marine7
Jak żyć, Moda i uroda

a little party never killed nobody

W paseczkach każdemu ładnie. Serio, wątpię, czy chodzi po świecie człowiek, któremu ten biało-granatowy wzór by nie służył. W marynarskim stylu wygląda się jakoś tak świeżo, schludnie i wakacyjnie. Tak, od ludzi w paski zdecydowanie pachnie relaksem, i to takim drogim relaksem spod znaku luksusowych jachtów. Do takich pasków to pasują: czekoladowa opalenizna, białe zegarki, wytworne drinki, piękne ciała. Jednakowoż paski brzydsze ciała upiększają, a mało wytworne drinki uszlachetniają, mało czekoladową opaleniznę pogłębiają jakoś magicznie. Marynistyczne klimaty to również urokliwy motyw dla przyjęć wszelkiej maści: wesel, wieczorów panieńskich, urodzin dorosłych i dziecięcych. Oczywiście fajnie, jeśli jest jakieś sprzyjające otoczenie i kontekst, czytaj: plaża, morze, tata marynarz czy choćby solenizant-żeglarz. Ale bez kontekstu też może być.
                                                                               …

Stripes look great on pretty much everyone. Seriously, I doubt that there’s anyone in the world who looks bad in this white and navy pattern. Marine style makes you look fresh, neat and summery. Yeah, people who wear stripes smell with relax, an expensive one, like a relax in luxurious yachts. What matches such stripes are: chocolate tan, white watches, fancy drinks, beautiful bodies. However, stipes can beautify ugly bodies, the not so fancy drinks become fancier, the not so chocolate tan becomes deeper in a magical way. Marine style is a pretty theme for parties of all kinds: weddings, bachelorette parties, birthdays. Ofcourse it is better when there are appropriate circumstances and a relevant context, ergo: the beach, sea, a daddy-seaman or at least a sailing-fan birthday boy. But this will do without a context too.

source: pinterest.com

Na początku czerwca był taki weekend, który chcę Wam opisać. Szesnaście dziewczyn w pasiastych ciuchach, wśród nich jedna najładniejsza i najważniejsza – ruda panna młoda. Zasługiwała na coś naprawdę wyjątkowego, więc zorganizowałyśmy dla niej weekend-niespodziankę na nadmorskim kempingu. Kazałyśmy jej ubrać się w paski i spakować torbę (z mnóstwem totalnie niepotrzebnych rzeczy, włączając latarkę, szpilki i krzyżówki). Została zgarnięta rano absolutnie odjazdowym białym kabrioletem przez przyjaciółkę, która czekała na nią ze schłodzonym mini-szampanem na śniadanie. Urządziła jej poranną przejażdżkę przez miasto, głośna muzyka, włosy w nieładzie, marynistyczne paski rzecz jasna, totalny snobizm – świetny początek panieńskiego weekendu. Potem niespodziewane spotkanie na molo, biegniemy rozchichrane by zdążyć na rejs, ona w chustce na oczach, welon, kolejna porcja szampana na pokładzie, życzenia od kapitana żeglugi gdańskiej. Potem kolejna szalona przejażdżka kolejnym wypasionym (białym!) samochodem, piszczymy i śpiewamy, („a little party never hurt noooobooodyyyy”) welon tańczy na oknem, wieszcząc niezły szał. Dojeżdżamy na kemping, który okazuje się być kawałkiem prywatnej plaży, udekorowanym marynistycznymi girlandami i gadżetami. Zaczyna się: różowe wino, schłodzone piwo, słońce i morze, windsurfing w welonie, przepyszna kolacja z grilla i najpiękniejsze cupackes na ś‌wiecie. Było dużo tańców i chichrania, szalona przejażdżka motorówką. Był też te cudne kobiece wibracje (jestem pewna, że nie ma nic takiego jak męskie wibracje na kawalerskich). Kobiety są cudowne – wiele z nas poznało się dopiero tego dnia, zebrałyśmy się, by świętować dla przyszłej panny młodej. Ale nie było żadnych barier, nieśmiałości, żadnej sztywności czy sztucznych uśmiechów. Wiecie co zrobiłyśmy nad ranem na symboliczne podsumowanie tej szalonej nocy? Rozebrałyśmy się, i mam tu na myśli – totalnie do zera, małe cycki i duże cycki – wszystkie tańczyły w ciemnościach, jak wskakiwałyśmy do zimnej wody, obejmując się i tańcząc w koło. To mogło wyglądać odrobinę żałośnie, właściwie to jestem niemal pewna, że tak było, bo ta woda nie sięgała nam nawet do kolan. Chrzanić to, byłyśmy gołe i wyzwolone, zdecydowanie czułyśmy te kobiece wibracje. Właśnie za to uwielbiam baby.
                                                                                 …

At the beggining of June there was this weekend I want to tell you about. There were sixteen girls in stripey clothes, and among them the prettiest and the most important one – a ginger hair bride-to-be. She deserved something really special, so we organised this surpise weekend trip for her to a seaside camping. She was told to wear stripes and pack a bag (with many totally unnecassary stuff, including a torch, high-heels and crosswords) and was picked up in an absolutely cool white cabriolet by a friend, carrying a mini-botlle of a cooled champagne with a straw for breakfast. So they took a morning ride around the city, lound music, messy hair, and nautical stripes ofcourse, a total snobism – what cool thing to begin your bachelorette weekend with. A surprise meeting at the pier, a giggled, blindfold run to catch a cruise, a weil, some more chanpagne onboard. Later another crazy ride with another fancy (white!) car, we scream and sing („a little party never hurt noooobooodyyyy”), the weil is dancing outside the window. We reach the camping and it turns out be a piece of our own private beach, all decorated in marine-style garlands and gadgets and so the fun begins. Pink wine, chilled beers, the sun and the sea, windsurfing bride with a weil, fantastic barbecue and the prettiest cupcakes ever. There was a lot of dancing, singing and giggling, there was a crazy motoboat ride. There was also this feminine wibe (and I’m sure there is no such thing as a masculine wibe on bachelor’s parties). Women are great, I am telling you – many of us just met on that day, gathered to celebrate for the bride-to-be. But there were no borders, no shyness, no stiffness, no artificial smiles. And you know what we did the last thing in the morning to sum up this crazy night? We got undressed, and I mean totally naked with smaller and bigger boobs dancing in the dark as we jumped into the cold water, hugging and dancing in the circle. It might have looked a little pathethic, I am acctually pretty sure it did, for the water was shallow and didn’t even cover our knees. Screw this, we were naked and eliberated, we totally felt this feminine wibe. And for this I love women.

photos by: Anna Konieczna, Ewa Filipiak.
Poprzedni wpis Następny wpis

Mogą Ci się spodobać

Brak komentarzy

Zostaw coś po sobie