maxresdefault
Jak żyć

jesienna lista osobista, czyli najsmutniejsze piosenki (do patrzenia w siebie, i na siebie)

Znowu przymuliłam. Tym, którzy się martwili, spieszę donieść, że kurowałam się. Jak ostatnio napisałam, tak robiłam.

Nie kupiłam może „kardiganu z domieszką moheru”, ani „koca o warkoczowym splocie”. Poszłam za to wreszcie do fryzjera, odgruzowałam się częściowo z rzeczy niepotrzebnych, nabyłam też dla odmiany  takie, które mi się przydadzą. Generalnie w poszukiwaniu ukojenia bawiłam się w te zabawy domowe bardziej niż w spanie czy polegiwanie pod kocem. W rośliny, porządki i odgruzowywanie. Trochę żyłam też, zamiast ciągle pracować. Zdałam sobie sprawę, z ilu rzeczy wciąż rezygnuję chcąc publikować posty co drugi dzień. Ile mam zaległości w…no, w życiu po prostu, z powodu tempa, które sobie narzuciłam. Czuję, że muszę się uwolnić z tego przymusu, za bardzo mnie zaczął ograniczać już. Także ostatnie blogowe przestoje to takie odbieranie zaległego urlopu (bo na tym, co to go latem miałam, wstawałam o szóstej, żeby dokończyć posty, zanim się moi pobudzą). Zbieranie sił i pomysłów. Tych ostatnich to całkiem sporo nawet spisałam, o czym się niebawem przekonacie, tymczasem opowiem Wam, co jeszcze robiłam.

Mam bowiem jeszcze jedną strategię na taki czas, kiedy więcej myślę, niż działam. Otóż: dobijam się. Spokojnie, bez użycia ostrych narzędzi, autoagresja tylko emocjonalna. Smutnych piosenek słucham konkretnie. Słucham ich za często i za głośno, trochę się jakby pastwię nad sobą, a jednak jednocześnie oczyszczam. Zawsze tak miałam. Zaczęło się od Nirvany, jeszcze w podstawówce. Później R.E.M. i Oasis. Bush „Glycerine” wałkowany do zdarcia kasety. Pamiętam, jak w liceum katowałam się Garbage z walkmana i „Mellon Collie and the Infinite Sadness” The Smashing Pumpkins, z jamnika przy łóżku. Zazwyczaj wtedy, gdy pojawiały się jakieś nastoletnie tragedie miłosne. Odpływałam w magiczne światy z Björk i Massive Attack, smuciłam przy Coldplayu i Radiohead. Uwielbiałam ścieżki Preisnera z „Trzech Kolorów” i Lorenca z „Bandyty”. Później rozkochałam się w Adele i Lanie del Rey. Zawsze miałam słabość do smutnych piosenek, od kiedy pamiętam, szukałam w muzyce głębokiego poruszenia, silnych emocji, odrealnienia i mocnych wzruszeń. Muzyka to jest w ogóle, mam wrażenie, jedna z niewielu rzeczy w życiu, która pozwala zatrzymać się na moment, popatrzeć – na siebie i w siebie. Dopuścić do głosu rzeczy, które na co dzień zakopujemy głęboko. Takie pożyteczne rozdrapywanie ran ułatwia. Nie chodzi mi tu o jakieś bezmyślne wypłakanie się do smutnej nutki, a raczej – akompaniament, ułatwiający różne życiowe rozkminy.

Nie wiem, jak, ani kiedy to się stało, ale na mojej playliście zaczęli dominować polscy wykonawcy. Dziś prezentuję Wam moje ulubione smutne piosenki ostatnich miesięcy, wszystkie wyrywające z otępienia, poruszające serce do samego dna. Bierzcie, wzruszajcie się i oczyszczajcie. Tylko nie płaczcie za dużo!

KORTEZ „DOBRY MOMENT”

Już dawno w niczym się tak nie kochałam, jak w tej gitarze i w tym głosie. To najsmutniejszy i jednocześnie – najbardziej zmysłowy tembr na polskiej scenie. Pociągający tak, że nie można przestać. W samochodowym radio brakuje mi już skali, zaczynam się momentami bać, bo umiarkowanie jestem wówczas skupiona na drodze, a raczej odlatuję w kosmos razem z Kortezem. Przynajmniej tak to sobie wyobrażam. „Dobry moment” to singiel z jego drugiej płyty – już dawno na nic tak nie czekałam, jak na nią. „Bumerang” męczyłam przez ostatnie półtora roku z różną częstotliwością, ale zwykle to jednak wsiąkałam w jej klimat na co najmniej kilka dni w sposób totalny, pławiąc oraz tarzając się w tych dźwiękach i tekstach. A teraz ten „Dobry Moment” – wyciskacz łez to mało, to jest rozszarpywacz serc. Poważnie obawiam się wzrostu liczby rozwodów w Polsce, kiedy „Mój dom” – bo taki tytuł ma druga płyta – ujrzy światło dzienne. Jest to bowiem „osadzona w czterech ścianach i dziewięciu aktach historia rozpadu związku” i ja coś czuję, że rozkminy, czy aby to nie jest „dobry moment” mogą się niebawem pojawić na skalę masową w polskich domach. To jest jedna z najsmutniejszych piosenek na świecie. I jakkolwiek nie sprawia, żebym miała ochotę się rozwieźć, to – wybacz mężu – ale przytulić Korteza mocno do swojej piersi już tak. Co to jest za chłopak! Prostota, skromność, autentyczność; głos, co powoduje ciarki (zarówno na duszy, jak i na ciele) oraz przyspieszone bicie serca. Melancholia z gatunku hipnotyzujących i wsysających człowieka w całości. Absolutnie doskonałe to jest.

Z poprzedniej płyty (po tym, jak już odsłuchałam „Z Imbirem” siedem milionów razy, rzecz jasna) i sto pięćdziesiąt razy poryczałam się na „Zostań” najbardziej lubię chyba teraz „Ludzi z lodu” i

„POCZTÓWKĘ Z KOSMOSU”

MIUOSH & JIMEK & NOSPR „NIE MAMY SKRZYDEŁ”

Od czasów, kiedy we wspólnym pokoju mój młodszy brat krzywdził mnie polskim hip-hopem z połowy lat dziewięćdziesiątych, nie sięgałam po ten gatunek nadmiernie często. No dobra – nie sięgałam wcale. Dziś także nie sięgam jakoś namiętnie, ale już w duetach czy innych mariażach, które nadają hip-hopowym kawałkom bliższą memu sercu melodykę, potrafię przepaść bez reszty. Latem sprzedałam Wam już Tramwaje i gwiazdy – uwielbiam wszystko, co choćby musnęła w przelocie Kasia Nosowska, ale i ten Miuosh jak na rymującego kolesia jakoś wyjątkowo mi odpowiada, obłędny jest ten kawałek.  A już to, co zrobił z Jimkiem i Narodową Orkiestrą Symfoniczną Polskiego Radia plasuje się na samym szczycie mojej osobistej listy przebojów. Ciarrry, ciary za każdym razem, piękne to jest, aż serce boli. Cudowna jest też „Piąta Strona Świata” w tym samym towarzystwie, aż człowiek żałuje, że nie jest ze Śląska, a Katowice kocha, choć nigdy w nich nie był.

 ARTUR ROJEK „CUCURRUCUCU PALOMA”

No dobra, przyznaję, przez kilka lat po tym, jak miałam ochotę rzucić się pod skm-kę, słuchając w ciemne poranki „Wieży melancholii” na iPodzie, rzadko do niego wracałam. Jakaś groteskowa się dla mnie stała tamta płyta wręcz. Aż tu nagle wyszedł pan Rojek na scenę Męskiego Grania w tym roku i pojechał brawurowo. Bo nie wiem jak inaczej nazwać tego małego, drobnego człowieka, który na – jednak jakby nie patrzeć – dość młodzieżowym festiwalu, na koniec swojego występu wyjeżdża rozgrzanej publiczności z „Cucurrucucu”. Dla mnie to był akt odwagi i przyznaję – stałam i płakałam tam w tym tłumie. Wzruszenie milion, świat się zatrzymuje na chwilę, kiedy się tego słucha. Ni cholery nie wiem, o czym to jest, ale jakaś wielka tęsknota wisi w powietrzu.

MONIKA BRODKA & TOMASZ ORGANEK „W DESZCZU MALEŃKICH ŻÓŁTYCH KWIATÓW”

Moje drugie łzy na tegorocznym „Męskim”. A raczej pierwsze, chronologicznie rzecz biorąc. Tak inne wykonanie, że po pierwszych kilku taktach nie kumałam, że to kawałek Myslovitz, wyszlachetniał i nabrał głębi w tej wersji. Aż by się chciało, żeby oni to nagrali porządnie, bo jednak taki film z koncertu to nawet w połowie nie oddaje emocji, jakie były na żywo. Jakby się dobrze przyjrzeć, to pewnie widać mnie, jak tam stoję w tym tłumie, tuż przy reżyserce, i ryczę jak bóbr. Zrozumiałam w tamtej chwili dobrze, co to znaczy, że muzyka dotyka serca. Czułam się, jakby mi Monia z Tomkiem łapy wkładali w bebechy i miętolili nimi przez minut 6, pięćdziesiąt trzy sekundy. Nie bolało, było pięknie. Tylko mnie się szpachla wieczorowa naruszyła dość mocno.

.

SORRY BOYS „MIASTO CHOPINA”

Trochę mi już przeszedł początkowy szał na ten album („Roma”, dokładnie rzecz biorąc), ale kiedykolwiek leciał w tle moich Instastories, dostawałam milion pytań o muzykę. No to macie, ja już się wzruszam umiarkowanie, traktuję bardziej jak miłe plumkanie w tle, ale nadal go lubię. Trochę tylko się czuję jak debil, że klipu nie kumam, ale zakładam, że nie ja jedna. Przekombinowana ta metafora, ale nutki zacne.

PABLOPAVO „MISTRZU”

Odbieram ten kawałek przez pryzmat tragicznych wspomnień, więc dużo nie napiszę. Mnie boli.

Jeden z moich ulubionych męskich głosów, szorstki i hardy. Prezentuje męskość z gatunku podwórkowo-honorowych, wciąga w miasto pełne jąkałów, kupujących bułki z makiem (dwie), staruszków w bordowych kapciach i cuchnący wódką świat mordobić . Świetne teksty mądrego, miejskiego poety. Smutne, ale świetne. Pablopavo jest z tych, który by to dobrze spisał.

JULIA PIETRUCHA & DAWID PODSIADŁO „WE CARE SO MUCH”

Trochę mi ją obrzydziło słuchanie przez kilka tygodni non stop parę miesięcy temu, a trochę doniesienia, jakoby przywłaszczyła sobie kawałki byłego chłopaka. Trochę chyba też czar prysł, kiedy usłyszałam jak gada między piosenkami na koncercie – nie powinna za dużo gadać zasadniczo, lepiej niech śpiewa. Jej efemeryczna głębia znika, kiedy tylko otwiera usta, próbują wtrącić trzy zabawne zdania między kawałki, rozczarowująco nieudolnie niestety. Nie mniej jednak – jej czy chłopaka – kawałki są pyszne, może nie jakieś killery, ale nostalgiczne takie, ładne bardzo. Wszystkie z gatunku takich, że masz wrażenie, że już gdzieś je słyszałaś. Ten utwór, pewnie w dużej mierze ze względu na obecność Dawida, który, jak wiadomo – czego się nie dotknie, to zamienia w złoto, jest naprawdę wyjątkowy.

Poprzedni wpis Następny wpis

Mogą Ci się spodobać

38 Komentarze

  • Odpowiedz Misia 22 października 2017 at 09:30

    Też lubię smutne. Właściwie tylko takich słucham. Prywatnie do osób z ekspresja Klapouchego z Kubusia Puchatka nie należe, raczej przeciwnie, ale taka muzyka się właśnie zachwycam.
    M83- OUTRO
    Sleeping at last- Saturn
    Flight Facilities – Clair de line
    Seafret – Oceans

    To moje ulubione

    • Polka
      Odpowiedz Polka 22 października 2017 at 20:39

      Dzięki! przesłucham na pewno :)

    • Odpowiedz Ewa 23 października 2017 at 08:39

      Mogę polecić, moje odkrycie z ostatniego miesiąca Cigarettes after sex, dla mnie zachwycająca 😉. Miłego słuchania

      • Odpowiedz Misia 24 października 2017 at 10:27

        Znam,uwielbiam! Polecam! Nothings gonna hurt you baby

  • Odpowiedz Dobrawa 22 października 2017 at 09:37

    Polko kochana, niedzielny poranek, przy kawie zawsze z Tobą, nieśpieszne wprowadzenie w piękno.Proszę zwróć uwagę na muzykę Smolika, szczególnie Smolik / Kev Fox. To kosmos muzyczny, no chyba, że znasz, jeszcze Mary Komasa, Pozdrawiam :-)

    • Polka
      Odpowiedz Polka 22 października 2017 at 20:38

      Album Smolika z Kevem znam na pamięć 😉 Trzy razy byłam na koncercie nawet, jakoś o nim zapomniałam tutaj, pewnie dlatego, że przesłuchałam milion razy w ubiegłym roku i już nie mogę 😉

  • Odpowiedz Ania Kun 22 października 2017 at 11:20

    Polko :-) no boskie te kawałki :-) u mnie też są wysoko na mojej play liscie.

  • Odpowiedz Edyta Tkacz 22 października 2017 at 14:04

    O, akurat mam zaległości w polskiej muzyce, to się dokształcę. Wow, nie wiedziałam, że Artur Rojek wziął na warsztat piosenkę z meksykańskiego folkloru! Meksykanie jednak wkładają w jej wykonanie jeszcze więcej nostalgii. Julia Pietrucha jak zawsze świetna, a o przepychankach z byłym mam szczęście nie wiedzieć.:-)

  • Odpowiedz coonakombinuje 22 października 2017 at 16:06

    Pierwsza wolna i leniwa niedziela.
    Piję kawę i nadrabiam zaległości w sieci?. Wchodze tu i co? Przez Ciebie ostatnio męczyłam Korteza, a teraz to już w ogóle, chusteczek mi zabraknie chyba😉

  • Odpowiedz Agafia 22 października 2017 at 20:28

    Haha! Mam dokładnie tak samo, dokładnie. Nawet 90% artystów się zgadza… Wszelkie zawody miłosne, kłótnie z przyjaciółką, wszystko było „pogłębiane” dołująca muzyką, co pozwalało mi się totalnie wypłakać. A Taniec Eleny z „Bandyty” to dla mnie szczególny utwór – towarzyszył moim powrotom od Dziadka ze szpitala w Jego ostatnich dniach, pozwalał rozładować emocje. Jeździłam autem bocznymi ulicami i słuchałam tego tak głośno, że pewnie jeszcze pół miasta słuchało… A oprócz tego Taniec Eleny to u nas rodzinna piosenka – leci na każdym weselu i we wszystkie święta, kiedy około północy składamy stoły i zaczynamy tańczyć :)
    Pozdrawiam i życzę czasu dla siebie, odpoczywaj, ciesz się życiem, a my wytrzymamy jak będziesz pisała co trzy dni.

    • Polka
      Odpowiedz Polka 22 października 2017 at 20:44

      O rety, rzeczywiście podobny schemat mamy :) Ja właśnie też tak robię w samochodzie, identyko! U nas też jest sporo takiej rodzinnej muzyki – w sensie domu moich rodziców, sporo pięknych dźwięków wyniosłam stamtąd, a już największy killer, to „W kropki zielone” Ewy Małas-Godlewskiej. Tata włącza nam zawsze w Wigilię, już pod koniec wieczoru, a ja z mamą i ciotkami ryczymy jak bobry. Znasz? Bo jak nie, to dopisz do listy koniecznie 😉

  • Odpowiedz Lu 22 października 2017 at 20:41

    Cudownie! Bardzo chętnie poznam jakieś nowe zdolne dusze, bo akurat na to nie mam czasu i głowy, a nawet takiemu muzycznemu mainstreamowi jak ja nudzą się radiowe i wszechobecne kawałki 😛 A wbrew pozorom lubie posłuchać czasem też smutasów 😉 Uśmiechu!

  • Odpowiedz miau.kiki 22 października 2017 at 21:05

    Oj Polka, jakbym o sobie czytała… Jak sobie przypomne jak wszystkie kasety nirvany miałam hmm… „Rape me” 😍❤ a teraz tez katuje tego korteza w samochodzie najczęściej i tez mam fazy, najpierw zostań, potem pocztówka, bumerang i z imbirem.. ❤❤ w zeszłym tyg byliśmy na koncercie i to dopiero było przeżycie ah… Reszta ulubieńców tez wpisuje się w moja playliste także calusy Poleczko 😘😘

  • Odpowiedz Agata 22 października 2017 at 21:23

    Jestem dzieckiem hip hopu ze Śląska (rocznik ’84) do Kato rzut beretem, pamiętam jak dziś pierwszą kasetę Warszafskiego deszczu a potem spod ziemi Paktofonika (siostry kolega z klasy mi pożyczył bo znał ekipę więc siostra akurat była po stronie skatowanych tym gatunkiem). Do dziś mam sentyment i puszczam czasem na full w aucie ale od dłuższego czasu też lubię strasznie smutassy, jakoś wtedy świat mi się zawiesza i mam czas pomyśleć. Kocham Lykke Li a ostatnio Aurora skradła me serce (Runaway) i katuję jej płyte do bólu

    • Polka
      Odpowiedz Polka 22 października 2017 at 22:01

      Lykke Li też uwielbiam! A Aurory nie znam, dzięki za podrzucenie :)

      • Odpowiedz madziolamms 23 października 2017 at 13:44

        Polecam także Grammatik, album „Światła miasta”, jeśli chodzi o „dawny” hip-hop.

  • Odpowiedz Justyna 22 października 2017 at 22:44

    Uwielbiam wszystkie kawalki z miuosha i nospr jestem dumna lokalnym patriotyzmem.
    A moze ktoras z czytelniczek chcialaby przgarnac 2 bilety na konert Korteza 17.11 w Katowicach w rozsadnej cenie? Pech chce ze najpierw kupilam bilety a pozniej dosyalam 2 inne w prezencie urodzinowym i pakiecie z2 znajomych.

  • Odpowiedz Dagmara 22 października 2017 at 23:00

    Z polską muzyką mam związek burzliwy, rzadko nam się układa w sumie. Ale „Dobry moment” ryje serducho, że hej. Dzięki za polecenia!

  • Odpowiedz Anul 23 października 2017 at 08:22

    Nie znałam większości, ale… jakie to piękne. Dzięki!

  • Odpowiedz Karolina 23 października 2017 at 08:40

    Cucurucucu – Gołąb

    Mówią, że w nocy tylko płacze, jedynie żali się,
    Mówią, nie je nic, jedynie pije.
    Przysięgam drżało niebo
    słysząc jego płacz,
    bo cierpi tęskniąc za nią
    I aż do śmierci wzywa ją.
    Ay, ay, ay, ay, ay śpiewał,
    ay, ay, ay, ay, ay jęczał,
    Ay, ay, ay, ay, ay śpiewał,
    Ta śmiertelna pasja zabija go.
    Jak smutno będzie gołębiowi, wczesnym rankiem, śpiewać samotnie,
    pod pustym domkiem z otwartymi drzwiczkami.
    Przysięgam, że ten gołąb wie,
    czym ciągle niefortunna miłość jest
    Ku kuru ku -gołębiu
    ku kuru ku nie płacz już.
    Nigdy kamienie nie dowiedzą się
    To, co gołąb o miłości wie.
    Ku kuru ku, ku kuru ku,
    ku kuru ku, ku kuru ku,
    ku kuru ku, gołąbku, nie płacz już.

    PIĘKNY TEKST. Pozdrawiam

  • Odpowiedz Marta 23 października 2017 at 09:27

    nie wszystkich znam – nadrabiam:)
    ja ostatnio wałkuję muzykę z serialu „Wielkie kłamstewska” – fenomelnalna!!!

  • Odpowiedz polecam 23 października 2017 at 09:51

  • Odpowiedz Ange76 23 października 2017 at 09:56

    Choć lubię smutne piosenki to z panem Kortezem się nie lubię :) Natomiast cała reszta do mnie przemawia, a Cucurruccucu Paloma, to ostatnio w kółko nucę :)

    Co do Twojego „zaległego urlopu” – każdemu się należy, czasem po prostu trzeba odpocząć i zająć się czymś innym. Ja się nie obrażam na zbyt rzadkie posty, bo Twoje są z reguły tak dopracowane, ze jest do czego wracać :)

  • Odpowiedz Ola 23 października 2017 at 10:12

    Polko, już czytając czego słuchałaś kiedyś, kiedyś widziałam, że mamy podobne gusta muzyczne.
    Szybko wgrałam szybko polecane przez Ciebie piosenki i OMG!!!! Odpłynęłam!

    Więcej, więcej!

  • Odpowiedz Paulina 23 października 2017 at 13:05

    Ja jeszcze dodam mój wyciskacz łez
    Skubas ” Nie mam dla Ciebie miłości”
    Polecam

  • Odpowiedz Martyna 23 października 2017 at 14:54

    Polko, te wszystkie piosenki są mi tak bliskie, jak bliska jest mi trójeczka. Teraz słucham audycji Stelmacha i rozkoszuję się każdą piosenką. Pozdrawiam ze Śląska i zapraszam do nas serdecznie !!

  • Odpowiedz Natalia 87 23 października 2017 at 18:43

    A ja tak z innej beczki. Siedzę sobie dziś u fryzjera, przeglądam październikową gazetę. Na jednej ze stron coś o hygge, oglądam stronę i co widzę? Ano polecają dwie książki, jedna z nich to , oczywizda, „Suma drobnych radości”. Pozdro z Małopolszy:)

  • Odpowiedz Agata 23 października 2017 at 19:41

    A ja polecam Ci Marcelinę”gonić burzę”;Marikę”Marta Kosakowska”;Daniel Spaleniak;Marię Peszek of kors
    A zaa oceanu nowy album Alicii Keys i Solange;pozdrowienia for you!!!

  • Odpowiedz Córka Górnika 23 października 2017 at 20:09

    Mam to szczęście…jestem ze Śląska…od zawsze…płaczę

  • Odpowiedz Lucyna 23 października 2017 at 20:55

    Tytuł powinien brzmieć nie tylko „osobista”, ale też baaardzo subiektywna lista 😉 Też przerabiałam R.E.M, Coldplay, „Bandytę”…a jednak tutaj totalnie nie czuję klimatu. Ani nie rusza mnie Kortez, więcej- on mnie nawet drażni (mój mąż nazywa takie utwory muzyką na porost włosów ;)) ani Brodka, ani śpiewająca aktoreczka. Totalnie nie rozumiem tych zachwytów 😉 Ale jak to się mówi-o gustach się nie dyskutuje 😉

  • Odpowiedz asia 24 października 2017 at 18:58

    A może zrobisz Polko taką listę, ale nie polskich zespołów?ciekawa jestem bardzo!Pozdrawiam serdecznie ps. fascynacje podstawówkowo – licealne miałam takie same (rocznik 82′)

  • Odpowiedz Paulina 25 października 2017 at 12:36

    Smuteczek, ale taki uroczo-smutny, to zawsze „Zosia” Roguckiego- nie wiem, co ma w sobie ta nuta, ale mnie rozmiękcza i poci oczy od razu. W ogóle cały ten solowy album Ruguca z jego wcześniejszymi, bardzo poetyckimi utworami, jest świetny i idealnie smutny („Wrony”, „Kot”, „A my”), cudo. A jak mam doła jak niedźwiedzia nora i chcę się już do reszty emocjonalnie pochlastać (jeszcze przy PMS-ie najlepiej), to wtedy zarzucam „Leszka Żukowskiego” Comy.

  • Odpowiedz Skakanka 25 października 2017 at 18:18

    Artur Rojek <3

  • Odpowiedz Jonathan 27 października 2017 at 09:42

    Polko kochana jak czytałam o piosenkach Korteza to aż sie śmiechłam, przecież u mnie na okrągło ” Z imbirem”, „Ludzie z lodu” i ” Zostań” 😀

  • Odpowiedz Jonathan 27 października 2017 at 10:00

    Do takich nostalgicznych, melancholijnych nut dołożę ballady Stinga. Przed 10 laty przemierzając o zmroku ulice Chicago te piosenki zaczarowywały chwile. Do dziś gdy je usłyszę w przelocie w momencie znowu jestem w starym Nissanie na Belmont ave … https://www.youtube.com/playlist?list=PL898251D9CE0D9479

  • Odpowiedz gosavila 3 listopada 2017 at 11:42

    Polko, a moze playlisty na Apple Music albo Spotify? :)

  • Odpowiedz Maja 3 listopada 2017 at 22:52

    Jakie mam szczescie, ze siedziałam dzisiaj na Twoim blogu i szukałam przepisu na curry z dynią 😀
    I przypadkiem …
    Koreteza poznałam ! Dziekuje !!!!!!
    Teraz życie jest INNE :))

  • Odpowiedz Sandru 24 października 2017 at 18:27

    O tak! Cudowne utwory, co do M83 to jeszcze polecam „Wait”. Seafret odkryłam przez VEVO dscvr – polecam kanał na YouTube, dużo ciekawych utworów, mniej znanych, jeszcze, artystów :) Kortez i jego „Dobry moment” męczę od dłuższego czasu ❤️ Od siebie dodam Kings of leon „Dancing on my own” oraz totalny smęcik, który kocham czyli Dave Matthews „Some devil” 😘

  • Odpowiedz na „PaulinaAnuluj