il_570xN.1106654898_ci8d
Jak żyć

dzień świstaka

Są czasem takie dni, kiedy czuję, że rozumiem wszystkich szaleńców, którzy przeszli niechlubnie do historii za nieuzasadnione otwarcie ognia do ludzi na ulicy, w kinie czy szkole. W te dni widzę swoją wkurwioną twarz na okładkach gazet. I chyba tylko wizja policjantów, odprowadzających mnie do radiowozu i moje wyobrażenie współwięźniarek (oraz tego, co by ze mną zrobiły) powstrzymuje mnie przed otwarciem ognia. Brak broni palnej w sumie trochę też. Wespół z poczuciem, że jednak moja twarz źle komponowałaby się z logo „Faktu” i wielkim napisem „TAK WYGLĄDA BESTIA” (jestem pewna, że gnojki nie pozwoliłyby mi się nawet wykonturować do zdjęcia).

Są czasem takie dni, kiedy przeklinam w duchu moment, w którym moja komórka jajowa połączyła się z plemnikiem starego. Kiedy, alternatywnie do wymordowania rodziny, fantazjuję o spakowaniu walizek i ucieczce na Zanzibar. To dni świra, dni świstaka, kiedy jedno deja vu pogania kolejne. Otwierasz oczy i – pach! Znowu ta sama scena, mogłabym przysiąc, że widziałam to już setki razy, a ostatnio nie dalej jak 24 godziny temu. Znowu pół godziny za późno, znowu się nie wyspałam, znowu leżę ogołocona z kołdry na brzegu łóżka, znowu słyszę ten sam jęk, a później protest – dziecko nie wstaje. O, tak będzie spało. Znowu ubieranie skarpetek na wierzgające stopy, znowu naciąganie bluzki z użyciem przemocy, kolejna próba uczesania poczochranej czupryny zakończona fiaskiem. Kolejne śniadanie, tym razem w roli porannego eksperymentu dwulatki cała paczka płatków śniadaniowych ląduje na podłodze.  Bez opakowania, rzecz jasna. W sumie lepsze to od wczorajszego zielonego koktajlu wychlupanego z premedytacją na nasz jesion lemon sorbet. Dwudziesty ósmy w tym roku zestaw kanapek do szkoły i pracy. Sałatki, jabłuszka, bakalie, chuje – muje, dzikie węże. Potem już tylko poganianie, łapanie uciekinierów, ubieranie kombinezonu z użyciem przemocy oraz butów na wierzgające stopy, foch, obraza i nara, wychodzą. Jedyne, na co mam wtedy ochotę, to wrócić pod kołdrę i planować swoją ucieczkę na Zanzibar, ale nawet na to za mało szalona jestem. Ścielę łóżka: jedno, drugie, trzecie, zbieram z podłogi pogubione części piżam i garderoby, brudne zanoszę do kosza. W łazience zawsze mam dzień świstaka – mogłabym przysiąc, że co rano widzę pełny kosz, piorę więc codziennie jego zawartość, a tu znowu doszło do jakiegoś pączkowania skarpet czy innego cudownego namnożenia gaci. Serio, dzieci powinny matkom na laurkach rysować puste kosze na pranie zamiast kwiatków i księżniczek. To śmielsza i bardziej utopijna wizja niż obrazek całej rodziny spacerującej po tęczy.

Kiedy już puszczę pralkę, oddaję się dobrze znanej sekwencji czynności kuchennych. Zbieram niedojedzone owsianki i jogurty, wycieram stół, podłogę, a czasem i ściany. Sprzątam kuchenne blaty z obierków i innych pozostałości po chaotycznym wytwarzaniu kanapek i sałatek, podnoszę z podłogi ogryzki, orzeszki i liście sałaty. Rozładowuję zmywarkę, ładuję zmywarkę. Wyciągam ze zlewu resztki fusów, rozmoczone skórki od chleba i płatki owsiane. Mimo, że mam ochotę pierdolnąć nimi o ścianę, wyrzucam grzecznie do kosza. Staram się nie potknąć o paprochy na podłodze, nie patrzę w dół, dzięki czemu już po godzinie od wstania zaczynam pracę. Czuję się wtedy trochę jak sprzątaczka w ministerstwie, którą oderwano od szmaty i kazano napisać ustawę.

Siadam i piszę więc, starając się jednocześnie nie patrzeć w dół i ignorować kolejne piski kolejnych urządzeń, informujących mnie dyskretnie, że pora je opróżnić. Na wszelki wypadek nie opróżniam – o ile jeszcze ciskanie mokrymi ubraniami o ściany jest stosunkowo niegroźne, to już miotania pastelową porcelaną mogłabym później żałować. I tylko powtarzam sobie w myślach – nienawidzę Was, brudne kubki i talerze, poplamione bluzeczki, upaćkane skarpetki. Nienawidzę Was, pralko, suszarko i zmywarko, nie bardziej pewnie niż Indianka rzeki, ale jednak – nienawidzę. Nienawidzę Was – dni, kiedy rozumiem szaleńców, wypełnione praniem, pucowaniem, odkurzaniem, wycieraniem, podnoszeniem, szykowaniem, siekaniem, opróżnianiem, ładowaniem. Nienawidzę okruchów, włosów, zachlapanych luster, wysypanych klocków, wylanych soczków. Są takie dni, kiedy na widok kosza z praniem mam ochotę wyć i kiedy wysypane celowo na podłogę płatki stają się zapalnikiem. Lont już był, doskonale przygotowany do wybuchu. Wystarczy wierzgająca nogami dwulatka i jej poranny eksperyment, a sprzątaczka, praczka i kucharka w jednej osobie eksploduje niczym jeden z szaleńców, tyle, że bez broni palnej. Ciska wrzaskami, miota złością, warczy i złorzeczy.

Znacie te dni? No, to ja właśnie wczoraj taki miałam. Jeśli liczyłyście, że ten wpis zakończy się happy endem i wzruszającą konstatacją, że przecież kocham męża i dzieci oraz jak zbłądziłam – muszę Was rozczarować. Jeśli miałyście nadzieję, że ten wpis zakończy reklama odkurzacza, który sam sprząta, pralki, która sama się ładuje, a potem układa ubrania w szafach, względnie – robota kuchennego, który sam robi owsianki i kanapki do szkoły – muszę Was rozczarować. Nie ma happy endu, nie mam dobrej rady dla nikogo, kto też widzi czasem swoją wkurwioną twarz na okładkach gazet i tylko brak broni palnej go powstrzymuje. To się nigdy nie kończy i ja nie mam żadnej blogerskiej sztuczki, jak być pieprzonym domowym Syzyfem i nie zwariować. Ja czasem wariuję.

Także dziś bez happy endu, po prostu miałam ochotę się wygadać.

Dziękuję, dobranoc.

P.S. Najwyraźniej nie jestem z tym sama, popatrzcie tylko 😉

hit-you

il_340x270.1102454713_duu4

e883c445d670d53d6a788509e3362058

12357571_1036549026407303_198437201_n

Poprzedni wpis Następny wpis

Mogą Ci się spodobać

61 Komentarze

  • Odpowiedz f 9 lutego 2017 at 20:51

    W punkt!

    • Odpowiedz kelly 10 lutego 2017 at 19:39

      Ufff…Kropeczko… jak dobrze. Czytając miałam nadzieję, że nie będzie happy endu:*

  • Odpowiedz Ania 9 lutego 2017 at 20:55

    Święta racja, odkąd mam syna (od roku) mój kosz na pranie nigdy nie jest pusty, a do zmawarki nigdy nie mieszczą się wszystkie naczynia. Jak zaczynam ogarniać w piątek to kończę w niedzielę. A raz na jakiś czas jako wisienka na torcie telefon od męża który sam zostaje z pociechą, że gdzie ja jestem, bo na godzinę całą do sklepu pojechałam (żeby sobie chociaż jakieś przyzwoite odzienie kupić), a on już godzinę za nim goni (bo on teraz non stop chodzi) i że jak tak mogę, jego samego tak zostawiać … Kill them all 😂😂😂

  • Odpowiedz Monika | wikilistka.pl 9 lutego 2017 at 21:09

    Wdech, wydech i pociesz się tym, że godzina i masz je z głowy i pracujesz w spokoju, a u mnie to, co opisałaś to tylko rozgrzewka do całego dnia i to się jeszcze najpewniej nie zmieni przez 1,5 roku … I choć nie mam wierzgającej nogami dwulatki, to mam roczną, która potrafi urządzać sceny rzucając się na podłogę w geście buntu i wierzgać wszystkimi kończynami. Dopiero zaczynam odczuwać jaką idyllę macierzyńską fundnęła mi Starsza i co oznacza macierzyństwo w wersji #truestory
    Sama nie wiem jak jeszcze funkcjonuję ^^

  • Odpowiedz Monika 9 lutego 2017 at 21:23

    Ja chyba zbyt często mam takie dni :/
    Mimo,że bez happy endu to tekst mistrzowski… uwielbiam <3

  • Odpowiedz Kempina 9 lutego 2017 at 21:23

    Motherhood – powdered by love, fuled by coffee, sustained by wine. Zapraszam na lampkę 😍

  • Odpowiedz K.SzSz 9 lutego 2017 at 21:46

    Dziękuję… Dziękuję, że bez happy endu, dziękuję, że bez ukrytej reklamy, dziękuję, że bez frazesow i wreszcie dziękuję.,że zdobyłas się na ten wpis…

  • Odpowiedz pabigabcia 9 lutego 2017 at 21:59

    Otototo. Stara aj low ju. Tak to niestety i w sumie też stety wygląda. Wszystkie mamy takie dni, czasem to szybko przychodzi i szybko odchodzi, a czasem trzyma cały dzień. Mimo to i tak kochamy ten cały słodki sajgon. Przynajmniej w Fakcie zestawią Twoją furię z pięknymi zdjęciami z urodzin młodej. Pozdrawiam i czekam na kolejne wpisy : )

  • Odpowiedz Jula 9 lutego 2017 at 22:02

    Aż mi lżej na duchu, że nie tylko ja… Tak, czasem jakiś kałasznikow ukryty pod szlafrokiem by się przydał. Jutro rano Cię wspomnę 😊

  • Odpowiedz Beata 9 lutego 2017 at 22:05

    Nie, nie jesteś z tym sama. Ja przynajmniej raz w tygodniu nie mogę się doczekać kiedy dzieciaki na studia wyjadą i ja wreszcie pomyślę o sobie. Ale zaraz potem przychodzi myśl, że wtedy to ja po 50tce będę, więc już nie wiadomo co lepsze 😉
    Pozdrawiam i łączę się w bólu ogarniania otaczającej rzeczywistości.

  • Odpowiedz Olcia 9 lutego 2017 at 22:05

    I love it! Wpis oczywiście;) Takie poranki znam i to bardzo dobrze, potem tylko sto wdechów i wydechów i powiedzmy że do następnego poranka przy odrobinie szczęścia oczywiście umiarkowany spokój:)

  • Odpowiedz Anka Skakanka 9 lutego 2017 at 22:15

    Kurtyna. Well done.

    Nic dodać nic ująć. Fakt będzie miał z bańki okładki na jakiś czas jak nas wszystkie będzie na nich umieszczal….

  • Odpowiedz Magdula mamula 9 lutego 2017 at 22:17

    O rany, u mnie początek jest identyczny tylko brakuje zamykania drzwi za dziećmi. Wiele bym dała za to, jak ja bym chciała musieć się pozyskać intelektualnie!! Zamiast tego po wszystkich sniadaniowych rytualach zaczynają się procedury zdrowotne, te wszystkie nebulizacje, syropki, kropelki do nosa, odciąganie glutów…i jedyne pocieszenie to że może kiedyś przyjdzie wiosna. Powiedzcie że przyjdzie, please…🙈

  • Odpowiedz Muka 9 lutego 2017 at 22:30

    Polko w samo sedno, bez cukrzenia i pasteli (może poza tymi przypuszczalnie rzucanymi po ścianach). Widzę,że jesteś prawdziwa kobieta z krwi i kości, a nie robotem… Ale jutro wróć do normy- ucałuj córeczki, męża i zrób górę naleśników a okładkę z Faktu…opraw w ramki i na ścianę ;-p

  • Odpowiedz anka z whitestoku 9 lutego 2017 at 22:31

    Oj jaki częsty obraz mojej osoby. Bardzo częsty. Czasami się martwie o swój brak cierpliwości. U mnie te czynności co gorsza występują wieczorem a raczej w nocy, bo rano po stoczonej z dwulatka bitwie ruszam na pole walki pt. praca. Love it! Bez happy endu i u mnie. Przybijam pięć !

  • Odpowiedz Kamila 9 lutego 2017 at 22:32

    Też mam dwie córki. I dni kiedy mogłabym się podpisać pod tym tekstem. Dziękuję: )

  • Odpowiedz Ewa 9 lutego 2017 at 22:44

    Hehehe ale się uśmiałam. Te chuje muje dzikie węże..myślałam, że tylko u nas ( centralna Polska) się tak mówi😀 Kochana każda z nas tak ma- niestety. No nie każda. Niektóre mają panie do sprzątania. Ja nie mam pomocy. Tak jak Ty codziennie ogarniam sajgon sama. Chłop poszedł w pinezke do innej. Moja siedmiolatka nie chce wstawać do szkoły, wybrzydza w jedzeniu( a człowiek kombinuje co by to dobrego i pozywnego dac) ubieram też ja ” na siłę” i modlę się, żeby cierpliwości starczylo i żebym nie wytlukla rodziny ☺i ja zawsze widzę w wyobraźni napis na pasku na tv „z ostatniej chwili.Ewa O. ……pozdrawiam i dużo sił nam życzę

  • Odpowiedz mamamaniizuzi 9 lutego 2017 at 22:47

    Tak-znam to uczucie…od grudnia chorują mi córy na zmiane-mam wrazenie ze moje życie to tylko gile,kaszle i kolejne syropy…i jeszcze zmywarka się zepsuła-a ja tak cholernie nienawidzę zmywac ręcznie…byle do wiosny!

    • Odpowiedz Magdab 10 lutego 2017 at 00:22

      Idealny tekst Agnieszko, jakbym widziała siebie, u mnie to zjawisko występuje baaardzo często, też boję się policji, współwiezniarek, też chcę uciec jak najdalej, w złości mówię, że żałuję, po co mi to było:mąż, dom,2 córki, jedna 14-latka z wiecznie nadąsaną miną, druga 3,5-latka wiecznie coś chcąca, bez przerwy gadająca i wymagająca. Mam dla siebie te kilka godzin, jak są w szkole i przedszkolu, ale jak się tylko pojawią to nadrabiają z podwójną siłą. No ale cóż BEZ NICH BYŁOBY JESZCZE GORZEJ,BEZ NICH NIE WYOBRAZAM SOBIE ŻYCIA, BARDZO ICH KOCHAM!Dzięki za super tekst, wiem, że nie jestem sama i nie mam aż takich wyrzutów sumienia. Pozdrwiam Polko :)

    • Odpowiedz Aneta 10 lutego 2017 at 12:32

      Dokładnie, mój też poszedł, a własciwie go pogoniłam i zostałam z dwójką przychówku( 6 i 3 lata), zwariować można jak zaczynają od rana jedno wstaje, drugie gnije i wstać nie chce, a jak astanie to marudzi, że się nie wyspał, z ubieraniem masakra, codziennie, bez względu na to o ile wczesniej wstaje spóźniamy się wszędzie i zawsze, młody do przedszkola, a ja do pracy, po południu to samo, jakiekolwiek próby wyjścia kończą się tym, że jedno ubrane, drugie sie mota, a ja spocona i śmierdząca, wkurzona i drąca się. Codzienność matki Polki.

  • Odpowiedz Kaka 9 lutego 2017 at 23:08

    Boskie! Prawdziwe! Samo życie!

  • Odpowiedz Sylwia 9 lutego 2017 at 23:10

    Świetny wpis 😀 Ja na podobne poranne ogarnięcie domu mam około godziny, w tym czasie muszę jeszcze siebie ubrać, umalować, czasem włosy umyć i wysuszyć. Ubrać młodszą córkę, starszą uczesać. Potem odwieźć dziecko do szkoły w wkurzających korkach… I tak dzień za dniem. I bardzo często czuje podobnie jak Ty. I u mnie też lecą chuje, muje i dzikie węże he he. Pozdrawiam 😀

  • Odpowiedz mala 9 lutego 2017 at 23:19

    I Tak aż do zajebania😲

  • Odpowiedz Andzia_81 9 lutego 2017 at 23:36

    W tym wszystkim,Droga Agnieszko, popieram Cie oczywiscie ale dodam ze obecnie mam troche gorzej… Jedno z dwojki dzieci chodzi do przedszkola ale drugie jeszcze nie i to drugie wlasnie zlapalo ospe od tego pierwszego… Takze trzeci tydzien siedze w domu i smaruje i tule i sprzatam po raz setny zabawki z podlogi a po raz tysieczny ukladam z malym puzzle. Czeka mnie jeszcze dwa tygodnie wiezienia domowego… Zycz mi cierpliwosci i pomyslow na spedzanie tego okropnego czasu… Aha zeby bylo zabawniej, od tygodnia zaczelam sie odchudzac tzn. mniej zrec i zero slodyczy. Niebiosa zeslijcie mi wytrwalosci i efektow oczywiscie…

  • Odpowiedz Natalijka 10 lutego 2017 at 00:18

    Dziś już się prawie pakowalam,ja wprawdzie na Madagaskar,ale może zmienię na Zanzibar będzie fajne towarzystwo :)

  • Odpowiedz Karina 10 lutego 2017 at 00:57

    Jakbys wyrwala kartke z mojego pamietnika:)laski kochane-spotkajmy sie wszystkie na Zanzibarze!!!!pozdrawiam z Norwegii:)

  • Odpowiedz mała Mi 10 lutego 2017 at 01:38

    O ile Cię to pocieszy- może być gorzej. Oprócz tego, co tak pięknie i dosadnie opisałaś, ja nie siadam do pisania tylko lecę do jednej, a potem drugiej pracy, na czas i gubiąc majtki po drodze. Szukając biustonosza, który wiecznie złośliwie się chowa. Moja praca do spokojnych nie należy. Polega na mega intensywnym ciągłym kontakcie z klientem, takim, ze na siusiu czasu najczęściej brak. Potem, wyprana jak szmata, w dzikim pędzie zbieram moich troje dzieci z różnych punktów szkolno- przedszkolnych, próbuje dokonać zakupów, obiadów, prań, niezbędnych sprzątań i kąpieli, bądź jak dziś (bo pod koniec tygodnia zmęczenie materiału sięga zenitu) po prostu zgrabnie zasypiam na siedząco w granicach 18stej 😩. Przesypiam niezbędne minimum, po którym nie jestem już zombie, aby stanąć dzielnie do dalszych zadań- sprzątam tony brudnych garów (nie, nie mam zmywarki, ponieważ pani projektantka z Ikei pomyliła wymiary szafek, co się okazało jakby „w praniu”, gdy meble były już montowane ;)). Ilość rzeczy „do prasowania” przerasta zasobność koszy przeznaczonych na „czyste i uprane”. Podsumowujac- znam ten ból. Tyle, ze nie czuje już złości, a wielkie pragnienie… posiadania pomocy domowej, na którą, cholera, obecnie funduszy mi brak.

  • Odpowiedz elemeledutki 10 lutego 2017 at 08:25

    jeśli to cie pocieszy pomysl, ze moje poranki wygladaja tak samo, tylko ze ja wybiegam do pracy z całą resztą i wracam do tego syfu…płatków na podłodze, owsianki w zlewie, do naładowanej zmywarki i szmat na podłodze. ZAmiast jednak ogarnac ten bajzel startuje do gotowania i robi sie z dnia na dzien coraz gorzej. Doskonale Cię rozumiemu i uważam, że coś tu nie gra. Ale nauczyć swoje 2 i 5 latke chociaz scielenia lozka i odkladania pizam do szafki nie potrafię. O kulturalnym i czystym jedzeniu nie wspomne, przypomina mi o tym tylko sciana przy stole kuchennym…

  • Odpowiedz elemeledutki 10 lutego 2017 at 08:26

    aaaaa pełnia jest. to nie pomaga

  • Odpowiedz Karolina 10 lutego 2017 at 08:44

    O, jak ja nienawidzę włosów wiecznie zapychających rurę od odkurzacza, odpływ prysznica, oblepiających ubrania i kłębiących się po podłogach. Nawet koty tak nie syfią sierścią, jak trzy osoby płci żeńskiej z długimi włosami. Całej reszty też nienawidzę. Tego ogarniania przed pójściem spać (u mnie wypada to wieczorem, bo muszę rano wyjść do roboty), żeby mnie od rana szlag nie trafił, kiedy będę robić śniadania x2 dla 3 osób.

    Łączę się w bólu i w sumie to sobie gratuluję (choć żadna w tym moja zasługa), ze nie mam już wierzgającej 2-latki oraz mogę liczyć, że dzieci chociaż zmywarkę opróżnia i prawnie powieszą.

  • Odpowiedz cuisine and art 10 lutego 2017 at 09:13

    Genialny wpis!!! Mimo braku dzieci odczuwam to samo, bo nic samo sie nie chce w domu zrobic! Ani w ogrodzie…

  • Odpowiedz Agatka 10 lutego 2017 at 09:18

    Yyy ale jak to nie będzie reklamy na koniec?!?! Że niby nikt jeszcze nie wymyślił trzeciej ręki? Niewidzialnej pomocy domowej? Teleportacji w chwili załamania? ehhh liczyłam na Ciebie! :) A tak poważnie to jak ktoś mówi, że nie ma takich dni, nie doświadcza takich negatywnych uczuć to ja takiej osobie nie wierzę, nie ufam i zwyczajnie uznaję za paskudnego kłamcę! Nie da się, normalnie nie da się nie mieć symptomów szaleńca mając dzieci!! Nie da się. Koniec, kropka.

  • Odpowiedz agata 10 lutego 2017 at 09:19

    Dzięki Ci, o fantastyczna kobieto za ten tekst. Ja myślałam o pobycie leczniczym w ośrodku zamkniętym ale Zanzibar brzmi o niebo lepiej i chyba jednak zmienię destynacje:) ja takiego ześwirowanego świstaka mam od grudnia – od tego czasu moje dzieci, sztuk dwie, na zmianę bądź co gorsza jednocześnie, poddają się różnym choróbskom i czasem zastanawiam się czy moim przeznaczeniem i misją życiową nie jest przypadkiem… odciąganie gluta;)

  • Odpowiedz Ola 10 lutego 2017 at 12:33

    „…… Czuję się wtedy trochę jak sprzątaczka w ministerstwie, którą oderwano od szmaty i kazano napisać ustawę…..” I love this

  • Odpowiedz Kasia 10 lutego 2017 at 13:01

    Miałam wczoraj tak samo… Wrzaski, potem płacz w samotności i rozpamiętywanie, że jeszcze niedawno nie byłam zdegradowana tylko do roli sprzątaczki i opiekunki… Się ulewa czasem, nie ma co ściemniać. Ważne, żeby się szybko otrząsnąć, bo buntownicze wierzgające dzieciaki, gary i ciuchy czekają… Aaaaa…

  • Odpowiedz Łakomczuch 10 lutego 2017 at 13:49

    Grubo…też tak mam burdel evry Day a to za sprawą powrotu zimy 😉Życie matki pedantki tak niestety wygląda, pocieszam się tylko, że jak wszystko ogarnę mam satysfakcję i upajam oczy. Jak mam wolne to modlę się żeby słoneczko 🔆 było za chmurami, wtedy jest szansa,że nie umrę przy pucowaniu chaty. Pozdrawiam wszystkie utrudzone matki, żony, tylko kochanki mają lepiej, faceci dla nich nawet smierdzace skarpety ogarniaja. Oby do wieczora robię Twoja szarlotke i będzie blogo. 😘

  • Odpowiedz Kasia 10 lutego 2017 at 15:12

    PJONA!! U mnie jest tak samo! I do tego całego chaosu z ubieraniem dodać mogę, że mój syn (TAK, MÓJ SYN!!!) musi być codziennie ubrany pod kolor! Więc mamy dni czerwone, zielone, niebieskie, szare… Czasem jak ma dobry dzień to mówi „Dziś mamo ubierz mnie na KOLOROWO!!Dzięki łaskawco :] Pozdrawiam

  • Odpowiedz Joanna 10 lutego 2017 at 15:21

    U mnie też tak czasami….

  • Odpowiedz Monika 10 lutego 2017 at 17:57

    Polka, love you 😀
    W punkt. Lepiej nie można tego napisać. Dodałabym jeszcze codzienne stanie tyle samo czasu w tych samych korkach. Amen 😉

  • Odpowiedz Gosia 10 lutego 2017 at 18:08

    Rany, siedzę i płaczę ze śmiechu. Dodałbym do tego jeszcze bycie logistykiem w dostarczaniu dzieci na zajęcia dodatkowe. I jeszcze momenty kiedy tak baaaardzo żałuję, ze nie mam tylu macek co ośmiornica 😊. Świetny tekst. I jak bardzo szkoda , ze w większości tak wygląda kobieca dorosłość 😕

  • Odpowiedz Aga 10 lutego 2017 at 18:57

    Nareszcie ktoś pisze normalnie o macierzyństwie. Choć wszystkie bardzo kochamy swoje dzieci czasami chce się łby im pourywać, a do domu bombę wrzucić. Byle do wiosny. Jak dzieci wyślemy na podwórko to w domu będzie trochę czyściej.

  • Odpowiedz Rybaaga 10 lutego 2017 at 19:45

    Zajebisty post!!!Dziękuję Ci uśmiałam się na dobre!!! U mnie jest podobnie :) choć mam jedno dziecko :) Pozdrawiam

  • Odpowiedz gotować! 10 lutego 2017 at 21:59

    Chociaż Cię nie znam, to kocham Cię za ten tekst. Bardzo 😉 Jakbym czytała o sobie, i dobrze mi wiedzieć, że nie jestem w tym szale odosobniona. Dzięki raz jeszcze.

  • Odpowiedz Agata 10 lutego 2017 at 22:26

    Kocham cię 😍 normalnie spisałaś moje dzisiejsze myśli . Ja dziś wyjeżdżałam na Madagaskar. Howgh.

  • Odpowiedz Justyna 10 lutego 2017 at 23:17

    Dzięki Ci dobra Kobieto za ten wpis. Uświadomiłaś mi że przecież można głośno o tym mówić. Ba! Krzyczeć nawet można! Bo ja trójkę mam, trzy dziewczyny wspaniałe, małe, w związku z czym na URLOPACH macierzyńskich/wychowawczych od kilku lat. I jakoś tak mi głupio bylo skarżyć się na te prania codzienne, na te talerze z resztkami jedzenia, majty porozrzucane……bo przecież „cierp ciało jakżeś chciało”…… Tak, słyszę czasem ironiczne uwagi w tym stylu.

  • Odpowiedz kplusmrownasiep 10 lutego 2017 at 23:42

    I jeszcze dodam jedno, wymyślanie posiłków, obiadków, śniadanek, kolacyjek -sryjek. Żeby przekąski zdrowe były, lecz atrakcyjne… Kota można dostać 😀

  • Odpowiedz Małgorzata 11 lutego 2017 at 00:29

    A już myślałam,że jakaś nienormalna jestem!Chociaż moje już dawno wierzgać przestały,a ja ciągle chodzę i sprzątam po każdym z osobna,okruchy na desce,pranie obok pralki,gary w stosie w zlewie itd.itp.dzień świstaka jak nic!Post w punkt,pozdrawiam M.

  • Odpowiedz Minia 11 lutego 2017 at 11:36

    Boszzz! Suszarka z praniem jest u mnie stałą ekspozycją… a pranie na bank mi sąsiedzi podrzucają. Chodze non stop w stm samym a mimo to kosz wygląda jakby przechodził obsrukcję… marzę o pomorszczeniu gospodarczym dzie trzymała bym cały ten majdan!

  • Odpowiedz Asia 11 lutego 2017 at 14:12

    Każdy czasami wariuje :-) na szczęście nie każdy dzień jest taki więc równowagę udaje się jakoś zachować, mam nadzieję :-)

  • Odpowiedz Ania 11 lutego 2017 at 14:14

    Chyba wszystkie matki mają podobnie… mogę podpowiedzieć jak zyskać rano parę minut spokoju: przygotować śniadanie do pracy/szkoły dzien wcześniej, podczas robienia kolacji. Jak się szczelnie pozamyka to jest naprawdę dobre, nic nie wysuszone (ewentualnie sos do sałatki zrobić oddzielnie), a oszczędzi porannego miotania się w kuchni. Robię tak od czasów szkolnych odkąd sama zaczęłam robić sobie śniadania do szkoły, zeby móc pospać 5 minut dłużej, a odkąd jestem mężatką męża, który o 5:30 wychodzi do pracy ni h…..ja żebym wstawała z nim 😉 śniadanie do pracy zrobione więc dobra żona jestem i wyrzutów nie mam.

  • Odpowiedz misiola 11 lutego 2017 at 15:33

    Dziękuję za ten tekst☺ Ja mam właśnie dziś taki dzień i myślę jak go przetrwać 😉Świadomość, że inni też tak mają niewątpliwie pomaga, a przynajmniej uwalnia od wyrzutów sumienia😉pozdr

  • Odpowiedz HaniaBaniak 11 lutego 2017 at 20:33

    Oj tak….wyjść niby po fajki do kiosku…i nie wrócić O:-)

  • Odpowiedz mrs.marchoff 11 lutego 2017 at 21:15

    No kocham Cię za ten tekst ❤️ Jeszcze te zmiany pieluchy, mam wrażenie, że to nigdy się nie skończy 😒 Ostatnio nawet narzekałam do męża, że mam permanentne deja vu jeśli chodzi o wszystkie czynności przy dziecku a i te wierzgające nogi… masakra 🙈

  • Odpowiedz edipassione 11 lutego 2017 at 22:00

    Hahaha ale czad! Uśmiałam się z posta i niektórych komentarzy, nieraz powtarzam że tylko poczucie humoru ratuje w takich sytuacjach. Jesteś boska!!! Świetny post, u mnie też cieżki tydzień, na szczęście udało się dziś dzieci odstawić do dziadków i na randkę skoczyć!

  • Odpowiedz Ania 12 lutego 2017 at 07:37

    Mam i ja 😢
    I to od dłuższego czasu. Córka chruje, prawie bez przerwy od polowy listopada, święta spędziliśmy w szpitalu. W styczniu udało mi się tydzień popracować 😨. Teraz ferie niby całą rodziną ale to ja w nocy wstaję, karmię, tule, uspokaja. W dzień dostarczas rozrywki i jeszcze piore, sprzątam, gotuję – słyszę szum w uszach – wciąż ten sam jeszcze, za mało, bałagan, a gdzie to a gdzięki tamto a mamo to a mamo tamto, no mamo, a później Aniu jestem głodny a gdzie to a gdzie tamto ale bałagan. A idźcie wy wszyscy precz -chciałoby się wyjść wyjechać nie wrócić…się nie da. Ale o choć 48godzinach urlopu od bycia dla kogoś do bycia tylko dla siebie ale się nie zdarza. Pozdrawiam rozlane mleko napój zupę itp.płatki rozypane wiecznie na podłodze jogurt rozmazany na stole, rzeczy rzucone z impetem na ziemię spacerując skarpetki bez pary wiecznie latajacy smoczek nie ma i nie widzę ale mamo (Aniu) gdzie jest no bo przecież nie ma, nie wiem nie mam siły -pozdrawiam serdecznie i niestety zaraz wracam 😉

  • Odpowiedz jedyny taki domek 12 lutego 2017 at 12:09

    hahahhahaa boże Polka jak ja Cię uwielbiam :)))

  • Odpowiedz Iza 13 lutego 2017 at 09:21

    Ja mam tak codziennie, tylko gorzej :) na szczęście u nas na osiedlu mieszkania są dobrze wygłuszone i wycie słychać tylko jak mordujemy się pod drzwiami. Uszy do góry :)

  • Odpowiedz Bpieszkowa 13 lutego 2017 at 16:41

    Nie bede oryginalna – dzięki! Ja juz myślałam, że jesteś jakas idealna i nierealna 😉 U mnie tak jak u kogoś z komentarza – rano nie ma czasu ogarnąć, a po pracy człowiek wraca do tego syfu (z dnia na dzień jeszcze gorszego) i żałuje, że nie został dluzej w robocie… Teraz niby nie w pracy, bo na L4 ciążowym, ale nie mam siły ogarniać, schylac się do zmywarki czy pralki nie mówiąc o zbieraniu tryliona zabawek i ścinek z podłogi. Odkurzanie jest ponad moje siły. Nieraz nawet nie ma jak foty na insta strzelić, bo stół oklepiony resztkami… A do tego dochodzą obsrane majtki pięciolatka (czasem kilka par dziennie)… Najbardziej nie znosze ubrań. Nie cierpię prania i segregowania tego co za małe. Wstyd przyznać, ale córka wkłada rozmiar 122, a w jej szafie jeszcze można znaleźć 104… I jak się dowiedziałam, że znów jestem w ciąży, to pierwsze co mi przyszło do głowy to ta dodatkowa tona prania dziennie…

  • Odpowiedz Aga i drużyna 15 lutego 2017 at 16:48

    Hahaha.. U mnie tak co rano, z tą tylko różnicą, że nie zamykam za nimi drzwi, tylko razem wychodzimy, bo ja gnam do pracy, rozwożąc pod drodze dzieci do szkół i żłobków. Więc ścielenie łóżek, zbieranie jogurtów z podłogi, pranie oraz inne opisane przez Ciebie atrakcje odbywają sie u mnie po godz. 18.00. I za każdym razem zastanawiam sie po co ja ścielę te łóżka, skoro za dwie godziny z okładem znowu towarzystwo kładzie sie spać. Nieliczne są dni kiedy uda mi sie pościelić i ogarnąć dom przed wyjściem do pracy. Czy to Cię choć trochę pociesza? 😉 Inna sprawa, że pracę moją uwielbiam i za nic nie chciałabym sie z nią rozstać (do blogowania lifestylowego zupełnie sie nie nadaję). Staram się (z różnym skutkiem) nie narzekać, bo jak już mam zacząć, to otwieram pierwszą z brzegu gazetę i czytam co sie dzieje niewiele setek kilometrów od nas. Wtedy mowę mi odbiera i cieszę się, że mogę, mam czym i co poprasować i gdzie dzieci umyć i położyć spać… trochę poważnie wyszło, ale jak nie ma happy endu, to nie ma

  • Odpowiedz Lorka 19 lutego 2017 at 21:57

    haha mmoj mąż ma takie powiedzenie.. no jak spisz , to ci się zbiera..( w domysle gary w zlewie, pranie, i okruchy na podłodze)

  • Odpowiedz Kasia 21 marca 2017 at 09:52

    Dopiero dzis przeczytałam ten wpis. Mam podobnie (tak na pocieszenie)… ale pomysl ile mamy szczęścia… ta zmywarka, ta pralka, ten odkurzacz, ten robot kuchenny co robi wszystko za nas… gdyby nie one – te wszystkie sprzęty to… oto, tymi „ręcami” wszystko same musiałybyśmy robić 😜😜😜

  • Zostaw coś po sobie