26
Jak żyć

dematerializacja nieletnich

W czasach, gdy drukarki 3 D drukują protezy dłoni, ludzie dzwonią do siebie przez zegarki i rozmawiają ze swoimi telewizorami, coraz bardziej dziwi mnie brak prawdziwych udogodnień dla rodziców. Czym przy manipulowaniu jonosferą są elektroniczne nianie, wózki składane jedną ręką czy szumiące misie? Producenci z branży dziecięcej rzucają nam jakiś ochłap na stół, zamiast zająć się prawdziwymi problemami. Czy nasze zmartwienia nie zasługują na rozwój myśli technologicznej, wykraczającej poza szybsze podgrzewacze do butelek? W czasach, kiedy rodzice coraz bardziej szanują swoje potrzeby, mają coraz mniej czasu, a dzieci stają się coraz bardziej pyskate, naglącą potrzebą – nie bójmy się tego określenia – wręcz wyzwaniem stojącym przed ludzkością, staje się jakaś forma (jakakolwiek naprawdę) znikania dzieci. 

Gdybym tylko trochę bardziej uważała na fizyce! Nie wyobrażacie sobie, jak dzisiaj żałuję, że zamiast interesować się fizyką materii skondensowanej, zaczytywałam się Mrożkiem i Gombrowiczem. Mogłabym teraz zamiast bloga lajfstajlowego pisać książkę pt. „Dziecko – ostatni z imponderabiliów”. Dematerializacja nieletnich to moje skryte marzenie. Mówi się niby, że potrzeba jest matką wynalazku, ale co ja durna mogę w swojej technologicznej ignorancji wynaleźć – wygłuszoną skrzynię na bachory? Ja myślę o czymś naprawdę przełomowym, o rozwiązaniu na miarę naszych czasów. Myślę, że odpowiedni byłby mały pilot – pyk i nie ma. Znikają. Zakrzywienie czasoprzestrzeni albo inny kosmiczny depozyt, przechowujący dzieci na pauzie. Trafiają do czarnej dziury, a ty odżywasz.

Ja nawet nie mówię, że lecisz na Malediwy, idziesz w tango czy choćby na maseczkę z kawioru. Zaspokajasz potrzeby bardziej przyziemne – dajmy na to kupę robisz w spokoju. Śpisz sześć godzin ciurkiem. Kąpiel bierzesz albo oddajesz się trosce o higienę psychiczną. Ilu traumatycznych historii rodzinnych mogłaby ludzkość dzięki takim znikaczom uniknąć? Ile klapsów nigdy nie dosięgło by małych tyłków? Ile wrzasków nie wydostałoby się z gardeł? Ile wyzwisk i epitetów do dosięgłoby nieletnich uszu, nie skrzywdziłoby nigdy niedojrzałych psychik? Ile małżeństw by przetrwało? Ilu rodziców pozostałoby dzięki temu w zdrowiu psychosomatycznym? Ilu szaleńców by nimi nigdy nie zostało? To są wartości niepoliczalne. Śmiem twierdzić, że historia ludzkości mogłaby potoczyć się zgoła inaczej.

Ja już pomijam te rzesze frustratów, którzy pewnie nie wywoływali by tylu wojen, nie tylko dysponując mocą znikania własnych dzieci, ale także gdyby oni sami jako dzieci znikali. Gdyby schodzili z oczu swoim starym, nie padając tym samym ofiarą przemocy psychicznej czy fizycznej. Idę o zakład, że to właśnie wkurwieni rodzice stworzyli wszystkie te potwory, to ich zmęczenie i brak cierpliwości należy winić za wszystkie ludobójstwa, przesiedlenia i akty terroru.

Teza to być może kontrowersyjna, ale już z kolejną musicie się zgodzić: jestem pewna, że położenie kobiet we współczesnym świecie byłoby zgoła inne, gdyby ludzkość posiadła umiejętność dematerializacji nieletnich. Cała ta ściema z kobiecą histerią, która przez dziesięciolecia służyła jako argument przeciwko edukacji kobiet czy ich obecności w życiu publicznym, nie miałaby racji bytu. Gdyby nie udupienie przy dzieciach, ile byłoby wspaniałych przedsiębiorczyń, wybitnych polityczek, wspaniałych naukowczyń, genialnych pisarek! Ile normalnych, pracujących, zdrowych, spełnionych kobiet, które nie musiałyby u szczytu swoich możliwości lokować energii w odmawiających snu czy pożywienia, rozwrzeszczanych bachorach? Kobiet, które mogłyby wieść szczęśliwe życie, pozbawione ryków, kłótni, bijatyk, jęków, wielogodzinnych serii idiotycznych pytań, buntów dwu -, cztero – czy ośmiolatka, gotowania zupek, przewijania, odbijania, ratowania mikrusów przed samozagładą?

Dziewczyny, które kumacie co nieco z fizy, inżynierki, wynalazczynie, absolwentki uczelni technicznych, profesorki biotechnologii – w Was cała nadzieja. Możecie uczynić dziś świat piękniejszym miejscem, utorować milionom kobiet drogę do szczęścia i spełnienia. Możecie ograniczyć ilość frustratów, uratować miliony rodziców przed psychiatrykiem, miliony dzieci przed przemocą domową, doprowadzić do pokoju na świecie! Ja nie mówię – czołgi znikać, fabryki broni czy reaktory atomowe, ale dzieci – kilka, w porywach do kilkunastu kilo wagi, to nie może być przecież aż takie trudne.

Pozostają nam póki co dematerializatory starego typu: babcie, kuleczki z galeriach handlowych, telewizory, piwnice. Względnie ojcowie, którzy zabierają dzieci od matek na skraju rozstroju nerwowego na lody i basen. Kochanie – dziękuję, że nadrabiasz tę lukę w myśli technologicznej i zdematerializowałeś dziś nasze dzieci. To mogło się skończyć źle.

Poprzedni wpis Następny wpis

Mogą Ci się spodobać

33 Komentarze

  • Odpowiedz Andzia_81 3 września 2016 at 20:41

    Witam.
    Wlasnie usypiam corke ktora zasnac nie moze a za sciana tata usypia synka ktory ostatnimi czasy doprowadza nas do szewskiej pasji. Trafilas w punkt z tym znikaniem dzieci… Ktos moze to odebrac jako wrogosc i niechec do dzieci ale my je kochamy przeciez nad zycie ale jakby czasem mozna bylo pstryknac palcem i caly ten zgielk w sekunde uciszyc to byloby mega… Wczoraj i dzis tak bardzo bym potrzebowala…

    • Odpowiedz gośka 3 września 2016 at 21:11

      Boże jakbym siebie czytała. Córka spanie ma w dupie a starszy syn igra z życiem conajmniej kilka razy dziennie 😭😭😭😭😭

  • Odpowiedz ania 3 września 2016 at 21:07

    Przyznam szczerze ze nie rozumiem. To jakies trudne dzieci ze aż tak ciężko je znieść matce??? Bez żadnego hejtu staram się to pojąć bo ja nie umiałabym zrezygnować z pięknej soboty wraz z córką 😃 życzę wam odmiany i samych miłych chwil😉

    • Odpowiedz Ania 3 września 2016 at 21:19

      Poczekaj az trafisz na bardziej wymagający egzemplarz!! Kocham mojego szkraba bezgranicznie, ale bywają momenty ze bez opcji on/OFF (u nas dziś wycieczka z Tatą metrem, a następnie tablecik-tak, tak mam odwagę przyznac się do tego co inni robią w skrytosci 😉) moje pokłady cierpliwosci nie zdazylyby sie naladowac-delikatnie rzecz ujmując 😋

    • Odpowiedz mua 3 września 2016 at 22:55

      Moja starsza córka nigdy nie sprawiała większych problemów i też się dziwiłam innym rodzicą, że już ze swoimi własnymi dziećmi nie wyrabiają, że krzyczą, a klapsa w tyłek uważałam za szczyt patologii, ale urodziła się druga i jest totalnie inna – niestety – niesłuchająca, wybuchowa, uciekająca, nieśpiąca i robiąca rzeczy zagrażające jej życiu jak wychodzenie na parapet, gdy tylko wyjdę z pokoju czy jak ostatnio wyrwanie mi na ulicy ręki i ucieczka. Byłyśmy w przychodni, a nasz samochód stał po drugiej stronie ulicy, nie było sensu brać wózka. Uwierz, że już nikogo nie potępiam, bo w tym momencie, gdy wreszcie ją złapałam, to mimo, że patrzyli na nas zaalarmowani moim za nią krzykiem ludzie, to dostała po prostu w tyłek – emocje wzięły górę i chyba pojełam w tym momencie, że do niej żaden argument niestety jeszcze nie dociera, bo ma dopiero 2,5 roku i już lepiej niech się z jakiegokolwiek powodu boi zrobić to na następny raz, bo na następny raz możemy nie mieć tyle szczęścia… i tak w skrócie zostałam matką – patolką…

    • Odpowiedz Maga 4 września 2016 at 22:04

      Nie jesteś sama. Ja też nie bardzo pojmuję. Sama kombinuję bez przerwy, jak tu mieć dla dzieci więcej czasu, a nie jak się ich pozbyć. I nie, nie mam łatwych egzemplarzy.

  • Odpowiedz Magda 3 września 2016 at 21:15

    Polko jak zawsze się uśmiałam i Cię zrozumiałam.

  • Odpowiedz Mary 3 września 2016 at 21:20

    Oj… Tak. Dziś był wyjątkowo niekorzystny „biomed”, mało brakowało, a tym furii dostala… teraz wszystkie sztuk 3 śpią, a moje uszy delektuja się cisza….
    co do fizyki, krotko…
    niestety nie istenieje dematerializacja na zero, niestety i raczej takiej opcji nie będzie

  • Odpowiedz Wiola 3 września 2016 at 21:27

    Jestem rozdarta, bo rozumiem i sama bardzo czesto odczuwam, tak zwany „wkurw zmeczeniowy” i bardzo często mi się marzy 3 minuty spokoju. Ale gdy te 3 minuty dostaje to zaraz tęsknię za tym całym hałasem, ciągłym „maaaamaaa”… Aleeee, to może dlatego, ze póki co mam jedno rozdarte szczęście 😉 Pozdrawiam i czestszych znikniec życzę 😉

  • Odpowiedz Skiripi 3 września 2016 at 22:09

    Zdecydowanie coraz częściej mogłabym się podpisać pod tym, każdym członkiem mego ciała. Kocham moje dzieci, ale jakby to łagodnie ująć… chciałabym za nimi trochę zatęsknić.
    Wystarczy tylko kilka godzin dziennie. Powrót do pracy od października!

  • Odpowiedz Klaudia 3 września 2016 at 22:11

    Dziś chyba wogóle jakiś niesprzykający dzień. Ja cieszę się, gdy mały spędzi z tatą nawet tylko 30 minut, wtedy na prawdę można naładować akmulatory na kolejne godziny pogoni za małą torpedą.

  • Odpowiedz Justyna :) 3 września 2016 at 22:40

    Niech się żadne matki-Polki nie obruszają na autorkę tekstu, naszą kochaną Polkę! Ona naprawdę kocha swoje dzieci! A że czasem chciałaby je „wyłączyć” – no cóż, myślę, że każda normalna matka ma takie momenty, że zrobiłaby to samo.

    • Odpowiedz ola 3 września 2016 at 23:09

      Ja nie mam😉 zastanawiam sie nad przyczynami. Co robia wasze dzieci ze pojawia sie chęć na ich -sprzedanie- babci,tacie i innym????? W koncu to calkiem spore dzieciaki!! Sama mam 8 latke i 2 latke😊

  • Odpowiedz Zuzaduza2012 3 września 2016 at 22:48

    W punkt 🔝

  • Odpowiedz annad 4 września 2016 at 00:10

    Mnie też moje dzisiaj młodsze wykończyło fochami itp na przemian.Chyba naprawdę jakas zła aura dzisiaj panuje:-(

  • Odpowiedz Agnieszka 4 września 2016 at 07:16

    Hihihi Polko – w sam punkt!
    Przyjemnej niedzieli – może dziś odpuszczą :-)

  • Odpowiedz Lu 4 września 2016 at 07:41

    Haha chyba nieźle Ci dziś zalazły za skóre dziewczyny ;D Jak odkryjesz takie magiczne urządzenie to podejmij współprace i wypromuj na blogu! Wtedy to dopiero staty pójdą w góre! 😀

  • Odpowiedz Gosia Skrajna 4 września 2016 at 07:59

    Agnieszka, to co piszesz jest bardzo mądre…nawet jeśli prześmiewcze czy ironiczne, czy na potrzebę chwili po ostatnim wkurwie. I nie chcę tu gloryfikowac akcji typu „macierzyństwo bez ściemy” gdyż jako matka dwojga z czystym sumieniem przyznaję że im mniej sfrustrowana matka tym lepiej dla pokoleń naszych dorastających dzieci. naprawdę wystarczy czasem że młoda pojdzie raz na pół roku spac do Babci, a ja juz za drzwami za nią tesknię. wiem to jest chore, ale to jest prawdziwa miłosc matczyna. kochamy nasze dzieci, ale czasem nie cierpimy ich zachowania i tracimy siły, jestesmy nerwowe, wkurzone poirytowane, ale najczesniej nasze zachowania to kumulacja całego dnia. gdy mamy wszystko na naszej głowie…a każdy jęk mojej córki odebranej z przedszkola, lub w wolną sobotę popołudniu powoduje uczucię wiercenia wiertłem w moim mózgu. Ale wystarczy, ze wracam z pracy i mąż „przejmie” córkę, Ja biorę się za obiad , w spokoju bez doczepki u nóg, niepokojących wibracji dźwiękowych, jestem inną osobą…wyluzowaną, usmiechnietą.
    I zdradzę wam pewien sekret, Jako że u mnie instytucja babci kuleje, jako osoba pracująca w korporacji zdarza sie, ze raz w miesiącu biorę urlop w piątek, tylko gdy mąz w pracy, dziecko w przedszkolu, syn w szkole…Tylko na potrzebę posiedzenia w domu, wylajtowania, nacieszenia się swoimi czterema kątami, które choc małe to uwielbiam. oczywiście czasem kończy się zrobieniem prania, odkurzenie, obiadem dwudaniowym, ale i tak zajebiscie doładowuje baterię. jedyny minus to taki, że gdy wykorzystam urlop 2 tygodniowy to od września zostają mi tylko 2 dni opieki do wykorzystania i zero urlopu do grudnia…także coś za coś 😛

  • Odpowiedz Kempina 4 września 2016 at 10:13

    Best. Idea. Ever. Wiem, co mówię. Jestem właśnie na wczasach bez dzieci – żyć nie umierać 😂😂😂💃

  • Odpowiedz Pat /BPM 4 września 2016 at 13:09

    Jestes genialna! I swietnie napisane – zachwyt!
    Oj, wczoraj byłam bliska zamknięcia starszakow w samochodzie – niech sie tam wybijają, a nie na moich oczach… I przede wszystkim uszach… Skończyło sie jednak klasycznie, moim darciem ryja, w decybelach niepoliczalnych, wstydem na pol osiedla (za ten ryk) i dogłębnym zniszczeniem dziecięcych psychik. Kuzwa, i totalna rozpierducha mojej własnej. Czemu o matkach nikt nie myśli? A co z nas, frustratek, desperatek, furiatek wyrośnie na stare lata? Edit – jakie stare? Prawdopodobnie za jakies dwa, góra trzy lata bede ssącym palce, albo liczącym zagniecenia na pościeli jamochłonem. O ile nie wynajdziecie tego czegoś. Wy, przeciez nie ja, nie mam kuzwa czasu wynajdować znikacza, musze moja piątkę ogarnac i nakarmić, i zorganizować niedzielna rozrywkę… Jutro czeka mnie nagroda.. Poniedziałek – tylko dwoje z piątki bachorzat w domu 😉
    Szkola i przedszkole to najlepsze możliwe instytucje ever. A starszym juz powtarzam, ze jeszcze chwila i zorganizuje im szkole z internatem. W RPA.

  • Odpowiedz Magda z Pomeranii 4 września 2016 at 22:31

    Tak dobrego tekstu nie czytałam już dawno :) Uwielbiam Cię, jak zawsze w punkt. Kocham te moje dzieci, ale czasem mogłyby zniknąć. Na troszkę, tylko chwilę, ale jednak. Takie życie, co zrobić 😉

  • Odpowiedz Sylwia 4 września 2016 at 22:54

    Czytając twój wpis śmiałam się podpisując dwiema rękami pod tym co napisałaś. Mój 10-letni syn spytał z czego się tak śmieję, więc mu wyjaśniłam, że piszesz o znikających dzieciach. Bez chwili namysłu odpowiedział,że to nie dobry pomysł, bo „za często byś tego urządzenia używała, mamo”!! Coś w tym jest.

    • Odpowiedz Maga 5 września 2016 at 10:32

      Dałyby mi takie słowa mocno do myślenia.

      • Odpowiedz aga i druzyna 6 września 2016 at 23:25

        Kobieto – wyluzuj. Trochę dystansu, mniej pouczania. Z poczuciem humoru chyba u Ciebie nienajlepiej 😉

        • Odpowiedz Maga 7 września 2016 at 08:19

          Widać jakaś równowaga w świecie musi być, bo niektórzy mają dystansu aż za dużo.

  • Odpowiedz Lorka 4 września 2016 at 22:59

    a mi się przypomniała historyjka, która opowiadala moja znajoma.. pojechala na ferie z córką, siedzą wieczorem przy kominku, znajoma z nosem w książce, córka rysując… w tym samym pokoju siedzi mama trzech synków, którzy biegają , hałasują itp.. i ta mama do mojej znajomej, nie zważając,że ta jednak chciałaby poczytać…. a bo tak strasznie z trójką i jaka ona zmęczona i ze nie ma czasu dla siebie,nawet ksiązki poczytać, w ciszy posiedziec…bla bla bla bla( coś w ten deseń) i wie pani jak to jest… na co moja znajoma..: nie nie wiem,właśnie dlatego zdecydowałam się tylko na jedno dziecko.. kurtyna:)

    • Odpowiedz kamila 6 września 2016 at 10:25

      kurcze, trochę słaby argument…dzieci podrosną, brak snu czy czasu dla siebie jest tymczasowy z czasem będzie ich coraz więcej, a żeby dzieci mieć mamy raczej ograniczony czas. Znam dziewczyny/ kobiety, które mając jedynaków podkreślały jak im fajnie, bo już odchowane i samodzielne, po latach same przyznają, że szkoda, że na jedynaka się zdecydowały

  • Odpowiedz Beata 5 września 2016 at 11:08

    Marzę o kupie w samotności od 4 lat…. Nie rozumiem, matek, które tego nie rozumieją… Matką patolką też trochę jestem, z tym że klaps (bardzo rzadki ale jednak) wywołuje u mnie przeogromne poczucie winy….

    • Odpowiedz Maga 5 września 2016 at 11:43

      Nie wiem, ile lat ma/mają Twoje dziecko/dzieci, ale moje mają 6 i 10 i kupę już od dawna robię w samotności, więc głowa do góry.

  • Odpowiedz Joanna 5 września 2016 at 14:06

    Ciekawe ile dzieciorów znikłoby przy testach? 😛

  • Odpowiedz mała Mi 5 września 2016 at 15:12

    Zdecydowanie się nam, matkom, zakręconym w wychowawczym chaosie, w miliardzie uczuć od miłości do nienawiści włącznie, należy szacunek oraz pokłady finansowe na tyle wystarczające, aby było na tą cholerną Nianię! Cóż to za luksus znowu, bez przesady. Winna to być normalna sprawa.
    Bycie matką jest wystawianiem wytrzymałości psychofizycznej na wszelkie, najcięższe nieraz próby.
    I właśnie posiadanie więcej niż 1 dziecka daje mi możliwość odpoczynku, nawet w chorobie, gdy pocę się właśnie jak szalona z 39 stopniową gorączką (co za uroczy początek roku szkolnego), a moich dwoje „prawie bliźniąt”- różnica niecałych dwóch lat, od rana zgodnie i pięknie bawi się klockami- nieustająco! Nie zamieniłabym nigdy tego cudownego widoku na opcję smutnego jedynaka, który, choć na pewno łatwiejszy do „ułożenia” pod modłę- matka z książką, matka z maseczką, matka z serialem czy matka z czymkolwiek dla siebie, traci wiele z możliwości socjalizacji w odpowiednim czasie, a przyszłościowo zostaje rodzinnie bardziej samotny niż można to sobie wyobrazić. W końcu my, rodzice, wieczni nie jesteśmy. W moim wypadku bardzo opłaca się opcja „dziecko rok po roku”, bowiem już odległość lat 4, czy 6-ściu powoduje zbyt wielką różnicę, by dzieci naprawdę w pełni czuły się ze sobą dobrze i mając podobne potrzeby, potrafiły bawić się i zagłębiać w swoim świecie. Przynajmniej z mojego doświadczenia. Myślę, że macierzyństwo to przechodzenie samej siebie, w poprzek, nad i pod. Polko polecam na wszelkie wkurzenia i sytuacje z piekła rodem „Jak mówić, żeby dzieci nas słuchały, jak słuchać, żeby do nas mówiły” Faber i Mazlish. W cudowny sposób uważne mówienie zaczarowuje najtrudniejsze sytuacje, a właściwie czyni je naturalnie prostszymi. Polecam także, dla wszystkich mam, które marzą już tylko, żeby wysłać dzieci do RPA albo dalej ;), „Porozumienie bez przemocy” Rosenberga. Polecam też książki Jespera Juula. No i na pewno jak najwięcej snu oraz chwil dla siebie, żeby się czuć jak człowiek, a nie robocop na sterydach.

    • Odpowiedz ula 7 września 2016 at 10:54

      „opcję smutnego jedynaka, który, choć na pewno łatwiejszy do „ułożenia” pod modłę- matka z książką, matka z maseczką, matka z serialem czy matka z czymkolwiek dla siebie” – jak to niemiło zabrzmiało…
      Ja jestem jedynaczką i to była wspaniała opcja. I bynajmniej nie dlatego, że mama chciała mieć czas na książkę, amseczkę, serial. Zabrzmiało to tak pogardliwie, że ojej…

      Obecnie współwychowuję bliźnięta i to jest dopiero przekichane.

      • Odpowiedz mała Mi 10 września 2016 at 19:50

        Pozwoliłam sobie na tego typu słowa, w odpowiedzi bardziej na jeden z powyższych komentarzy, niż z chęci dowalenia jakimkolwiek jedynakom. Niczyja to przecież wina, czy zasługa także, że ktoś nie ma rodzeństwa. Tak się składa, że piję trochę do jedynactwa, jak do choroby, bo sama jestem jedynaczką, córką jedynaczki na dokładkę. Wiecznie tęskniłam za rówieśnikami i miałam dużo problemów, by się socjalizować bez przeżywania tego procesu bardzo mocno, bo wrodzona wrażliwość, a właściwie nadwrażliwość i brak doświadczenia właśnie nie pozwalały mi przeżywać różnych potyczek między- rówieśniczych z dystansem i umiejętnościami małego człowieka, który ma w tej kwestii doświadczenie że tak powiem „domowe”. Z góry przepraszam wszystkich urażonych. Nie to było moim zamiarem. Gloryfikuję posiadanie rodzeństwa, gdyż sama go nie miałam i uważam, że jedynacy mają wspólny, dość specyficzny rys, tak jak ich obserwuję spotykając w życiu. Rys ten przeszkadzał mi w samej sobie, stąd te niemiłe słowa. Ja swojego jedynactwa nie uważam za nic fajnego, a wręcz traktuję jak wrzód na siedzeniu. Dlatego pomimo wielkiego trudu, jakim jest posiadanie kilkorga dzieci w niewielkich odstępach czasowych, czy też bliźniąt właśnie, nie chciałabym nigdy powtórzyć tego, co zafundowali mi rodzice w kwestii braku rodzeństwa. Oczywiście to moje subiektywne odczucia, więc jeszcze raz- proszę wybaczyć, jeśli poczuła się Pani urażona.

    Zostaw coś po sobie