25
Jak żyć, Wnętrza

jak stąd na księżyc, czyli historia pewnej miłości

To było dziewięć lat temu w kwietniu, w Wielki Piątek konkretnie, miejsce akcji: Sopot. Wzięłam wolne z pracy, co by się do Świąt szykować, żeby napiec serników i mazurków. W trakcie, gdy jeden z nich siedział w piecu, wzięłam prysznic. Tuż po kąpieli, jeszcze z mokrymi włosami i jakimś ciastem w piecu, odebrałam telefon. Głos w słuchawce, choć ze wszystkich najdroższy i najbardziej znajomy, brzmiał dziwnie poważnie, kiedy mówił: „w sypialni, pod Twoją poduszką, jest wiadomość. Przeczytaj wszystko dokładnie, bo nie będę powtarzał. Postępuj zgodnie ze wskazówkami. Czas: start.”

Zdębiałam. O co kaman? Tyle zdziwiona, co zaintrygowana, sięgnęłam pod poduszkę i faktycznie – znalazłam tam malutką, kremową kopertę. Zgodnie z zawartą w niej informacją, zaczynałam właśnie bliżej niezrozumiałą grę i miałam kwadrans, aby dojść we wskazane miejsce po dalsze instrukcje. Wyłączyłam piekarnik, ubrałam się szybko nie dbając o szczegóły stroju, makijaż ani wysuszenie włosów. Połknęłam haczyk, pobiegłam.

Kolejna koperta, którą wkrótce wytropiłam kilkaset metrów od domu, kierowała mnie do „naszego” sklepu – zaprzyjaźnionego spożywczaka, w którym robiliśmy niemal codziennie zakupy. Miałam poprosić w nim o kilo gwoździ, by pokierowano mnie dalej. Mimo że lubiłam sądzić o sobie, że nie dbam o konwenanse, miałam wewnętrzny opór, spotęgowany niepewnością, czy dobrze rozgryzłam zagadkę – chodziło bowiem o miejsce, w którym bywamy „w prawie każdą sobotę rano”, a w tamtym okresie dość często zdarzało nam się jadać weekendowe śniadania na Monciaku, a nie tylko kupować bułki w tym sklepie. Zaryzykowałam, wymamrotałam coś o tych gwoździach, gdzieś między wodą, a gumą do żucia i usłyszałam od ekspedientki „aaaaa, to Paaaani!”, akompaniowane cichym chichotem, wymienionym z ekspedientką numer dwa. Dostałam kopertę, rozerwałam ją nerwowo i pobiegłam, bo też i spory kawał miałam do przejścia, żeby o czasie dotrzeć pod wskazany adres i oczekiwać tam przy budce telefonicznej na dalsze instrukcje.

No i w tym miejscu trochę pobłądziłam, gdy dobiegłam zdyszana na róg wymienionych ulic, budki nie ujrzawszy, cofnęłam się kilkadziesiąt metrów do innej – jedynej, jak sądziłam, w tamtej okolicy. Stałam, czekałam, nasłuchiwałam, rozglądałam się – nic. W pewnym momencie w oddali – na ławce w Parku Północnym zamajaczyła znajoma kurtka. Postać w nią odziana, kryła się konspiracyjnie za ciemnymi okularami i gazetą na tyle nieudolnie, że rozpoznałam w niej naszą przyjaciółkę, z którą w tamtym czasie pracował mój chłopak, Wojciech. Gestem niczym z filmu sensacyjnego klasy B wykonała telefon i oddaliła się w pośpiechu, zostawiając mnie zdezorientowaną na chodniku kawałek dalej od rzeczonego aparatu telefonicznego. Wtem rozległ się dzwonek, taki oldskulowy, nie zostawiający złudzeń, że dochodzi z budki – mam ją! Była tuż za rogiem (swoją drogą, kto stawia w 2007 roku w Sopocie dwie budki telefoniczne, jedna obok drugiej, heloł?!). Dobiegłam, odebrałam. „Hi, Anieeeshka!” – usłyszałam w słuchawce i wybuchłam śmiechem, słysząc głos naszego kumpla, Davida, który telefonował do tego aparatu z samego centrum Londynu. Chichraliśmy się tak w słuchawkę dobrą chwilę, by wreszcie dojść do sedna sprawy – mam cisnąć do usytuowanej kilka ulic dalej winiarni, wewnątrz dowiem się więcej. Pokrzepiona nieco serdecznym głosem kochanego Davida i rozluźniona dawką śmiechu, ruszyłam przed siebie. Przed dobrze mi znanym sklepem winiarskim stał mój rower! Weszłam do środka, przedstawiłam się, wręczono mi mój osobisty, wiklinowy, rowerowy kosz, wypełniony: winem, bukietem niezapominajek i kopertą. Wewnątrz był mały kluczyk i lakoniczny komunikat: „dworzec PKP, nasz numer”.

Pojechałam więc czym prędzej, a na miejscu ruszyłam w kierunku skrytki bagażowej. Drzwiczki z numerem siedem otworzyły się posłusznie, ujawniając swą zawartość: wielki zwój szarego papieru, złożonego wielokrotnie, który okazał się ręcznie wykonaną (ręką nie byle jaką, od razu rozpoznałam w niej nonszalancką kreskę znajomej artystki) mapą Sopotu. Wszystkie strzałki kierowały mnie na Hipodrom, co byłoby pewnie przyjemną przejażdżką rowerem przez pół miasta, gdyby nie fakt, że miałam na nią…10 minut! Musiałam być na miejscu o 19, inaczej „wszystko przepadnie”…Śmiałam się sama z siebie w duchu, kiedy pedałowałam zawzięcie willowymi uliczkami, włos miałam rozwiany, komary na zębach, pojęcia nie miałam, o co chodzi, czułam jednak, że rzecz jest poważna, a plan misterny. Liczba zaangażowanych dotychczas osób trzecich dawała do myślenia, równie mocno, co fakt, że następnego dnia mieliśmy świętować naszą czwartą rocznicę. Spocona, bez tchu, dojechałam do stadniny pięć minut po czasie…nie miałam pojęcia, gdzie pójść ani czego szukać, lecz niepewność nie trwała długo. Już u bram zgarnęło mnie dwóch wiekowych stajennych w bryczce, którzy mimo braków uzębienia i nadmiernej wesołości byli na tyle przekonujący, że zgodnie z ich poleceniem zostawiłam rower przy stróżówce i pojechałam z nimi w nieznane. Nigdy nie zapomnę tego wieczornego światła i tej ciszy sopockich uliczek, w której rytmiczny dźwięk kopyt był jak tykanie zegara, odliczającego czas do godziny zero. Napięcie rosło, czułam, że rozwiązanie zagadki jest już blisko, beształam się w myślach za swoje podejrzenia i jechałam, z bezzębnym panem Heniem i jego kumplem, w coraz bardziej znajome rewiry, zbliżając się do miejsca, w którym mój, wtedy jeszcze chłopak, urządzał wówczas knajpę.

Nie myliłam się, zanim słońce całkiem zaszło, dojechaliśmy pod budynek, w którym trwały prace remontowe, a z którego w ciągu paru tygodni miał wyłonić się bar z artystycznym hotelikiem. Panowie życzyli mi powodzenia i odjechali, z szelmowskimi uśmiechami na ustach, zostawiając mnie przed czerwonymi drzwiami, lekko już zmęczoną i mocno przejętą. Nacisnęłam na klamkę, drzwi były otwarte, wewnątrz zobaczyłam strzałki, kierujące mnie na schody. Na klatce kolejne – szłam powoli, trzy piętra w górę, serce waliło mi jak głupie, bo czułam już, co, a raczej – kogo zobaczę na górze. Na ostatniej kondygnacji, w której powstawał wówczas najpiękniejszy w całym hotelu apartament, na środku wielkiego, pustego pokoju, w półmroku, stał stolik. Na nim największy, jaki w życiu widziałam bukiet najpiękniejszych, jakie w życiu widziałam, białych tulipanów, butelka wina, dwa kieliszki. Przy stole on, z miną, którą była mieszaniną satysfakcji i dumy z nieśmiałością i zmieszaniem. Już wiedziałam, co zaraz powie. A raczej – o co zapyta. Serce miałam w gardle i łzy w oczach. A on, skubany, zapytał, czy chce mi się pić, po czym napełnił kieliszki schłodzonym białym. Kiedy już pierwsze łyki ukoiły – zarówno pragnienie, jak i skołatane nerwy, a wymiana porozumiewawczych spojrzeń i znaczących uśmiechów musiała się wreszcie skończyć, wreszcie wyjął z kieszeni pierścionek i zapytał, czy zostanę jego żoną.

Co ja biedna mogłam na to odpowiedzieć w takich okolicznościach przyrody? Nie odpowiedziałam nic, tylko poryczałam się koncertowo, jak na romantyczne oświadczyny przystało, i jeszcze dłużej. A potem całowaliśmy się, długo jak na zaręczyny przystało, piliśmy to wino i omawialiśmy backstage przedsięwzięcia, przy akompaniamencie mojego pociągania nosem i smarkania w chusteczkę.

Rok i trzy miesiące później, w tym samym Sopocie, zostałam jego żoną. Nie obyło się bez zwrotów akcji, zarówno przed, w trakcie, jak i po rzeczonej ceremonii, lecz stan na dzisiaj (cywilny: mężatka), świadczy o tym, że niegłupie było to posunięcie. Osiem lat po ślubie, dziewięć lat po zaręczynach w konwencji gry miejskiej, trzynaście lat od pierwszego buzi-buzi, tysiącpięćsetstodziewięćset kłótni oraz dwoje dzieci później, wspominam tamten dzień ze łzami w oczach. Do dziś uwielbiam tulipany i Sopot, nieustającym sentymentem darzę Hipodrom i Wielkie Piątki. Wciąż kocham tego faceta, który, choć porównywalnie romantycznych zrywów więcej już niestety nie miał, to nadal wypełnia moje życie sporą dawką emocji, kreatywności i szczęścia. Jak stąd na księżyc i z powrotem go kocham, fajny z niego chłopak.

11

2

3

13

4

9

24

17

5

12

10

14

15

22

23

25

7

 

Obchody rocznicowe upiększyły nam miłosne plakaty typograficzne Lemon Ducky:

you+me

Love you to the moon and back

Love (personalizowany)

Poprzedni wpis Następny wpis

Mogą Ci się spodobać

41 Komentarze

  • Odpowiedz Dagmara 24 kwietnia 2016 at 21:06

    Piękna historia! siedzę i rycze, taki teraz wieczór zafundowałas:) normalnie kino akcji! dużo miłości życzę!

  • Odpowiedz Kasia 24 kwietnia 2016 at 21:08

    Czytam i rycze 😢nie doczekam tej chwili😯 cudne

  • Odpowiedz Kempina 24 kwietnia 2016 at 21:21

    Aaaaa! Oczywiście, że się poryczałam.
    Nasza historia za to zawsze wygrywa konkursy na najbardziej żenujące zaręczyny 😉 Otóż mój małżonek jako ówczesny chłopak podczas jednej z wielu kolacji w knajpie stwierdził „a, mam coś dla ciebie. zamknij oczy.” Kiedy otworzyłam, na stole stało pudełeczko, a on rzekł: „no to?” 😫

  • Odpowiedz Ilona 24 kwietnia 2016 at 21:29

    Całkiem klawa historia 😉 Mój oświadczył mi się 2 lata temu w moje 30 urodziny, po pracy wywiózł mnie poza miasto mówiąc że ma dla mnie niespodziankę, wcześniej byłam świadkiem podejrzanych rozmów telefonicznych odnośnie pogody (to był sierpień) zapowiadało się na deszcz. W drodze wściekałam się że jak to będzie skok ze spadochronem to zabiję 😁 Na miejscu zastałam helikopter 😊 a to było moje małe marzenie o którym wiedział. Oczywiście podniecona sytuacją zadawałam w trakcie lotu (nad Warszawą) setki pytań pilotowi między innymi czy może się „zatrzymać” w powietrzu a on na to że za chwilę to zrobi. Będąc w okolicach Narodowego On wyjął pierścionek i zapytał czy zostanę Jego żoną 😀 Oczywiście się zgodziłam ale tak mnie zatkało i byłam w takim szoku że nie mogłam płakać zresztą przy porodzie miałam tak samo 😂 myślałam, że będę ryczeć jak bóbr a tu nic szok zapierający dech w piersiach 😀 Taka to była moja historia 😉

  • Odpowiedz Pola 24 kwietnia 2016 at 21:32

    Faktycznie film można nakręcić 😊 samych szczęśliwych chwil Wam życzę ☺

  • Odpowiedz Karolina 24 kwietnia 2016 at 22:05

    Piękna historia :-)Jak z nie byle jakiego romansu klasy A!

  • Odpowiedz MagdalenaB 24 kwietnia 2016 at 22:07

    dobrze to przeczytać na pięć dni przed własnym ślubem…. w Sopocie!! <3

  • Odpowiedz Madziam7 24 kwietnia 2016 at 22:13

    Świetna historia.. gratuluję Wam z serducha :)

  • Odpowiedz Monika 24 kwietnia 2016 at 22:17

    tatuaże <3

  • Odpowiedz Ola 24 kwietnia 2016 at 22:21

    Haha ale fajowe zaręczyny :) moj oświadczył mi sie w jednej z sopockich knajp na monciaku. Chciał sie ratować bo tego dnia tak mnie wkurzył ze postanowiłam z przytupem,że to koniec tej milosci! Wpadł do tego baru, po drodze pożyczając kase od kumpla by wykupić wszystkie kwiaty od tego Pana, ktory od lat chodził po knajpach i kwiaty sprzedawał (ten w okularach,wiecie ktory no nie?) no i się oświadczył. W szoku byłam wiec się zgodziłam. 9lat i dwójkę dzieci poźniej wciąż chce mi się śmiać z tego wieczoru, ale to chyba dobrze?

  • Odpowiedz susannaromana 25 kwietnia 2016 at 01:09

    No i uryczałam się, piękna historia!!! Szczęściara z Ciebie Agnieszko !!!
    Wszystkiego najlepszego na kolejne lata !!!

  • Odpowiedz Małgosia 25 kwietnia 2016 at 01:18

    Trochę w stylu filmu „Amelia” 😉 piękna historia!

  • Odpowiedz Małgosia 25 kwietnia 2016 at 01:26

    A swoją drogą szacun dla Pana Wojtka- nie dość, że za kreatywność, to jeszcze za fakt, że był w stanie wysiedzieć w tym pokoju w niepewności, czy jego przyszła narzeczona nie zgubi się gdzieś po drodze… Ja bym nie dała rady psychicznie tego unieść 😉

  • Odpowiedz aga 25 kwietnia 2016 at 06:08

    cudne :)

  • Odpowiedz MelMel 25 kwietnia 2016 at 07:44

    A co się wydarzyło z rowerowym koszem, a raczej zawartością kosza, który był wypełniony : winem, bukietem niezapominajek i kopertą ? skoro wino czekało już na miejscu :)

    • Polka Dot
      Odpowiedz Polka Dot 25 kwietnia 2016 at 09:03

      Zabrałam je ze sobą do bryczki 😉 okazało się, że to był prezent od winiarni, został skonsumowany jeszcze tego samego wieczora w towarzystwie znajomych – cała nasza banda czekała na nas w mieszkaniu tego szpiega z parku przy budce 😉

  • Odpowiedz Karo 25 kwietnia 2016 at 08:06

    Takich mężczyzn nie spotyka się często, ale na szczęście istnieją :) świetna historia :)
    PS. Te plakaty są wielkości A4 ?

    • Polka Dot
      Odpowiedz Polka Dot 25 kwietnia 2016 at 09:01

      Moje są A3, ale można zamawiać różne rozmiary.

  • Odpowiedz mancewka 25 kwietnia 2016 at 09:14

    Wylałam morze łez, ale tych bardzo bardzo pozytywnych- Cudowne wspomnienia i fantastyczna „ta” Wasza miłość, rzeczywistość ….- życie Mnóstwo Miłości do końca świata życzę :)

  • Odpowiedz Anka skakanka 25 kwietnia 2016 at 09:36

    Piękna historia. Trochę jak p.s.kocham cię 😉 wszystkiego dobrego na dalsze lata razem :)

  • Odpowiedz Magda J 25 kwietnia 2016 at 09:42

    Aż się poryczałam..

  • Odpowiedz Agnieszka 25 kwietnia 2016 at 12:30

    Fajna historia.Romantyczny był ten Twój mąż Agnieszko.Życzę dalszych wspólnych lat w szczęściu.Pozdrawiam.

  • Odpowiedz naciao 25 kwietnia 2016 at 12:48

    ależ się wzruszyłam! łooohooo! :) Kolejnych cudownych wspólnych lat Wam życzę 😉

  • Odpowiedz GosiaSkrajna 25 kwietnia 2016 at 13:25

    Aż się wzruszyłam…wow…nic więcej nie mogę napisać…

  • Odpowiedz Cotakpachnie 25 kwietnia 2016 at 14:54

    Pięknie. Naprawdę pięknie. :)

  • Odpowiedz Śmietankowy Dom 25 kwietnia 2016 at 16:04

    Wchodzi Śmietankowy mąż do kuchni patrzy na mnie jak na wariatkę (poszłam „popracować” przy kompie nieee) i pyta mocno zdegustowany „a Tobie cooo?”..nic…odpowiadam…czytam sobie…
    Bo ja się poryczałam wiesz….

    ze też musiał wejść akurat nie?

    Ale fajne Love story!!!

  • Odpowiedz salusiowo 25 kwietnia 2016 at 17:43

    Romantycznie..
    Jak w każdym związku u nas też milion klotni.. 6lat małżeństwa 8 związku i cudowny syn w prezencie

  • Odpowiedz asia 25 kwietnia 2016 at 19:26

    bardzo fajny z niego chłopak, rozrywkowy i z fantazją. od gwoździ do szampana długa droga, ale bezcenna, niezapomniana na całe życie :)

  • Odpowiedz Ola 25 kwietnia 2016 at 20:43

    OMG pięęęęęęękna historia, romantyczna, cudna, czułam się jak w kinie:) pozdro dla extra męża i samych cudownych chwil dla Was:)

  • Odpowiedz Corka Romana 25 kwietnia 2016 at 20:46

    Przez ten Twój blog ślubny ciągle mnie pyta czy mam PMS, albo płaczę ze wzruszenia, albo ze śmiechu, innym razem czytam i nie odpowiadam na jego pytania (wtedy tez mam PMS bo jestem nieobecna). Pięknego życia A&W

  • Odpowiedz Justyna 25 kwietnia 2016 at 21:45

    Pieknie! Gratuluje Wam serdecznie. Chcialam spytac co z knajpą i hotelikiem? Jak udalo sie przedsięwzięcie? :)

  • Odpowiedz Natka_Patafianka 25 kwietnia 2016 at 23:24

    Pięknie! Niech pozostanie już tak zawsze! A M E N :)

  • Odpowiedz Lorka 26 kwietnia 2016 at 08:55

    cudna historia!

  • Odpowiedz Monia I Mamainspiruje 26 kwietnia 2016 at 13:46

    Szóstka z koroną za romantyzm :) :)

    Kolejnych wspaniałych lat razem :)

  • Odpowiedz Monkafilifionka 26 kwietnia 2016 at 16:13

    Piękna historia, wzruszyłam się:). Wszystkiego dobrego na kolejne lata!!!

  • Odpowiedz cherries_in_the_snow 27 kwietnia 2016 at 12:07

    Świetne oświadczyny i opisane w bardzo wciągający i czuły sposób 😊
    Moje były tradycyjne, w domu. Nie chcieliśmy nic szalonego, bo mocnych przeżyć mieliśmy aż nadto (3 miesiące wcześniej spalił mi się prawie cały dom 😢). Od naszej pierwszej randki minie w tym roku 16 lat. W sierpniu będziemy obchodzić 10 rocznicę naszego ślubu, mamy dwójkę cudownych urwisów. Tyle lat, przeżyć razem a wciąż potrafimy się zaskakiwać ☺ I tak jak ty dalej, nieprzerwanie i ogromnie mocno kocham tą moją drugą połówkę. Przekonałam się już nie raz, że nie ważne gdzie i w jakich okolicznościach ważne, aby zawsze być razem… naszą czwóreczką ☺

  • Odpowiedz Mała Mi 28 kwietnia 2016 at 10:15

    Woow! Gratulacje! Mąż pomysłowy i romantyczny! Wiedział jak się zabrać do rzeczy ;). Brawo!

  • Odpowiedz wiss 28 kwietnia 2016 at 20:42

    Wspaniała historia, a mąż to chyba w marketingu/ PR/ albo reklamie pracuje. Jak nie – to niech się chłopak przebranżowi bo widać, że ma do tego głowę :) Co do oświadczyn- mój mąż zrobił to przy sofie u nas w domu, bardzo nieromantycznie i bardzo zwyczajnie- ale słowa, które wypowiedział echem odbijają się w mojej głowie kilka lat później wywołując tę samą lawinę łez. Akompaniament smarków to chyba norma zatem 😀

    • Polka Dot
      Odpowiedz Polka Dot 11 maja 2016 at 10:26

      A pracuje 😉

  • Odpowiedz ag 27 lipca 2016 at 00:25

    historia ładna, choć Wielki Piątek to raczej w kościele powinniście spędzać, w zadumie nad męka Pańską, a nie biegać po mieście i pić szampana. Radzę przemyśleć… chyba że nie jesteście wierzący, wtedy to inna sprawa.

  • Odpowiedz małgo 15 listopada 2016 at 15:05

    Wow, super! zazdroszcze! marze, zeby chocby raz ktos dla mnie cos takiego zrobił. :)))

  • Zostaw coś po sobie