść słodycze i wcale za nimi nie tęsknie. Kupiłam karnet na siłownie ale taki, ze mogę chodzić kiedy chcę o każdej godzinie i na wszystkie zajęcia aerobowe. Więc ta elastyczność jest mega wygodna…
    Balans to moje hasło na 2017. Między życiem rodzinnym a zawodowym, obowiązkami a przyjemnościami. Czasem pewnie przegnę w jakąś stronę jakem Skrajna, ale to nic. To tez ma w sobie jakiś urok :).
    Powodzenia Agnieszko! Damy radę…

  • Odpowiedz Magda 5 stycznia 2017 at 22:17

    Witaj, można wiedzieć co to za terminarz w tle? Ten na metalowych kółkach? Pozdrawiam

  • Odpowiedz Beata 6 stycznia 2017 at 00:32

    Nie wierzę, że czytam post obcej (chociaż w sumie, nie aż takiej obcej ;-)) osoby. Moje odczucia różnią się tylko tym, że w zeszłym roku byłam w kinie trzy razy – poważnie – ale na filmach dla siebie :-) Życząc Tobie możliwości wygospodarowania czasu dla siebie, poniekąd życzę tego sobie :-) :-) Mam nadzieję, że jak za jakiś czas przeczytam u Ciebie o zrealizowanych postanowieniach, też będę mogła się pod tym postem podpisać :-)

  • Odpowiedz Cotakpachnie? 7 stycznia 2017 at 10:12

    kochana, bardzo mądry i myślę też potrzebny post! warto robić coś dla siebie, najważniejsze, aby najpierw zmienić myślenie, a reszta pójdzie już sama :)

  • Odpowiedz dorota 9 stycznia 2017 at 16:32

    jak dla mnie jesteś jedyną blogerką, która potrafi przemycić „posty sponsorowane” w taki sposób, że nie tylko one nie odrzucają, ale zachęcają …
    brawo!
    sama zajrzałam na stronę drogerii , aby przeglądnąć ich asortyment :)

  • Zostaw coś po sobie